Dama popu z Wysp
Dowodzony przez charyzmatyczną Florence Welch zespół to nowa brytyjska gwiazda skrojona idealnie na potrzeby tamtejszego show-biznesu.
"Florence zdobywa Amerykę" - obwieścił z dumą dwa miesiące temu New Musical Express. Materiał okładkowy najpoczytniejszego magazynu muzycznego na Wyspach okazał się jednak tylko błogimi życzeniami dziennikarzy, bo opisane trzy dni z życia artystki w Nowym Jorku bynajmniej nie uprawniały żurnalistów do szermowania prowokacyjnym tytułem.
Owszem, artystka wystąpiła w programie Davida Lettermana, pokręciła się po mieście, przypominała o amerykańskich korzeniach i wcześniejszych wizytach oraz zrobiła sobie sesję fotograficzną na tle brytyjskiej flagi. Usłyszała też kilka komplementów od Amerykanów, którzy uznali, że jej styl jest oryginalny i egzotyczny - w związku z tym może wzbudzić zainteresowanie, podobnie jak niektórzy artyści z Europy. Problem w tym, że Florence wywodzi się z innej tradycji muzycznej, kulturowej i nie ma za bardzo szans odnieść sukcesu za granicą, w szczególności w Stanach.
Wynika to przede wszystkim z porządku umocnionego w muzyce popularnej w latach 80. za sprawą MTV. Pod względem wizualnej reprezentacji artystów można wyróżnić dziś dwa typy kreacji - brytyjski (np. ekstrawagancka Kate Bush) i amerykański (seksowna i dynamiczna Tina Turner). Florence z artystycznym wykształceniem i stylowymi kostiumami ukształtowała się w tej pierwszej tradycji. Można to zauważyć w teledyskach "Dog Days Are Over" czy "Rabbit Heart", gdzie paraduje w staromodnych sukniach i z potarganymi rudymi włosami po baśniowym świecie przypominającym "Alicję w krainie czarów" oraz w kameralnych piosenkach z albumu "Lungs". Co prawda na scenie zmienia się raczej w rasową rockmankę, w każdym razie na żadnym etapie nie epatuje luksusem i seksapilem typowym dla muzyki czarnej.
Ten jej brytyjski styl ma w sobie też znacznie więcej teatralności i sztuki autokreacji. A jego korzenie sięgają jeszcze czasów The Kinks nawiązujących do tradycji music hall, dandysowskiej pozy Davida Bowiego, całego zjawiska kiczowatego i przerysowanego glamrocka oraz wreszcie samej Kate Bush. Ten intertekstualny charakter twórczości tych artystów zresztą stoi niejako w opozycji do amerykańskiego nurtu, który od początku stawiał głównie na show wywodzący się z muzyki funk, soul i r’n’b. Najpierw ukształtowały go gwiazdy z wytwórni Motown, jak Diana Ross i The Supremes, później w czasach disco kontynuowała m.in. Donna Summer, aż wreszcie przeniosła na wielkie estrady Tina Turner.
Ten podział na dwa różne podejścia do dostarczania rozrywki masowej publiczności po obydwu stronach oceanu jest widoczny szczególnie wyraziście w ostatnich latach. W Anglii obok Florence pojawiły się m.in. ekscentryczne Bat For Lashes czy La Roux, które nie kryją fascynacji latami 80. Natomiast w Stanach na listach przebojów królują prawdziwe czarnoskóre seksbomby z mocnymi głosami i luksusowym wizerunkiem jak Beyonce czy Rihanna, które lubują się w wodewilowym przepychu i broadwayowskich produkcjach scenicznych.
Oczywiście poza tym wśród śpiewających kobiet, szczególnie tych najmłodszych, wciąż pokutują inne wzorce - rockowe (Miley Cyrus) i country’owe (Taylor Swift).
Można też obserwować stopniowe mieszanie się narodowych typów, kiedy w Wielkiej Brytanii pojawiły się w mediach takie girlbandy, jak Sugababes czy Girls Aloud, a w Stanach zrobiło się głośno o folkowych wokalistkach jak Joanna Newsom, która najpierw została jednak doceniona w Europie. Uwarunkowania historyczne i kulturowe wydają się jednak nieubłagane, a popkultura wciąż skutecznie służy umacnianiu stereotypów.
@RY1@i02/2010/044/i02.2010.044.000.016a.001.jpg@RY2@
Fot. Universal Music
Ekscentryczna Florence Welch to kwintesencja brytyjskiego stylu w kobiecej muzyce pop
Jacek Skolimowski
krytyk muzyczny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu