Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Skąd się wzięły demony na Wall Street

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Każdy kryzys ma swoją prehistorię. W wypadku obecnego - zapoczątkowanego krachem na amerykańskim rynku nieruchomości - to szalone lata 80. i 90., gdy bankowość inwestycyjna i fundusze hedgingowe były jeszcze młode, seksowne i przynosiły krociowe zyski. A w samym centrum tego zamieszania siedział Rick Bookstaber.

Bookstaber nigdy nie marzył o karierze bankowca. Skończył ekonomię na MIT i chciał po bożemu zrobić doktorat. Nie dane mu było jednak pójść drogą akademika i wygłaszać wykłady w stylu "funkcjonały w przestrzeni Banacha". Został wchłonięty przez Wall Street. Nie on jeden. Na początku lat 80. najważniejsze amerykańskie banki ściągały z uniwersytetów kogo się tylko dało. Szczególnym wzięciem cieszyli się tzw. ilościowcy, czyli spece od najtrudniejszej, bo najbardziej matematycznej wersji ekonomii. Na Wall Street trwało bowiem wielkie poszukiwanie kamienia filozoficznego: wierzono, że skomplikowane wzory w połączeniu z najnowocześniejszymi, wyposażonymi w wielką moc obliczeniową komputerami pozwolą zarabiać kwoty, o jakich nikomu się dotąd nie śniło. Powstawały nowe, coraz bardziej ryzykowne narzędzia finansowe. Nawet tak nudne rekwizyty, jak papiery o stałych dochodach (obligacje), stawały się w rękach matematycznych geniuszy prawdziwymi żyłami złota.

To właśnie w sam środek tego kotła trafił świeżo upieczony doktor ekonomii Bookstaber. Przez ostatnie 30 lat pracował on jako ekspert od zarządzania ryzykiem dla takich gigantów jak Morgan Stanley, Salomon Brothers czy Citigroup. Przeżył chwile wielkich uniesień i oszałamiających sukcesów tych instytucji. Widział również z bliska pierwsze tąpnięcia systemu. Na przykład giełdowy krach z października 1987 r., gdy w ciągu kilkunastu godzin z nowojorskiej giełdy wyparowały kwoty w wysokości kilkuletniego PKB. Albo jedenaście lat później spektakularny upadek funduszu Long Term Capital Management lewarującego (za pomocą algorytmów stworzonych przez ekonomicznych noblistów) na sumę 100 mld dol. W książce "Jak stworzyliśmy demona" wszystko to opisał.

Książka Bookstabera nie jest pierwszą (również na rynku polskim) pozycją obnażającą mechanizmy działania Wall Street. Jest jednak wiele powodów, żeby zainteresować się właśnie nią. Po pierwsze dlatego że została napisana jeszcze... przed upadkiem Lehman Brothers w roku 2008. Nie jest więc mądrzeniem się post factum, lecz próbą interwencji (inna sprawa, że nieudanej), gdy był jeszcze na to czas. Po drugie jest opowieścią insidera ulokowanego odpowiednio wysoko, by opowiadać o głównych bohaterach obecnego kryzysu (John Mack, Vikram Pandit, Jamie Dimon) z pierwszej ręki. Po trzecie wreszcie opowieść Bookstabera nie tylko piętnuje grzechy Wall Street (takich książek mamy już zatrzęsienie). Autor - sam uwikłany bankowiec - na serio stara się zrozumieć, jak to się stało, że ryzyko wymknęło się spod kontroli. I skłania się raczej do bardzo pesymistycznej konstatacji: to nie ludzka chciwość czy zła wola doprowadziły do finansowego kataklizmu, więc nie da się z niego tak łatwo wydostać przez wymianę tego czy owego chciwego szefa. Winne są granice ludzkiego poznania, które zostały po prostu przekroczone. Jego zdaniem na Wall Street zmaterializował się koszmar wprost z wczesnych filmów science fiction. Do życia powołany został potwór, który zaczął pożerać swoich twórców. I od tamtej pory jego apetyt wcale nie osłabł.

@RY1@i02/2012/174/i02.2012.174.18600120a.802.jpg@RY2@

Richard M. Bookstaber, "Jak stworzyliśmy demona", Kurhaus Publishing, Warszawa 2012

Rafał Woś

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.