Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Kryminał wyszeptany w gospodzie

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 9 minut

Ludzie są śmieszni nawet wtedy, gdy mordują z zimną krwią - sugeruje austriacki pisarz Wolf Haas

Siła literatury gatunkowej generalnie leży nie w oryginalności, lecz w powtarzalności. Kiedy jednak przerzuci się określoną liczbę książek podobnych do siebie jak krople wody, człowiek zaczyna szukać jakiejś odmiany. W przypadku kryminałów mogłoby się zdawać, że sprawa jest szczególnie trudna, bo przecież tkwią one w niezmiennym schemacie: zbrodnia - śledztwo - demaskacja. Ale oczywiście to tylko pozory. Wbrew potocznej opinii kryminały potrafią bardzo się od siebie różnić.

Skoro nie da się wspomnianego schematu przełamać (bo wtedy kryminał przestałby być kryminałem), inwencję trzeba przejawiać za pomocą innych strukturalnych pomysłów. Ot, choćby kreując z opisu statycznego dochodzenia thriller, w którym głównym motywem nie jest przestępstwo, ale napięcie związane z zagrożeniem. Albo umiejętnie przestawiając kolejność koniecznych składników czy wbrew regułom czyniąc zbrodniarza narratorem. Ewentualnie każąc śledztwu śledzić detektywa (jak w mało znanej u nas, a świetnej "Śmierci w Koryo" Jamesa Churcha) lub nawet (jak to uczynił Stanisław Lem w "Katarze") wywracając na lewą stronę samą naturę zbrodni. Pole dla eksperymentów jest tu już wszelako siłą rzeczy ograniczone - pisarze przez całe XX stulecie z powodzeniem naginali i podpiłowywali elementy konstrukcyjne kryminału.

I tu dochodzimy niemal do sedna sprawy: zabawy formalne od pewnego czasu nie dają szczęścia. Tym, co zostało, jest język - sposób opowiadania, charakter postaci, treść, tonacja. Ogromną lekturową przyjemność sprawia mi - nałogowemu konsumentowi kryminałów - śledzenie właśnie tego zróżnicowania we współczesnej literaturze noir. A ma ono, ciekawa rzecz, charakter mocno regionalny, bo przecież kryminały nie rodzą się w próżni, tylko pełnymi garściami czerpią z mainstreamowego pisarstwa i tradycji kulturowej.

Wiadomo mniej więcej, jak robią to Amerykanie (przejrzystym, lekko ironicznym językiem, skupiając się na akcji i dynamice), Brytyjczycy (z mocnymi akcentami społecznymi i pieprznymi dialogami), Skandynawowie (z lewicową wrażliwością, depresyjnymi pejzażami, nudną codziennością policyjnego życia). A jak to robią Austriacy? Niewiele mam do powiedzenia w kwestii tego uogólnienia. Wiem natomiast, jak robi to jeden konkretny Austriak, Wolf Haas - niesamowicie.

Wyobraź sobie, drogi czytelniku, że wybrałeś się na wycieczkę do Wiednia. Po całym dniu szwendania się ulicami austriackiej stolicy postanowiłeś wstąpić na piwo do zatłoczonej knajpy na niepozornej, bocznej Gasse. I ledwie zdążyłeś wychylić pierwszy łyk z wąskiej szklanki, a już przysiada się do ciebie jakiś facet, stuka cię łokciem w ramię, zapala papierosa i zaczyna ci o czymś opowiadać, jakbyście znali się od lat. To dziwna, kłopotliwa sytuacja - nie rozumiesz, o co mu chodzi, zwłaszcza że gada dialektem i co chwila znacząco zniża głos. Ale skoro i tak nie masz nic innego do roboty, to słuchasz. I nagle z tego chaotycznego, knajpianego słowotoku coś się wyłania - plotka, może anegdota, na pewno smoliście czarny humor. A potem jeszcze zauważasz, że ten człowiek już nad tobą zapanował, i wiesz, że nie wstaniesz od stołu, dopóki on nie skończy swojej opowieści. A teraz wyobraź sobie, drogi czytelniku, że ktoś tak napisał kryminał - szepcząc ci do ucha.

O czym więc nam się opowiada w książkach Haasa? O przygodach niejakiego Simona Brennera - Brenner najpierw był policjantem, potem rzucił tę robotę i został prywatnym detektywem, ale to było jeszcze gorsze. Próbował różnych zajęć - był egzekutorem długów w firmie leasingowej i kierowcą karetki pogotowia - ale jakoś zawsze wychodziło na to, że i tak z najwyższą niechęcią musiał wracać do tego, na czym się znał najlepiej: do tropienia. Cały Brenner - człowiek powolny, leniwy, zamyślony, wiecznie zmęczony, zmagający się ze swoim intuicyjnym talentem do grzebania się w brudach cudzego życia. Kiedy bierze jakąś sprawę, można się spodziewać, że okrężnymi drogami (bo nigdy nie chodzi na skróty, to wymaga za dużo wysiłku) dojdzie do rezultatów, które zaskoczą przede wszystkim jego samego.

A bliźni Brennera grzeszą, aż się kurzy. Grzeszą we wszystkich siedmiu kategoriach, z licznymi podkategoriami. Grzeszą ponuro i groteskowo zarazem, zaborczą miłością (jak w świetnej "Kostusze"), ambicją ("Jak zwierzęta"), chciwością ("Silentium!"), amnezją ("Wskrzeszenie umarłych"). A potem milczą albo kłamią. Nic w tym świecie nie jest takie, jakim się z pozoru wydaje, każdy ma coś na sumieniu - tę rzeczywistość trzeba czytać z półsłówek, gestów, znaczących chrząknięć, pomówień, szeptanki za czyimiś plecami. A skoro tak - to właściwie czemu nie napisać w ten sposób całej serii książek o zbrodni? Wolf Haas, pytany w wywiadzie, czy eksperymentuje z formą i treścią powieści kryminalnej, odpowiada, że jego opinia nie ma znaczenia, a werdykt zależy od tego, kto czyta te książki. I dodaje, że to, co Niemcy uważają za eksperymenty, Austriaków po prostu śmieszy. Niewątpliwie mówi nam to coś o tle, na które pisarz rzuca swoje meandrujące, anegdotyczne historie.

Haas, gwiazda niemieckojęzycznej literatury, nigdy się u nas nie przebił na półkę z bestsellerami, choć wyszło w Polsce już sześć jego książek. A szkoda. Jeśli chcecie zaznać unikalnego połączenia śmiechu z przerażeniem - bierzcie się za gorzkie przypadki detektywa Brennera.

@RY1@i02/2011/059/i02.2011.059.196.038a.001.jpg@RY2@

Ekranizacja "Kostuchy" Haasa w reżyserii Wolfganga Murnbergera

@RY1@i02/2011/059/i02.2011.059.196.038a.002.jpg@RY2@

Wolf Haas

Piotr Kofta

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.