Obsesja komisarza Maciejewskiego i absurd historii
Historia jest znakomitym kryminałem, a kryminał bywa znakomitą historią - mówi pisarz Marcin Wroński, autor cyklu powieści o przedwojennym lubelskim policjancie
Pewnie stąd, że my w Polsce byliśmy, jesteśmy i z pewnością jeszcze przez jakiś czas będziemy historycznie rozhisteryzowani. Mamy historii dosyć, a zarazem jej łakniemy i w polityce, i w literaturze. Pamiętasz dobrze literaturę małych ojczyzn, prawda? Może to i była po części jałowa ucieczka od współczesności, ale trudno zaprzeczyć, że odpowiedziała na silne potrzeby czytelników. Polski kryminał retro według mnie to tak naprawdę kontynuacja tego nurtu, tylko w innej formie, otwartej na szerszego odbiorcę, przez to bardziej atrakcyjnej, i co tu kryć, komercyjnej.
Problem nie tkwi w tym, że ta historia jest nierozpoznana, ale że wielokrotnie zafałszowana, jeśli nie przez propagandę, to przez mit bogoojczyźniany. Być może stąd bierze się wyraźna zbieżność między obszarami interesującymi autorów kryminałów retro i historyków, którzy też często przypominają śledczych. Już parę razy mówiłem w wywiadach o pracach Roberta Litwińskiego, który pierwszy tak wielopłaszczyznowo pokazuje przedwojenną policję jako formację pełną nie tylko zapału, lecz także patologii. Nie tak dawno ukazała się znakomita książka Bogdana Gadomskiego "Biografia agenta" - ta, mimo zachowania wszelkich reguł pracy naukowej, konstrukcyjnie jest... kryminałem. Już nie wspomnę o Janie Tomaszu Grossie, którego najgłośniejsze książki to naukowe realizacje schematu zaczerpniętego z literatury popularnej: "A wcale nie było tak, jak żeście myśleli! Zabił kamerdyner!". Historia jest znakomitym kryminałem, a kryminał bywa znakomitą historią.
Było to Chicago dużo mniejsze, takie na 120 tysięcy ludności. Jednakże na każdy tysiąc mieszkańców przypadały jedna legalna i ostrożnie szacując, dwie nielegalne prostytutki - było ich trzy razy więcej niż policjantów, co już, jak sądzę, daje obraz przewagi rozrywki nad praworządnością. Prostytucja nie jest oczywiście biznesem działającym samoistnie, a więc dodajmy jeszcze półlegalne i całkiem nielegalne speluny, ulokowane głównie w okolicach więzienia, i sutenerów. W Lublinie nie było jednak - co odróżnia moje miasto od Chicago czy Warszawy - krwawych wojen alfonsów polskich z żydowskimi, ale nożowych rozrób, zwłaszcza na przedmieściach, nie brakowało.
Być może mój bohater byłby inny, gdyby nie punkt wyjścia, czyli "Morderstwo pod cenzurą". Kiedy pisałem tę książkę, zależało mi, by był to względnie czysty czarny kryminał i by była to powieść policyjna, a więc w miarę realistycznie obrazująca realia międzywojennego komisariatu. Na hasło "czarny kryminał" większość z nas z miejsca odpowie: "Spade albo Marlowe", również realia powieści policyjnej wykluczają nadmierny ekscentryzm. Komisariat po prostu nie jest kawiarnią literacką, ale urzędem państwowym i koniec! Oczywiście literatura kryminalna od zawsze naciąga realia w imię atrakcyjności, co jako czytelnikowi zupełnie mi nie przeszkadza, ale jako autora "Morderstwa..." by mnie uwierało. Gdybym jednak zaczął cykl od "Kina Venus", to nie jestem pewien, czy Zygmunt Maciejewski byłby taką samą postacią. Zresztą on i tak ewoluuje, miewa swoje gorsze chwile...
Masz rację. I tu znów zadaję sobie pytanie, czy gdyby to był pierwszy kryminał o Maciejewskim, to czy cyniczny łajdak wychodziłby z niego tylko czasami, czy od początku do końca nie byłby cynicznym łajdakiem. Zdążyłem go już jednak polubić, zżyć się z tą postacią, zatem i tym razem rozumiem jego motywacje, wybory. Obsesja jest tu dobrym kluczem, bo prowadzi do absurdu: by Maciejewski mógł dorwać grającego mu na nosie mordercę kilkunastu kobiet, współpracuje z hitlerowcami odpowiedzialnymi za śmierć wielu tysięcy ludzi. Również jego praca w konspiracji jest swoistym kontraktem podporządkowanym ujęciu przestępcy. No ale z drugiej strony on po prostu robi swoje jako policjant i też jest manipulowany przez innych: dyrektora Kripo, swego konspiracyjnego przełożonego, czy wreszcie przez lolitkę Helgę. A czasy są tak nienormalne, że koniec końców najwięcej honoru ma pewien przedwojenny złodziej...
Na początku tak było, bo długo zabierałem się do tego tematu, oglądając go z różnych stron. Myślałem na przykład, czy "Aniela" nie powinna być kryminałem proceduralnym, w którym Maciejewski prowadziłby to samo śledztwo w dwóch kierunkach: dla siebie, tak by dopaść rzeczywistego zbrodniarza, i dla swojego niemieckiego przełożonego, tak by zadowolić go jako nazistę. Jednakże zmieniłem zdanie, gdy lektury, a zwłaszcza rozmowy z moim przyjacielem i konsultantem historycznym Robertem Kuwałkiem uświadomiły mi, że przysłowiowy niemiecki porządek, przynajmniej w okupacyjnych realiach lubelskich, to mit. To była jedna wielka kpina z procedur, także z procedur III Rzeszy. Może tak dałoby się opisać Berlin, lecz na pewno nie Lublin. Echa pierwszego pomysłu w ograniczonym wymiarze pozostały, uznałem jednak, że kryminał oparty na ludzkich emocjach, obsesjach i pomyłkach będzie ciekawszy, a przede wszystkim lepiej przystający do realiów.
Na pięknej legendzie miejskiej, którą opowiedział mi i udostępnił bardzo interesujący się losami polskich Żydów reżyser Paweł Passini. Jedyna znacząca różnica polega na tym, że według legendy rzecz działa się w getcie łódzkim, a nie lubelskim. Jednak podobne romantyczne i zupełnie nieprawdopodobne historie zdarzały się również w Lublinie. Jedną z nich opisuje Krystyna Żywulska w "Czystej wodzie": esesman, stuprocentowy nazista i antysemita, zaczyna pożądać polskiej kelnerki pracującej w knajpie dla Niemców. Ona odrzuca jego zaloty, a po pewnym czasie okazuje się, że to nie Polka, ale Żydówka na aryjskich papierach. W tym momencie w Niemcu budzi się, rzecz nie do pomyślenia, miłość. Posługując się podrobionym rozkazem, zabiera z aresztu dziewczynę oraz jej matkę i obie wywozi do Warszawy. Autorka poznała tę historię, ponieważ załatwiała fałszywe dokumenty dla całej trójki. A rzecz nie działa się, gdy sowiecka ofensywa szła ku Wiśle i Niemcy zaczynali kombinować, jak by tu sobie załatwić polisę na przeżycie wojny, tylko sporo wcześniej, kiedy III Rzesza faktycznie mogła uchodzić za potencjalnie tysiącletnią.
Zakładałem, w przypadku kryminału okupacyjnego inaczej być nie mogło. Oczywiście ironiczny humor to jeden ze znaków rozpoznawczych cyklu o komisarzu Maciejewskim, więc i w "Anieli" jest on obecny, jednak sąsiaduje z bardzo serio potraktowaną grozą. Zawsze staram się jeszcze przed napisaniem kolejnej książki dużo o niej wiedzieć, stworzyć nie tylko plan wydarzeń, lecz także coś w rodzaju prerecenzji na własny użytek. Rzemiosło artystyczne ma wprawdzie swoje narowy, bywa że podczas pracy przyjdzie jakiś nowy pomysł i nie inaczej było podczas pisania tego kryminału, niemniej zmiany na gorąco nie dotyczyły rozpraszania mroku, wręcz przeciwnie. Nie zrozum mnie źle, humorystyczny kryminał o latach okupacji też byłby do pomyślenia. Humor oswaja grozę, ale komedia w dużej mierze wyklucza dążenie do realizmu.
Nie, ale to chyba niepoliczalne. Ilu ludzi osobiście zabił i ilu uratował Maciejewski, wiadomo. Ile kobiet zabił ścigany przez niego przestępca, też można porachować. Jednak za ile śmierci ponoszą odpowiedzialność postaci drugiego planu? Pewnie pamiętasz scenę, gdy we wrześniu 1939 roku komisarz Maciejewski nie bez trudności dociera do lekarza patologa, by wykonał autopsję zamordowanej kobiety. Doktor jest wręcz zniesmaczony: tu ranni żołnierze, tam ofiary bombardowań, a ten glina zawraca mu głowę jednym trupem?! Potem, podczas okupacji, cena życia ludzkiego staje się już policzalna: jeden Niemiec jest urzędowo wart dziesięciu polskich zakładników, a jeden Żyd parę kilogramów cukru albo kilka butelek wódki. Czyli ile na dzisiejsze pieniądze? Powiedzmy, że do stu złotych. Kto by pamiętał każde sto złotych, które zarobił albo wydał? Dlatego przy opisie realiów okupacyjnych większe wrażenie robią pojedyncze cierpienie czy akt okrucieństwa niż liczby.
Bardzo, mam wrażenie, że przez ostatnie cztery lata z komisarzem Maciejewskim dowiedziałem się o historii, w tym historii Lublina, więcej niż w ciągu poprzednich dziesięciu, gdy takie sprawy zaczęły mnie interesować i wciągać. Przyłapałem się też na tym, że wplatając losy swoich bohaterów w różne okoliczności historyczne, nabrałem swego rodzaju empatii dziejowej. Jestem o wiele mniej skłonny przykładać dzisiejszą miarę do wyborów i zachowań ludzi żyjących w innych, zwłaszcza mniej normalnych, czasach.
Zakończenie "Anieli" wygląda wprawdzie tak, jakby mój komisarz był już skończony, ale wierz mi, historia płata figle. Dlatego będę jego losy i kontynuował, i cofał się do lat trzydziestych. W tej chwili piszę kolejny retrokryminał z Maciejewskim, "Skrzydlatą trumnę", który rozgrywa się równolegle w 1945 i 1936 roku. Pomyślałem sobie bowiem, dlaczego przedwojenny glina w ubeckim więzieniu nie miałby przypadkiem znaleźć brakującego ogniwa pewnej nierozwiązanej sprawy - z kompromitującą polski przemysł lotniczy katastrofą samolotową w tle, jak najbardziej zresztą autentyczną...
@RY1@i02/2011/029/i02.2011.029.196.036a.001.jpg@RY2@
Rozmawiał Piotr Kofta
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu