Nie tacy grzeczni
Zespół kultowy, którego twórcy nigdy nie chcieli być gwiazdami. Belle & Sebastian po raz pierwszy zagrają w Warszawie
Chris Geddes, klawiszowiec Belle & Sebastian: Zrobiliśmy sobie niedawno kilkuletnią przerwę od grania i chyba zdążyliśmy się odzwyczaić od życia na walizkach. Nie mamy też tyle sił co kiedyś, żeby imprezować do rana. Po koncertach większość z nas kładzie się grzecznie do łóżek, bo następnego dnia trzeba jechać dalej.
Rzeczywiście, nie zdemolowałem żadnego pokoju hotelowego. Nie byliśmy też bohaterami spektakularnego skandalu obyczajowego, więc nie jesteśmy The Rolling Stones. Ale wierz mi, każdemu z nas zdarza się robić głupie rzeczy po koncertach, żeby odreagować albo się zrelaksować. Z reguły kończy się to jednak lekkim bólem głowy następnego dnia. I właśnie na to jesteśmy już za starzy.
Piętnaście lat. Jestem też jedną z ostatnich osób, które są ze Stuartem Murdochem od samego początku, od płyty "Tigermilk".
To lider, więc do niego zawsze należy ostatnie słowo. Kilka osób miało tego dość i odeszło ze składu, żeby robić swoje rzeczy. Dopiero po kilku latach udało nam się wypracować taką sytuację w zespole, że każdy z nas ma w jakimś stopniu wkład w postawanie utworów. Granie w Belle & Sebastian przestało być tylko obowiązkiem. A tak poza wszystkim Stuart jest bardzo sympatycznym gościem i utalentowanym songwriterem.
Nie chcieliśmy wokół siebie robić dużego rozgłosu. Stuart od początku obawiał się, że sukces zniszczył wiele jego ulubionych zespołów i że to samo może przytrafić się nam. Dlatego celowo unikał udzielania wywiadów, nie pchał się z zespołem do Londynu - do prasy i wielkich wytwórni.
Graliśmy, gdzie tylko się dało i gdzie mieliśmy możliwość. Stuart pracował przez kilka lat w kościele, więc nie miał żadnego problemu, żeby ustawić nam tam występy, kiedy chcieliśmy. Ja dorabiałem jako barman, ktoś inny w bibliotece. Poza tym graliśmy akustyczną muzykę, której najlepiej słucha się w takich przestrzeniach.
Poznaliśmy się przez znajomych, którzy studiowali na uniwersytecie. Spotykaliśmy się wszyscy na różnych imprezach. Każdy z nas chodził m.in. do kultowego klubu Divine, na imprezy z muzyką z lat 60. i 70. Bawiliśmy się przy starych płytach The Beatles, The Rolling Stones, The Supremes, Jamesa Browna - to były wspaniałe lata dla muzyki. I bardzo inspirujący czas dla nas.
Ich muzyka nam się nie podobała, to nie był nasz klimat. Woleliśmy stary soul czy folk. Za to sukcesy tych wszystkich zespołów tworzyły specyficzny klimat dla całego pokolenia Brytyjczyków w tamtych czasach. Każdy po prostu chciał grać w zespole i pisać piosenki, które trafiałyby do słuchaczy.
Ja byłem od samego początku ostrożny, wolałem najpierw skończyć studia, mieć wykształcenie i porządną pracę, potem dopiero myśleć o graniu. Ale jakość tak się złożyło, że po pierwszej płycie zaczęliśmy nieźle zarabiać na graniu w różnych miejscach w kraju i nim się zorientowaliśmy, podróżowaliśmy z koncertami po świecie.
Od początku nie lubiliśmy grać przed zbyt dużą publicznością. Ale pamiętam kilka wspaniałych momentów z późniejszych lat - na Glastonbury w 2004 roku czy w 2006 roku w Stanach na Hollywood Bowl, kiedy razem z orkiestrą filharmoniczną wystąpiliśmy dla 20 tysięcy osób. Lubimy też jeździć do Japonii, gdzie ludzie mają zupełnego świra na punkcie Belle & Sebastian.
O dziwo zarówno w Australii, jak i w Japonii mieliśmy więcej publiczności niż zazwyczaj. Może dlatego że od dawna tam nie graliśmy, a może po prostu najnowszy album "Write About Love" trafia do jeszcze szerszej grupy słuchaczy?
Jasne, w końcu jest przecież wiele miejsc, w których nigdy nie graliśmy, a chcielibyśmy. Cieszę się, że wreszcie wystąpimy w Polsce.
@RY1@i02/2011/074/i02.2011.074.196.031a.001.jpg@RY2@
Na szczęście Belle & Sebastian nie zamierzają jeszcze odpuszczać koncertów
Jacek Skolimowski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu