Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Manifest kobiecości

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 8 minut

Już na przełomie XIX i XX wieku Colette pisała w serii o Klaudynie o desperackim homoerotyzmie i seksualnej konspiracji - a pisała fascynująco

Literacką zależność Colette od jej pierwszego męża Henriego Gauthier-Villarsa (zwanego Willym) monografistka pisarki Michele Sarde bez ogródek miała nazwać stręczycielstwem. Willy miał pieniądze, sławę i uznanie, a co najważniejsze - był mężczyzną. Na tyle pozbawionym skrupułów, by bez mrugnięcia okiem wykorzystać talent literacki młodej żony. Małżonkowie zawarli dwuznaczny układ: Colette pierwsze powieści publikowała pod nazwiskiem męża. W zamian Willy miał zapewniać jej opiekę i materialną stabilizację.

Z drugiej strony w przedmowie do wydania "Klaudyny w szkole" - już pod swoim nazwiskiem - Colette przyznaje, że bez Willyego seria quasi-auobiograficznych książek o Klaudynie prawdopodobnie by nie powstała. "Mniej więcej dwa lata po naszym ślubie, a więc około roku 1895, pan Willy zwrócił się do mnie: - Powinna byś rzucić na papier swoje wspomnienia ze szkoły, być może przydałyby się na coś... Nie bój się jakichś szczególików trochę pikantniejszych" - wspominała autorka "Chéri", odmalowując pierwszego męża jako przebiegłego przedsiębiorcę, wiecznie łasego na cudze talenty. Intuicja literackiego stręczyciela okazała się strzałem w dziesiątkę, choć napisana w ramach zadania domowego "Klaudyna..." odleżała kilka lat w szufladzie, czekając na powtórne odkrycie. Debiut pisarski okazał się dla Colette kwestią przypadku, szczęśliwego splotu okoliczności, a przede wszystkim... kaprysu wybrednego pana domu.

Czytając dziś te książki, trudno uwierzyć, by autorem powieści mógł być mężczyzna. Musiałby to być autor przez kilka lat skutecznie ukrywający swoją męskość pod spódnicą - hermetyczny świat kobiet został bowiem odmalowany przez Colette w najdrobniejszych detalach, bez cienia fałszywej nuty. Nie jest to środowisko podanych opresji pensjonarek z "Przedpiekla" Gabrieli Zapolskiej. To raczej klub wcielonych diablic, które wszystkim zadufanym mizoginom potrafią zagrać na nosie. "Klaudyna..." okazuje się dość dziwaczną gatunkową hybrydą powieści erotycznej ze starą poczciwą literaturą dla panien z gatunku "Ani z Zielonego Wzgórza". Grunt, że czyta się ją wyśmienicie. W ciągu ponad 100 lat "Klaudyna..." nie straciła nic na świeżości, a cięty humor Colette nie zestarzał się ani na jotę.

Nic jednak dziwnego, że w roku 1900 ta powieść mogła wywołać szok. I dzisiaj pierwsza książka wybitnej francuskiej pisarki potrafi zdumieć nawet najbardziej zaprawionego w bojach czytelnika. "Klaudyna..." smakuje jak czekolada z dodatkiem chili - to rozkoszna słodycz z solidną dawką pikanterii. Trzeba było wielkiego talentu, by połączyć wszystko we właściwych proporcjach. Weźmy fragment, w którym 15-letnia pensjonarka żąda od ojca korepetycji z angielskiego, planując uwieść młodą nauczycielkę (damsko-damskich wielokątów w powieści będzie sporo!), albo brawurową scenę obleśnych zalotów szkolnego doktora, wyraźnie fantazjującego o dorastających uczennicach. "Klaudyna w szkole" i późniejsza "Klaudyna w Paryżu" kipią śmiałym erotyzmem, choć to zarazem erotyzm bardzo francuski, traktowany z lekkością, do której w Polsce raczej nie przywykliśmy.

Sama pisarka za najdonioślejszą w swoim dorobku i najsilniej autobiograficzną uważała "Czyste, nieczyste" (książka ukazała się w 2009 roku nakładem wydawnictwa W.A.B). W istocie, w głośnym dziele Francuzki z 1932 roku próżno szukać Colette trzpiotki, która w powieściach o Klaudynie puszcza do nas łobuzerskie oko. Wczesne powieści autorki "Niebieskiej latarni" okazują się jednak kluczowe dla zrozumienia jej pisarskiej drogi. Zanim w latach 30. Colette zejdzie w homoseksualne podziemie, odsłaniając przed czytelnikiem tajemnicę homoerotycznych związków kobiet, w "Klaudynie..." stąpa jeszcze po niepewnym gruncie, badając granice literackiej i obyczajowej wolności. W tych jeszcze silnie skonwencjonalizowanych opowiastkach o perypetiach dorastającej panienki znajdziemy dopiero zapowiedź późniejszych książek Colette. Ale tropów jest kilka.

Otóż świat Klaudyny okazuje się światem zdominowanym przez relacje homoerotyczne. Młode pensjonarki lgną do siebie instynktownie, spragnione pieszczot, których nie dają im mężczyźni. Kobiece związki homoseksualne, traktowane w pierwszych powieściach jako rodzaj niewinnych, dziewczęcych zabaw, po latach staną się wielkim tematem "Czystego, nieczystego". Dla Colette związek dwóch kobiet będzie ucieleśnieniem najwyższej duchowej bliskości, której nie osiągnie się nigdy, będąc z mężczyzną. Małżeństwo miało być dla pisarki gwarantem bezpieczeństwa i materialnego komfortu, kochanka - synonimem intymności i duchowej bliskości. Dziś gotowi jesteśmy buntować się przeciw tak radykalnemu podziałowi. Czy autorka "Chéri" nie obeszła się z mężczyznami nazbyt surowo? I tak, i nie, jeśli weźmiemy po uwagę realia epoki. Podobnie jak Gabriela Zapolska, Zofia Nałkowska czy Maria Komornicka, Colette dostrzegła wielki dramat płci skazanych na izolację. Bohaterowie francuskiej pisarki uporczywie będą próbowali przebić kulturowy mur pomiędzy kobietami i mężczyznami, choć jedynym sposobem porozumienia stanie się seks - zawsze przynoszący rozczarowanie.

"Colette wychowała się w kulturze, gdzie nowe nauki: kryminologia, psychiatria i seksuologia, zyskiwały na popularności najpierw dzięki temu, iż zajmowały się klasyfikowaniem kobiet. Oczywiście, szybko odkryto, że lesbijki mają w sobie »coś męskiego«. Ponieważ męskość jest traktowana w naszej kulturze jako cecha dodatnia, trzeba było wykazać, że w przypadku lesbijek jest to męskość nienaturalna, kojarzona z przestępczością" - pisze Maria Janion we wstępie do "Czystego, nieczystego". Świat książek Colette jest więc światem przestępczyń, szukających ucieczki w siostrzanej miłości. Dopiero gdy zrozumiemy siłę ówczesnej mizoginii, zdamy sobie sprawę, jak solidną pracę musiała wykonać Francuzka, budując fundamenty pod współczesny feminizm. Dopiero wtedy odkryjemy też, że "Klaudyna..." to znacznie więcej niż francuska "Ania z Zielonego Wzgórza". To manifest nieposkromionej, wszędobylskiej kobiecości, która już dojrzewa, by powiedzieć "nie".

@RY1@i02/2011/117/i02.2011.117.196.0035.001.jpg@RY2@

Colette w Paryżu - rok 1932

@RY1@i02/2011/117/i02.2011.117.196.0035.002.jpg@RY2@

"Chéri" (2009) Stephena Frearsa - ekranizacja powieści Colette

@RY1@i02/2011/117/i02.2011.117.196.0035.003.jpg@RY2@

@RY1@i02/2011/117/i02.2011.117.196.0035.004.jpg@RY2@

Malwina Wapińska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.