Starsza pani pluje w twarz
Galeria Raster kończy misję w kamienicy przy Hożej. Ragnar Kjartansson pokazuje tam instalacje wideo
Islandczyk należy do grona tych artystów, którzy potrafią wciągnąć widza w swój własny świat. Tym razem jednak trudno uciec od kontekstu. Kontekstem jest zapowiedziany przez rastrowców koniec Świetlicy Sztuki przy Hożej - miejsca, w którym rozegrał się istotny etap najnowszej historii sztuki polskiej. Oczywiście Raster zreaktywuje się wkrótce w nowym wcieleniu, ale jakiś etap jednak się kończy. Taka chwila sprzyja refleksji, a nawet nostalgii. I tu wkracza Ragnar Kjartansson, który ową nostalgię rozdmuchuje do rozmiarów totalnej melancholii.
Kjartansson pochodzi z teatralnej rodziny. Jabłko padło niedaleko od jabłoni; ten artysta tworzy na pograniczu sztuk wizualnych, teatru i muzyki. Kjartansson uwielbia konstruować dla siebie scenografie; przywdziewać kostiumy, wcielać się w różne postaci: w swoich projektach był wikingiem, skandynawskim trubadurem, a nawet samą śmiercią; zagrzebany po pas w ziemi, z gitarą w ręku przekonywał dzieci, że "Szatan jest prawdziwy". Islandczyk rysuje, maluje, buduje instalacje i kręci filmy, ale prawdziwym kluczem do jego sztuki wydaje się muzyka. Dzięki występom z zespołami Trabant i The Funerals na rodzinnej Islandii stał się kimś w rodzaju gwiazdy pop. Muzyczny występ jest również gwoździem programu wystawy w Rastrze. Zanim go jednak zobaczymy, trafiamy na trzy filmy z cyklu "Me and my mother". Od 2000 roku Kjartansson spotyka się z matką, aby nakręcić szczególny performance; starsza pani pluje synowi w twarz. Bohaterowie filmu starają się zachować kamienne oblicza, ale ostatecznie jest przy tym kupa śmiechu i nawet, a może właśnie przede wszystkim, czułości - i okazuje się, że Kjartansson jest artystą nie tylko pełnym wyobraźni, lecz również przewrotnym, który potrafi opowiedzieć o miłości matki i syna, dając sobie pluć w gębę.
Pokrzepieni tą ekstrawagancką, ale jednak przekonywającą, manifestacją uczuć rodzinnych wkraczamy w przestrzeń wideoinstalacji zatytułowanej skromnie "Bóg" ("God", 2007). Oglądamy film: w scenografii z różowych draperii upozowany jest 18-osobowy big - band. Na czele orkiestry przed stylowym staroświeckim mikrofonem stoi Kjartansson odziany w smoking, który wygląda, jakby został zdjęty z Franka Sinatry. Islandczyk śpiewa "Sorrow conquers happiness" - smutek podbija szczęście. I powtarza tę frazę przez następne pół godziny, wciąż do tych samych dwóch taktów zapętlonej melodii. Występ Ragnara przypominałby odtwarzanie zaciętej płyty, gdyby nie to, że przy całej swej monotonii utwór ma dramaturgię - wchodzi w crescendo, to znów wycisza się, swinguje, podróżuje między patosem i subtelną liryką, a islandzki artysta nie tylko fajnie śpiewa, lecz również kapitalnie gra odlschoolowego szansonistę. Po kilkunastu minutach uparcie powtarzane takty i fraza "Sorrow conquers happiness" zaczynają się wwiercać w mózg naprawdę głęboko, spektakl staje się nieznośny i obezwładniający jednocześnie. Smutek pod wodzą Ragnara podbija szczęście i jest to bardzo piękne, choć melancholijne zwycięstwo.
@RY1@i02/2010/225/i02.2010.225.196.042a.001.jpg@RY2@
Kadr z wideoinstalacji "Bóg" Ragnara Kjartansona
Stach Szabłowski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu