Muzea szpiegują gości
Museum of Contemporary Art w Los Angeles ogłosiło dwa lata temu, że straciło płynność finansową. W budżecie zabrakło 30 mln dol. na spłatę zadłużenia i działalność. Gdyby nie pomoc miliardera Eliego Broada, jedna z najbardziej cenionych instytucji sztuki współczesnej na świecie przeszłaby do historii. Z podobnymi problemami zmagają się przez kryzys także inne amerykańskie czy europejskie instytucje. Sponsorom zależy jednak na odbiorcach, muzea korzystają więc z rozwiązań stosowanych do tej pory głównie w branży reklamowej, by ich przyciągnąć.
Według organizacji Amerykanie na rzecz Sztuki (AFTA) dotacje publiczne dla muzeów zmalały nawet o połowę. Rose Art Museum z Waltham, które posiada ponad 6 tys. świetnych prac, m.in. Andy''ego Warhola i Jaspera Johnsa, ogłosiło rok temu, że jest zmuszone do zamknięcia placówki. Uratowało się dzięki sprzedaży dzieł ze swojej kolekcji. Tak samo brytyjskie Bury Art Gallery and Museum podjęło kontrowersyjną decyzję, aby w ramach ratowania swojej sytuacji sprzedać za 1,4 mln funtów pracę "A Riverbank" L.S. Lowry''ego.
Gdy jedne placówki pozbywają się swojego majątku dla ratowania sytuacji finansowej, inne postanowiły zainwestować w technologie i badania, by sprawdzić, co naprawdę interesuje zwiedzającego.
Matt Sikora i pięciu jego współpracowników przechadzają się po salach Detroit Institut of Art. To największa i najważniejsza instytucja kultury w amerykańskim mieście słynącym z motoryzacji. Ściany muzeum zdobią freski Diego Rivery, obrazy Rembrandta i Rubensa. Sikora śledzi zachowania zwiedzających i wszystko notuje w podręcznym komputerze: przy którym z obrazów się zatrzymali, ile czasu przy nim spędzili, na jakie detale zwrócili uwagę, a nawet czy przeczytali opis obok obrazu. Sikora jest dyrektorem do spraw ewaluacji w Detroit Institut of Art. - Pierwsza seria badań polegająca na śledzeniu ścieżek zwiedzających oraz czasu, jaki poświęcają na zwiedzanie, pomaga podjąć decyzje dotyczące układu galerii. Planujemy przeprowadzić badania polegające na śledzeniu zwiedzających we wszystkich piętnastu galeriach instytutu. Za wcześnie, by mówić o efektach, te będą znane wraz z końcem badań w listopadzie - mówi Sikora w rozmowie z "DGP".
W gmachu muzeum techniki można przyciągać widza nowoczesnymi eksponatami. W muzeum ze zbiorami klasycznych mistrzów nie zastąpi się obrazów multimedialnymi projekcjami. Starych mistrzów malarstwa sprzedać trzeba w innowacyjny sposób. A do tego widz musi wyjść z muzeum w poczuciu nabycia nowej wiedzy i doświadczenia. Tymczasem okazało się, że maksymalnie 26 proc. odwiedzających muzeum było w stanie przeczytać opisy towarzyszące dziełom sztuki. Kolejne badania Sikory doprowadziły do wniosku, że wystarczy zastosować kilka prostych zabiegów, aby zmienić ten stan: informacje należy skrócić z 250 do 150 słów, wstawić w nie grafiki, wprowadzić różne kolory.
Innowacyjność projektu w Detroit Institut of Art polega na tym, że traktuje widza jako klienta. Takiego, który może wrócić lub polecić wizytę w muzeum swoim przyjaciołom. Ten trend jest coraz bardziej powszechny. Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku prowadzi badania nad skutecznością map i kierunkowskazów, które pomagają trafić do konkretnych sal. Science Museum of Minnesota wydało w ostatnim roku niemal milion dolarów na badania nad podniesieniem swojej atrakcyjności dla zwiedzających. Kirsten Ellenbogen, szefowa organizacji Visitor Studies Association, w rozmowie z "Wall Street Jornal" stwierdziła, że dziś amerykańskie muzea wydają na ewaluacje około 10 proc. swoich budżetów.
Dyrektorzy Denver Art Museum po prostu zadali widzom pytanie: kto powinien oprowadzać po wystawie? Najczęściej padała odpowiedź: sam artysta. Pozornie niewykonalne, ale kuratorka muzeum Nancy J. Blomberg znalazła rozwiązanie. I tak obraz Jaune''a Quick-To-See Smitha "Trade Canoe" mówi głosem swojego twórcy. Prezentacja stała się jedną z największych atrakcji muzeum.
Także w Polsce coraz częściej można zauważyć interaktywne działania w muzeach. Wystarczy spojrzeć na wybudowane i wyposażone za 81,5 mln złotych Muzeum Fryderyka Chopina w Warszawie. Pełne ekranów i głośników. Ale od naszpikowania budynku elektroniką do pełnego wykorzystania technologii w służbie sztuki droga daleka. Jak mało rozumieją to polskie muzea, widać najlepiej w otwartych właśnie na nowo zbiorach sztuki w krakowskich Sukiennicach. Przygotowanie aranżacji, remont i wyposażenie kosztowało 44,5 mln złotych. Obrazy wiszą w salach wystawowych, a multimedia zamknięto w odrębnym pomieszczeniu. Aby dowiedzieć się czegoś o obrazie, trzeba wyjść z galerii i udać się do pokoju, w którym w rzędach pod ścianami - niczym w kawiarence internetowej - ustawiono komputery.
Jak bardzo archaiczne to rozwiązanie, pokazuje przykład przeciwny - Museum of Modern Art w San Francisco. Gdy wchodzimy do muzeum, możemy zdecydować się na kilka rodzajów przewodników. Tradycyjnym nie jest już żywy człowiek, a nagranie audio w formacie mp3. Dalej do wyboru mamy przewodnik na ipodzie, który nie tylko mówi, ale i dostarcza informacje w formie zdjęć lub - jeśli jesteśmy posiadaczami zwykłej komórki - możemy otrzymywać wiadomości tekstowe.
Ostatnią nowością SFMOMA jest aplikacja na ipada. Oprogramowanie nazwane Rooftop Garden jest darmowe i pobiera się je za pomocą internetu. Można to zrobić już w muzeum, które jest wyposażone w bezprzewodową sieć. Aplikacja pozwala nie tylko zwiedzić muzeum, ale i dowiedzieć się niemal wszystkiego o konkretnym eksponacie i jego twórcy. Od daty urodzenia artysty po tworzywo, z którego zostało wykonane dzieło, i jego cenę. - Członkowie Generacji X i Pokolenia Milenium (ludzie urodzeni w latach 70. i 80. - red.) traktują osobistą technologię jako styl życia. Przewodnik Rooftop Garden to źródło informacji do wykorzystania na żądanie - wyjaśnia na stronie internetowej Peter Samis, kurator SFMOMA. Ale przy dzisiejszym tempie rozwoju technologii pomysły muzeum z San Francisco szybko mogą odejść do lamusa.
Pierwsze urządzenie służące do okulografii - lepiej znanej pod angielskim wyrażeniem eye-tracking - czyli śledzenia ruchu gałek ocznych, skonstruował Edmund Huey w 1908 r. Jednak przez dziesięciolecia metoda była wykorzystywana głównie do teoretycznych badań. Dwie dekady temu zaczęto ją stosować w psycholingwistyce. W zeszłym roku Google zaczął używać technikę do projektowania stron internetowych. Kilka lat temu okulografia znalazła też swoje miejsce w nowoczesnym marketingu, głównie wykorzystują ją agencje reklamowe. Badany wyposażony w specjalne okulary ogląda ulotkę. Na komputerze widać, na których elementach i na jak długo zatrzymuje wzrok. Dzięki temu wiadomo, czy przekaz został skonstruowany w odpowiedni sposób.
Profesor Slavko Milekic z Univesity of the Arts w Filadelfii opracował właśnie system, który wykorzystuje okulografię w muzealnictwie. Zastosowanie tej techniki pozwala zbadać potrzeby widza, jak i uatrakcyjnić zwiedzanie muzeum. W opublikowanym właśnie artykule "Gaze-Tracking and Museums: Current Research and Implications" Milekic pokazuje, jak technika ta może zostać połączona ze sztuką. - Większość muzeów przekazuje dziś zwiedzającym informacje w sposób wizualny. Technologia, która zapewniłaby kuratorom informacje na temat tego, na co zwiedzający patrzą, byłaby bardzo przydatna. Ale można pójść o krok dalej. Na przykład połączyć przewodnik z systemem audio, który - w zależności od tego, na co patrzymy - dostarcza nam odpowiednie informacje. Efekt jest naprawdę magiczny, jakbyśmy słyszeli głos w głowie - tłumaczy "DGP" profesor Milekic, który działanie systemu zaprezentował niedawno muzealnikom ze Stanów Zjednoczonych.
Zaletą okulografii jest jej niski koszt. Milekic wyliczył, że najtańszy zestaw dla muzeum można już przygotować za 6 tys. dol. Wystarczy zakup kilkudziesięciu kamer, takich samych, z jakich korzysta się w przypadku prowadzenia internetowych rozmów. Oprogramowanie do eye-trackingu można zaś mieć nawet za darmo. Pochodzący z polski informatyk Piotr Zieliński opracował dobrze oceniany program Opengazer, który nie tylko śledzi ruch oczu, lecz także rozpoznaje mimikę. To pozwala stwierdzić, czy w muzeum bawimy się dobrze, czy jesteśmy znudzeni ekspozycją. Jeśli jednak uwzględnić cenę zakupu multimedialnych przewodników i ich zsynchronizowania z urządzeniami i programem do eye-trackingu, koszt może skoczyć do 40 tys. dol. dla średniej wielkości muzeum.
Profesor Milekic zapewnia jednak, że taka inwestycja się opłaca. - Dziś muzea muszą zwracać coraz większą uwagę na widza i jakość jego doświadczeń. Wszystko, co ją zwiększa, powinno przełożyć się na finansowe korzyści - tłumaczy "DGP". Era, kiedy wystarczyło, aby w muzeum na ścianie wisiał znany obraz, się skończyła. Dziś muzeum musi być jak centrum handlowe, które sprzedaje towar. A zastosowane rozwiązania co najmniej tak ciekawe, jak wiszące na ścianie obrazy Rembrandta czy Picassa.
@RY1@i02/2010/172/i02.2010.172.186.0015.001.jpg@RY2@
Fot. AFP
Muzea uważnie obserwują swoich gości: co ogladają, jak długo, czy czytają opisy i podchodzą do dzieł, by obejrzeć detale. Dzięki tym informacjom tak zmieniają ekspozycje, by ludzie nie czuli się znudzeni
Max Fuzowski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu