Najpierw zapomnieć
W Sierra Leone kat i zbawca był często tą samą osobą - dowodzą twórcy dokumentu "Czasem trzeba zatańczyć z diabłem"
"War Don Don", "wojna się skończyła" - krzyczą ludzie na początku tego filmu. Euforia, nadzieja, łzy szczęścia. Taki był finał jedenastoletniej wojny domowej w Sierra Leone, jednego z najbrutalniejszych konfliktów zbrojnych ostatnich kilkudziesięciu lat.
W dużej mierze pokój w tym zachodnioafrykańskim kraju zapanował dzięki młodemu mężczyźnie: Issie Sesayowi. W ostatnich miesiącach wojny liderzy jego ugrupowania - brutalnej partyzantki znanej pod nazwą Zjednoczony Front Rewolucyjny (RUF) - oddali temu trzydziestolatkowi władzę nad rebeliantami. A on z jakichś powodów ogłosił rozbrojenie Frontu i rozwiązanie jego oddziałów. Pokój stał się możliwy.
Ale to był dopiero początek. Jedenastoletnia wojna w Sierra Leone to pięćdziesiąt tysięcy zabitych ludzi, setki tysięcy okaleczonych - zarówno psychicznie, jak i fizycznie - przez armię dzieciaków z maczetami obcinających ręce i nogi całym wioskom. - Okrucieństwo najpierw było taktyką prowadzenia działań, a potem... Po prostu im się spodobało - mówi jedna z osób występujących w filmie "Czasem trzeba zatańczyć z diabłem". Na oczach mieszkańców kraju rozgrywały się wszystkie dramaty współczesnej Afryki: przewroty wojskowe, przemarsze armii najemników, handel diamentami wydobywanymi dzięki pracy tysięcy ludzi uprowadzonych ze swoich wiosek czy spalona ziemia, jaką pozostawiali za sobą miotający się w nieustannych ofensywach i ucieczkach rebelianci RUF.
Ten ogrom zbrodni i okrucieństwa trzeba było rozliczyć - uznała wspólnota międzynarodowa. We Freetown powstał sąd specjalny dla Sierra Leone. Trybunał ten - wzorowany na tych, które rozliczają zbrodnie popełnione w Jugosławii i Rwandzie - stał się sceną "tańca z diabłem". Tak określają to sami prawnicy, którzy - aby udowodnić winę przywódcom RUF - szli na układy z ludźmi, mającymi nie mniej krwi na rękach niż ci na ławie oskarżonych. Jak choćby generał armii, który wrzeszczy do prawników trybunału: "Chcesz mnie zabić? Chcesz mnie zabić? Zrób to, jestem gotowy!".
Najważniejsi przywódcy RUF - Foday Sankoh i Sam Beckarie - zmarli, zanim prace trybunału ruszyły pełną parą. W efekcie najważniejszym oskarżonym stał się Sesay, jeden z najważniejszych komendantów sił rebelianckich, a wreszcie - ostatni lider Frontu. Zbrodniarz, jak twierdzili prokuratorzy, czy dowódca średniego szczebla, autor porozumienia pokojowego i kozioł ofiarny międzynarodowego wymiaru sprawiedliwości, jak widzieli to adwokaci?
Ich spór toczy się przez cały film. Jednak twórcy dokumentu szukają odpowiedzi na inne pytania: jak wymierzyć sprawiedliwość w sytuacji, gdy kat był zarazem zbawcą? Czy można nazwać sprawiedliwością osądzenie zbrodni jednej strony, jeśli przymyka się oko na okrucieństwa drugiej? Czy w wojnach domowych można jednoznacznie wskazać winnych? Być może dlatego wielu mieszkańców Sierra Leone przed kamerą mówi o Sesayu: "Choć zginęli moi bliscy, wybaczam mu, życie toczy się dalej". Bo Sierra Leone chce przede wszystkim zapomnieć.
@RY1@i02/2011/117/i02.2011.117.196.006a.001.jpg@RY2@
Mariusz Janik
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu