Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Rozum ukryty w literkach

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 20 minut

O czytaniu i oglądaniu: kto dziś naprawdę wie, a komu się tylko wydaje

Jest rok - powiedzmy - 2212. Historycy specjalizujący się w XXI wieku organizują debatę na temat tego, jaki był z punktu widzenia kolejnych pokoleń najbardziej fundamentalny spór pierwszych dekad trzeciego millenium. O czym rozmawiają? Czy o kryzysie zadłużeniowym? O globalizacji? O ekologii? A może o czymś, czego na co dzień nie dostrzegamy, bo jest dla nas naturalne jak powietrze, którym oddychamy. Naturalne, dopóki je jeszcze mamy.

Mowa o tym, w jaki sposób czytamy i absorbujemy wiedzę. I czy przypadkiem nie jesteśmy na najlepszej drodze, by te fundamentalne dla rozwoju ludzkości umiejętności w sobie stępić. Większość z nas zaczyna dzień od odpalenia komputera albo telewizora. Potem wchodzimy na Facebooka i odbieramy pocztę elektroniczną, co bardziej aktywni tweetują. W międzyczasie w kółko coś googlujemy, oglądamy filmiki i absorbujemy niezliczone góry informacji. Najczęściej krótkich i powierzchownych. I nawet nie zdajemy sobie sprawy, że to pola, na których rozgrywa się walka o naszą przyszłość.

"Czy Google robi z nas głąbów?" - pytał w 2008 r. na okładce wpływowy amerykański magazyn "The Atlantic". W środku na sześciu stronach pisarz specjalizujący się w opisywaniu nowych technologii Nicholas G. Carr rysował czarny scenariusz intelektualnej przyszłości rodzaju ludzkiego. Swoje tezy rozwinął wkrótce (2010 r.) w książce "The Shallows: What The Internet Is Doing to Our Brains" (Płycizny. Co właściwie internet robi z naszymi mózgami). Przed czym przestrzegał Carr? Właśnie przed tym, że przestawienie się z papierowych książek i gazet na Googlea i Wikipedię nie obejdzie się bez wpływu na nasze głowy. I nie będzie to bynajmniej zmiana na lepsze. Bo czytanie i przyswajanie wiedzy w internecie to czynność fundamentalnie różna od korzystania z tradycyjnych nośników treści.

Carra przerażało to, że internet zabija w nas umiejętność koncentracji. W sieci bezustannie coś nas rozprasza: a to wyskakująca znienacka reklama, a to wiadomości szturmujące z najróżniejszych komunikatorów i poczty elektronicznej. To wszystko dodatek do i tak wielu rozpraszaczy, które serwuje nam codzienne życie w postaci telefonów czy gadatliwych biurowych kolegów.

Ta rozedrgana atmosfera internetu nie jest zdaniem Carra przypadkiem. To część filozofii, którą rządzą się twórcy portali i komunikatorów. Im zależy przecież, żebyś był w sieci jak najbardziej aktywny. Każdy komercyjny portal dokładnie mierzy ruch na swojej stronie. I na tym buduje swój model biznesowy i wiarygodność wobec reklamodawców. Dlatego woli czytelnika, który zajrzał na chwilę, potem zniknął i pojawił się znowu w tym lub innym miejscu. To dlatego treści internetowe są krótsze i bardziej powierzchowne od tych na sprzyjającym refleksji papierze.

To nie koniec zarzutów. Zdaniem Carra internet oducza nas powoli umiejętności poszukiwania głębszej wiedzy. Jest jak taśma produkcyjna we wczesnym kapitalizmie. Usprawniła ona proces wytwarzania towarów i pozwoliła na rewolucyjną poprawę wydajności pracy. Ale jednocześnie sprowadziła robotników do roli łatwo zastępowalnych obsługiwaczy maszyn. Przetrzebiła rzesze rzemieślników, którzy sami potrafili coś wyprodukować. Podobnie w sieci. Wyszukiwarki takie jak Google to według Carra genialne algorytmy w ułamku sekundy gromadzące informacje, których w tradycyjny sposób trzeba by szukać miesiącami. Ale jednocześnie zachęcające do pójścia na łatwiznę i zabijające motywację do poszukiwań alternatywy. Zmora każdego nauczyciela, który zadaje swoim uczniom pracę domową i dostaje ten sam skopiowany z Wikipedii wpis. Można rzecz jasna się spierać, czy wszystkie argumenty Carra były trafne. Książka wywołała jednak prawdziwą burzę. I debatę, która trwa właściwie do dziś i bardzo prawdopodobne, że nie powiedziano w niej jeszcze ostatniego słowa.

Rewolucja prowadzi na manowce

Argumenty Carra bardzo spodobały się tym, którzy od lat podejrzewali, że cyfrowa rewolucja wcale nie prowadzi świata w dobrą stronę. Jako pierwsi zaczęli bić na alarm literaci. Pewnie podskórnie czując, że uproszczony przekaz (związany z rozwojem telewizji, a potem internetu) uderzy kiedyś w ich interesy. Jednym z nich był bostoński eseista i krytyk Sven Birkerts. Prowadząc przez lata warsztaty pisarskie na najważniejszych amerykańskich uniwersytetach, doszedł do smutnej konkluzji, że jego studenci zatracili umiejętność cieszenia się literackimi smaczkami. Winił za to nowe technologie. "Bo to one promują pamięć krótkotrwałą kosztem tej długotrwałej i sprawiają, że człowiek (nawet pełen dobrej woli) po prostu męczy się przy dłuższych tekstach" - dowodził Birkerts w książce "The Gutenberg Elegies: The Fate of Reading in an Electronic Age". (Elegie Gutenberga. O losie czytania w erze elektronicznej). Wkrótce w sukurs przyszli mu psychologowie. Zwłaszcza Maryanne Wolf z Tufts University, która postawiła tezę radykalną: dzieci z pokolenia wychowanego w czasach internetu są tylko "dekoderami informacji", a ponieważ "nie muszą wkładać prawie żadnego wysiłku w ich zdobywanie, nie mają motywacji do wychodzenia poza świat oferowany im przez googlowską wyszukiwarkę". Dla nich to, czego nie ma w Googleu (lub jest w nim głębiej schowane), po prostu nie istnieje. Wolf uderzyła też na alarm: jeśli nie wprowadzimy zasady, że najpierw uczymy dzieci konsumować dłuższe teksty, a dopiero potem e-czytać, będą myślały w sposób zupełnie inny niż my.

Przy okazji do gry wróciła również Sherry Turkle. Ta akademiczka z MIT już w latach 80. w brawurowy sposób przekładała efekty rewolucji komputerowej na język zrozumiały dla socjologów. Inaczej niż większość technologicznych hurraoptymistów miała do tego podejście dużo bardziej trzeźwe. "Komputery nie są tylko kolejnymi narzędziami, tak jak pralka czy lodówka - pisała w książce "The Second Self" (Drugie ja) z 1984 r. - one faktycznie są częścią naszego życia społecznego i psychologicznego". Niewielu wówczas rozumiało, o co chodzi postrzelonej pani profesor. W końcu ówczesna Ameryka dopiero dowiadywała się, co to w ogóle znaczy komputer osobisty. Służył on wówczas wyłącznie do obliczeń oraz bardzo archaicznej (z dzisiejszego punktu widzenia) rozrywki. Jednak w miarę rozwoju sieci, a zwłaszcza jej wcielenia 2.0 z Facebookiem i Twitterem, przepowiednie Turkle zaczęły się sprawdzać jedna po drugiej. Zebrała je ostatnio podczas przemówienia na tegorocznej prestiżowej konferencji TED w Kalifornii. - Ludzie funkcjonujący w przestrzeni 2.0 mają coraz większe problemy z autorefleksją i komunikacją z innymi. Dzieje się tak dlatego, że cybertechnologie dają nam iluzję towarzystwa bez wymogu budowania więzów przyjaźni. Bycie sam na sam ze sobą jest coraz częściej uważane za chorobę, którą należy uleczyć. A tradycyjna rozmowa coraz bardziej ogranicza się do wymiany komunikatów, odrzucając całą otoczkę - mówiła w lutym.

W katalogu zagrożeń związanych z cybertechnologią pojawia się jeszcze jeden istotny argument: przytłacza nas ogrom informacji. Dziś w ciągu jednego dnia każdy z nas otrzymuje ich więcej niż kiedyś podczas całego roku. To zagrożenie widzieli już pierwsi prorocy ery informacyjnej (tak nazywa się nasze czasy w odróżnieniu od ery pary czy żelaza). "Człowiek, zbieracz pożywienia, pojawia się w jakiś absurdalny sposób jako zbieracz informacji. W tej roli człowiek elektroniczny jest takim nomadą w nie mniejszym stopniu niż jego paleolityczni przodkowie" - mówił Marshall McLuhan (ten od globalnej wioski) w 1967 r. Z kolei pisarz Jorge Luis Borges w opowiadaniu pt. "Biblioteka Babel" kreślił wizję upiornego księgozbioru, w którym jest wszystko: książki we wszystkich językach, apologie i proroctwa, pełna historia przyszłości i przeszłości, cytaty ze wszystkich ksiąg w innych księgach, wierny katalog biblioteczny i niezliczona liczba katalogów fałszywych. Wszystko to ustawione w zwierciadlanych salach. Słowem, obraz biblioteki potwora, w której nie sposób przyswoić żadnej wiedzy właśnie dlatego, że cała wiedza już tam jest.

Borges (zmarły w 1986 r.) nie mógł oczywiście wiedzieć, jak rozwinie się internet z Googleem i Wikipedią na czele. Udało mu się jednak oddać przekonanie męczące wielu jego dzisiejszych użytkowników, którzy mają czasem wrażenie, że w sieci jest wszystko i zarazem nic. Nad granicami tego, co powinno się znaleźć w internecie, zastanawiają się zresztą sami twórcy megaencyklopedii Wikipedii (tylko jej angielska wersja ma więcej artykułów niż wszystkie drukowane encyklopedie świata razem wzięte). W Niemczech jeden z jej redaktorów, niejaki Uli Fuchs, postawił kilka lat temu frapujące pytanie: czy śruba na lewym tylnym hamulcu w jego rowerze powinna mieć w internetowej encyklopedii swoje własne hasło. Wikipedyści - niczym średniowieczni scholastycy spierający się o to, czy aniołowie mają płeć - ochoczo ruszyli do dyskusji. No bo z jednej strony śruba na lewym tylnym hamulcu w rowerze pana Fuchsa jest bardzo realna (na własne oczy widział ją nawet ojciec Wikipedii Jimmy Wales). Ale, z drugiej strony, ilu użytkowników tak naprawdę ona obchodzi i czy koniecznie musi zaśmiecać cyberprzestrzeń? Ostatecznie stanęło na tym, że wpis o słynnej śrubie powstał, ale tylko w meta-Wikipedii, czyli w specjalnej Wikipedii o Wikipedii.

Wystąpienia Birkertsa, Wolf, Turkle czy Carra wywołały oczywiście falę żarliwej krytyki. Zarzucano im na przykład nieuzasadnioną obawę przed postępem. Historia zna już takie przypadki - mówiono, przypominając choćby Sokratesa. W dialogu "Fajdros" Platon relacjonuje przecież, że jego wielki nauczyciel był zdecydowanym przeciwnikiem słowa pisanego. Uważał bowiem, że odwrót od tradycji ustnej doprowadzi do utraty przez ludzi pamięci i zdolności do autonomicznego myślenia.

Wszystkich narzekających na informacyjne przeładowanie morderczo skontrowała z kolei historyczka z Harvarda Ann Blair, autorka wydanej w 2010 r. książki "Too much to know" (Zbyt wiele do poznania). Przytoczyła w niej cały szereg jękliwych komentarzy z, bagatela, ostatnich kilku tysięcy lat. Znaleźć je można już w Starym Testamencie, gdzie na przykład w Księdze Koheleta (III wiek p.n.e.) czytamy o tym, że "pisaniu wielu ksiąg nie ma końca, a wiele nauki utrudza ciało" (Koh 12,12). Dokładnie nad tym samym zjawiskiem ręce załamywał dwa tysiące lat później Gottfried Wilhelm Leibniz, pisząc, że "straszliwa masa książek ciągle rośnie". I co? I jakoś przeżyliśmy.

Mózg w trybie online

Czołowi luminarze amerykańskiej publicystyki technologicznej nie zostawili też suchej nitki na argumentach głoszących, że dominacja przekazu cyfrowego nas ogłupia. "Wyobraźcie sobie, że jesteście od wielu godzin w internecie, poszukując informacji na jakiś skomplikowany temat. W jednej chwili zagłębiacie się w jakiś dłuższy tekst, by za chwilę skakać tylko pomiędzy kolejnymi odnośnikami. Potem wracacie i po raz dwudziesty przeformułowujecie poszukiwaną frazę. Jednocześnie dokonując selekcji uderzających w was informacji. Czy naprawdę mamy uwierzyć, że to przejaw naszej narastającej głupoty? Ja czuję dokładnie odwrotnie. Jak uprawiający brikolaż artysta, którego umysł pracuje na najwyższych obrotach i ciągle uczy się czegoś nowego" - grzmiał John Battelle, wzięty internetowy przedsiębiorca i jeden z założycieli kultowego magazynu "Wired", prawdziwej dziennikarskiej Biblii ery 2.0.

Z kolei krytyk literacki Scott Esposito dodawał, że "osoby dorosłe zawsze - również przed erą internetu, a nawet telewizji - musiały radzić sobie z dekoncentrującymi czynnikami. I nie ma co zwalać winy na internet, tylko siąść na d... i zrealizować zadanie od początku do końca. Niezależnie, czy korzysta się przy tym z książek z biblioteki, czy z internetowych klipów".

Niektórzy szli jeszcze dalej. Popularny autor naukowych bestsellerów Steven Berlin Johnson wydał nawet książkę pod wiele mówiącym tytułem "Everything Bad Is Good For You" (Wszystko, co złe, jest dla ciebie dobre). Dowodził w niej, że nowe technologie cyfrowe to zdecydowanie najlepsze rzeczy, jakie mogły się ludzkości przytrafić. Gry komputerowe? Stymulują mózg do współzawodnictwa, wypełniania zadań do końca i eksplorowania tego, co nieznane. Telewizja? Rozwija inteligencję emocjonalną. Internet? Uczy wielozadaniowości, która jest potem nieocenionym atutem w życiu zawodowym. Może więc trochę ciszej z tymi lamentami nad upadkiem kultury pod rządami Googlea i Facebooka.

Obu stronom toczonego z ogromną swadą sporu brakowało tylko jednego: twardych argumentów. W ostatnich miesiącach i ta luka jest jednak powoli wypełniana. Książka "The Shallows" Nicholasa Carra stała się bowiem inspiracją dla wielu eksperymentów z pogranicza medycyny i nauki. Rozpoczęła je grupa neurologów z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles. Aby sprawdzić, co dokładnie robią z naszymi głowami nowe technologie, wybrali do eksperymentu grupę 24 uczestników. Połowę z nich stanowili ludzie, dla których sieć jest chlebem powszednim. W drugiej siedzieli internetowi nowicjusze (głównie osoby starsze) sięgający po to medium okazjonalnie. Wykonywali zadania, a komputer na bieżąco skanował pracę ich mózgu. Dopóki zadania opierały się na pracy z tekstem papierowym mózgi przedstawicieli obu grup pracowały podobnie. Wystarczyło jednak, że tekst został im pokazany jako strona WWW. Mózgi internetowych wyjadaczy w jednej chwili przeskoczyły na tryb online. Prócz obszarów wykorzystywanych przy tradycyjnym czytaniu, odpowiedzialnych za język i pamięć, automatycznie uaktywniły się rejony związane z podejmowaniem decyzji i kompleksowym rozumowaniem. W efekcie internetowcy dystansowali sieciowych debiutantów w mgnieniu oka.

Leniwa pamięć

Czyżby teza Carra o ogłupiających nas cybertechnologiach została obalona? Nie do końca. Tak przynajmniej uważają Karin Foerde (Columbia) i Anthony Wagner (Stanford), którzy przez kilka ostatnich lat zajmowali się badaniami nad wielozadaniowością. Badacze zastanawiali się, czy pokolenie używające na co dzień nowych technologii radzi sobie z nią lepiej. W końcu multitasking to przecież jedno z podstawowych doświadczeń, z jakim era 2.0 konfrontuje nas na co dzień. Okazało się, że jest dużo gorzej, niż spodziewali się badacze. Internauta, tak jak każdy normalny człowiek, reaguje na wiele pojawiających się równocześnie zadań obniżeniem jakości wykonania każdego z nich. Tak, jak gdyby umysł wiedział, że dysponuje tylko ograniczoną ilością pamięci operacyjnej i starał się obdzielić nią wszystkie problemy mniej więcej po równo. Różnica polegała jednak na tym, że użytkownik internetu przyjmuje dużo więcej takich zadań jednocześnie. Otwiera kolejne linki, odpowiada na wiadomości. W efekcie (zazwyczaj) ślizga się tylko po powierzchni. Korzystając z tradycyjnych źródeł wiedzy, nie mógłby tego zrobić. Bo fizycznie nie byłby w stanie otworzyć tylu książek i notatek naraz. I to go chroni przed ostatecznym rozdrobnieniem się.

Niezbyt trudno było z kolei dowieść, jak bardzo istnienie takich narzędzi jak Google czy Wikipedia rozleniwia naszą pamięć. Pokazała to Betsy Sparrow z Columbia University. Prosiła ona uczestników eksperymentu, by zapamiętali jak najwięcej elementów danego zbioru. Za każdym razem ci, którym powiedziano, że zostanie on zachowany w pamięci komputera, zapamiętywali mniej od tych, którzy o takiej opcji w ogóle nie słyszeli.

I wreszcie szereg argumentów (głównie autorstwa duetu Keith Oatley, Raymond Mar) dowodzących, że razem z zarzuceniem czytania dłuższych tekstów drukowanych zatraca się wiele kompetencji. Zwłaszcza tych społecznych, na czele z empatią.

Może więc cyfryzacja nie robi z nas kompletnych idiotów. Ale i uważać na nią trzeba. Zwłaszcza że podobnego zdania są nawet najwięksi internetowi wyjadacze. Były CEO Googlea Eric Schmidt powiedział kiedyś na przykład, że nic nie zastąpi solidnego resetu w trybie offline z dobrą książką w ręku. A internetowy guru Larry Lessig w rozmowie z DGP mówił wprost: "Jest takie oprogramowanie, które nazywa się Freedom (wolność - red.). Instalujemy je na swoim komputerze i ono odcina nas od internetu na dowolny czas. Bez Freedom nie dokończyłbym pewnie swojej ostatniej książki".

Nie ma co zwalać winy na internet, trzeba siąść na d... i zrealizować zadanie od początku do końca - pisze Esposito

@RY1@i02/2012/248/i02.2012.248.000002200.804.jpg@RY2@@RY1@i02/2012/248/i02.2012.248.000002200.805.jpg@RY2@

ap

Rafał Woś

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.