Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Jak Prusy na Polsce zarabiały

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 24 minuty

Upadające państwa, stając się bezbronne, rodzą pokusę, by ich kosztem pomnażać własne zyski - także te polityczne. Jak robić to skutecznie, pokazał Europie Fryderyk Wielki, eksploatując ekonomicznie pogrążoną w anarchii Rzeczpospolitą

Interes mój wymaga zawsze, aby sprawy polskie pozostawały w stanie pewnego zamieszania i aby żaden sejm nie zdołał się utrzymać" - zanotował niedługo po objęciu władzy w 1740 r. król Prus Fryderyk II, zwany Wielkim. Przez następne lata monarcha konsekwentnie dbał, żeby w Rzeczypospolitej nie wprowadzono żadnej zmiany umacniającej władzę wykonawczą. Kiedy w 1744 r. zebrał się w Grodnie Sejm mający uchwalić niezbędne reformy, Fryderyk II w liście do swojego rezydenta w Warszawie Hoffmanna zalecał: "Nie ma potrzeby Panu powtarzać, że zwiększenie armii koronnej stanowi rzecz najbardziej na świecie szkodliwą dla mych interesów: winien Pan użyć wszelkich możliwych środków, aby spowodować upadek tej propozycji, nawet jeżeli dla tego celu trzeba będzie sejm zerwać". Co też nastąpiło. Król Prus poczynał więc sobie coraz śmielej, zwłaszcza że pogrążoną w anarchii Rzecząpospolitą kierował monarcha kompletnie nieradzący sobie z funkcją, którą przyszło mu sprawować. Wybitny historyk Szymon Askenazy, porównując postać Fryderyka Wielkiego z polskim królem Augustem III, zauważał: "Tamten (Fryderyk - przyp. aut.) - suchy, nerwowy, ruchliwy, wytrzymały fizycznie i duchowo, choć w niedużym ciele nosi niedużą duszę, w jego sępiej twarzy błyszczy para ogromnych, głęboko osadzonych, niebieskich oczu, mądrych, niespokojnych i niepokojących. W rysach twarzy Augusta jest pewna powaga, są nawet ślady dobroci, lecz tej nalanej, szerokiej, mięsistej bryły, spoczywającej na tułowiu nienaturalnej tuszy, nie rozświeca najmniejszy błysk inteligencji".

Taki przeciwnik dawał Fryderykowi II duże pole do popisu, choć jego malutki kraj liczył sobie niewiele ponad 2 mln mieszkańców i musiał większość surowców oraz żywność sprowadzać z zagranicy. Dziesięć razy większą Rzeczpospolitą zamieszkiwało ponad 12 mln ludzi, ale Prusacy górowali nad Polakami organizacją aparatu państwa, potrafili wystawić czwartą pod względem liczebności armię w Europie i byli zdeterminowani w dążeniu do wydarcia bogatszemu sąsiadowi wszystkiego, co tylko posiadał cennego. Równowaga sił w Europie nie pozwalała im tego jednak dokonać zbyt ostentacyjnie. Przebiegły władca Prus w końcu wpadł na pomysł, jak po cichu wyssać ekonomiczne zasoby sąsiada. Na jego zlecenie w lipcu 1753 r. szef królewskiej mennicy Jan Filip Grauman dyskretnie nawiązał kontakt z grupą żydowskich przedsiębiorców specjalizujących się w fałszowaniu pieniędzy. Za państwowe fundusze uruchomili oni we Wrocławiu i w Królewcu dobrze zakonspirowane mennice, w których można było podrabiać polskie monety. W kwietniu 1755 r. nastąpiło podpisanie umowy między Graumanem a Mojżeszem i Abrahamem Fräncklami (byli to ojciec i syn), zapewniającej im regularne dostawy srebra z pruskiej mennicy. Metal posłużył fałszerzom do bicia polskich tynfów z zawartością cennego kruszcu o 33 proc. mniejszą od oryginałów. Kolejny dokument z kancelarii Graumana datowany na październik 1755 r. mówił o powstaniu spółki Moses Gumpertz et consortes, kierowanej przez niejakiego Daniela Itziga. Owa firma podejmowała się sprowadzania do Prus z zagranicy większych ilości srebra. Kruszec trafiał potem do tajnych mennic, dzięki czemu utrzymywały one ciągłość produkcji. Za posrebrzane tynfy kupowano od polskich dostawców zboże, bydło, drewno, sól kamienną. Ciągnąc z tego krociowe zyski.

Wojna na cudzy koszt

Wzmocnione ekonomicznie kosztem sąsiada Prusy, w sojuszu z Wielką Brytanią, przystąpiły do rozgrywki o zmianę układu sił w Europie. Aby tego dokonać, musiały rozbić przymierze, jakie utworzyły Austria, Francja, Rosja oraz Saksonia, którą władał król Polski August III (tam tytułowany elektorem Fryderykiem Augustem II). Pruski monarcha, podobnie jak na niwie gospodarczej, nie zamierzał grać uczciwie, preferując bezwzględność i skuteczność. Jego armia uderzyła z zaskoczenia 30 sierpnia 1756 r. na Saksonię, opanowując cały kraj przy minimalnych stratach własnych. August III wraz z dworem ukrył się w Warszawie, Sejm zaś ogłosił neutralność Rzeczypospolitej. Tymczasem w Dreźnie czekała na Fryderyka Wielkiego miła niespodzianka. Jego żołnierze znaleźli stemple do bicia polskiego pieniądza. Nie tylko tynfów, lecz także srebrnych szóstaków, wprowadzanych do obiegu od czasów Zygmunta Starego. Dysponując oryginalnymi stemplami, można było zwiększyć produkcję i jednocześnie obniżyć zawartość srebra w fałszywych monetach. W tynfach - z 3,36 grama srebra do zaledwie 1,5 grama. Właściwą wagę uzyskiwano, dodając tani stop cyny z miedzią. Początkowo fałszywe monety upłynniano przez Gdańsk, gdzie koncentrował się handel towarami wyprodukowanymi w granicach Rzeczypospolitej. Pieczę nad transakcjami dokonywanymi za szemraną walutę sprawował berliński bankier Johann Gotzkowsky. Wedle Władysława Konopczyńskiego, autora książki "Fryderyk Wielki a Polska", w proceder szybko wciągnięto też francuskiego konsula, choć jego kraj toczył właśnie wojnę z Prusami. Potem, gdy uruchomiono dodatkowe mennice w Berlinie i Lipsku, gdański rynek zbytu okazał się zbyt mały. Pakowano więc monety do beczek i tak wyposażeni pruscy żołnierze wyruszali całymi oddziałami na zakupy do Polski. Pojawienie się na rynku gigantycznej ilości fałszywego pieniądza dosłownie ogołociło Rzeczpospolitą z towarów, jednocześnie dewastując jej życie gospodarcze. Polska doświadczyła niespotykanej wcześniej inflacji, połączonej z kompletnym ekonomicznym chaosem. Ale Fryderyk II powoli przegrywał wojnę z niemal całą resztą Europy. Zwłaszcza uparte wysiłki dwóch cesarzowych: rządzącej w Austrii Marii Teresy oraz w Rosji Elżbiety, doprowadziły do izolowania Prus, dzięki czemu wojska sprzymierzonych powoli zbliżały się do Berlina.

W tak korzystnej sytuacji nawet znany ze swojej niechęci do jakichkolwiek działań król August III zdecydował się podjąć walkę z procederem fałszowania polskiego pieniądza. Wraz ze sprawującym urząd podskarbiego na Litwie Janem Flemmingiem i Teodorem Wesselem, który pełnił tę funkcję w Koronie, opracował plan wprowadzenia do obiegu nowej monety i uszczelnienia granic państwa, żeby zapobiec przemytowi nowych partii fałszywych tynfów i szóstaków. Ale taka operacja wymagała zgody Sejmu. Uprzedzony zawczasu Fryderyk II zlecił sekretarzowi pruskiego poselstwa w Warszawie Gedeonowi de Benoit, by używając swoich wpływów i pieniędzy, zablokował przyjęcie przez parlament jakiejkolwiek uchwały. Kluczową rolę w całej intrydze odegrała skłócona z Augustem III i jego zdominowanym przez Sasów dworem Familia Czartoryskich. To reformatorskie stronnictwo marzyło o przejęciu władzy w Polsce, pogłębiający się kryzys był im więc na rękę. Po zebraniu się Sejmu rolę rozgrywającego wziął na siebie człowiek Czartoryskich, stolnik litewski Stanisław Poniatowski. Przyszły polski król niespecjalnie troszczył się o stan własnego kraju, wybierając doraźne korzyści. Choć gdy kończył swoje przemówienie, zarzekał się, że wszystko czyni w imię obrony wolności obywatelskiej, której - jak zapowiadał - "bronić będziemy na równi z życiem". Za Poniatowskim manifest ogłaszający Sejm nielegalnym podpisało łącznie 43 posłów i wspólnie zaniosło do Metryki Koronnej, definitywnie zrywając obrady 2 maja 1761 r.

Karczma dla sąsiadów

Wobec bierności władz obywatele, coraz mocniej odczuwający krach walutowy, sami podjęli walkę z zagrożeniem. Na zachodnich granicach państwa pojawiły się ochotnicze patrole próbujące wyłapywać Prusaków przyjeżdżających z fałszywymi monetami na zakupy do Polski. Fryderyk zareagował w typowym dla siebie stylu. Pruska armia w grudniu 1761 r. przejęła kontrolę nad polską komorą celną we Wschowej i zadbała, aby przewoźników monet nikt już nie niepokoił. Co gorsza, odwróciły się losy wojny. 4 stycznia 1762 r. wydarzył się "cud domu brandenburskiego". Nagle zmarła caryca Elżbieta, a władzę po niej przejął siostrzeniec Piotr III, który wręcz ubóstwiał Fryderyka Wielkiego. Rosja natychmiast ogłosiła zawieszenie broni, oddając Prusom wszelkie zdobyte terytoria. Co więcej, wkrótce podpisano pokój i rosyjski car ogłosił się sojusznikiem Berlina. Fryderyk II triumfował, bo oto wygrywał przegraną wojnę, ciągnąc z niej gigantyczne zyski. Wedle szacunków niemieckiego badacza prof. Joerga K. Hoenscha wydatki na nią wyniosły ok. 20 mln talarów, zaś uzyskane dochody z fałszowania polskiej monety - ok. 35 mln talarów.

Do tego bezradność Rzeczypospolitej, bezkarnie eksploatowanej przez Prusy, wzbudziła w Europie nie współczucie, lecz powszechną pogardę. Odtąd Polaków zaczęto postrzegać jako tchórzliwych idiotów. Stereotyp ów utrzymał się aż do końca stulecia. Jedynie wieści o fałszowaniu pieniądza wywoływały powszechne oburzenie. Okazywało się ono tak wielkie, że Fryderyk II zdecydował się zaprzestać procederu i zlikwidował tajne mennice. Zwłaszcza że w lipcu 1762 r. Piotrowi III władzę, a wkrótce potem życie, odebrała żona Zofia von Anhalt-Zerbst. Jako nowa cesarzowa Katarzyna I zerwała zawiązany przez męża sojusz z Berlinem. Zaniepokojony tym król Prus przyzwoicie zachowywał się przez krótki czas, po czym postanowił ruszyć na zakupy, aby wydać do końca posiadany zapas polskich monet własnej produkcji. Na zachodnie ziemie Rzeczypospolitej jesienią 1762 r. wkroczyli kawalerzyści dowodzeni przez pułkownika von Lossowa. Zaproponowali oni mieszkańcom Wielkopolski oraz województwa krakowskiego oddanie liczącego dziesiątki milionów korców kontyngentu zboża. Przy czym polskiej szlachcie wydawano pokwitowanie i obiecano wypłatę sowitego odszkodowania we Wrocławiu. Polacy na własny koszt przewozili zboże do miasta nad Odrą, licząc na godziwy zarobek. Faktycznie, otrzymywali zagwarantowaną zapłatę - w fałszywych tynfach. "Czy to nam zjedna miłość i zaufanie Polaków?" - zapytywał w liście przesłanym do Berlina oburzony oszustwem minister prowincji śląskiej Ernst Wilhelm von Schlabrendorf. Wedle jego obliczeń wypłacane sumy pokrywały jedną sześćdziesiątą rynkowej wartości zboża.

W końcu kontrahenci zorientowali się, na czym polega trick pruskiego władcy, i wstrzymali dostawy. Ale Fryderyk Wielki odbudowujący kraj z wojennych zniszczeń miał coraz to nowe pomysły, jak robić to na koszt Rzeczypospolitej. Po uzupełnieniu zapasów żywności na zimę kawalerzyści von Lossowa wyruszyli do Wielkopolski polować na chłopów, aby porwanych osiedlać w spustoszonych częściach własnego kraju. Tak uprowadzono ponad 3 tys. ludzi. Władze Rzeczypospolitej słały do Berlina protesty, ale tam je po prostu ignorowano. Do Polski zaś przylgnęło pogardliwe określenie "karczma zajezdna", w której za darmo mogły się stołować ościenne mocarstwa.

Spóźniona naprawa

Nadzieja na naprawę Rzeczypospolitej ożyła po śmierci bezwolnego Augusta III. Z woli cesarzowej Katarzyny I nowym królem Polski w 1764 r. został jej dawny kochanek Stanisław August. Objąwszy tron, były stolnik litewski poczuł się nagle odpowiedzialny za ojczystą ekonomię. Z jego inicjatywy stronnictwo polityczne stworzone przez ród Czartoryskich tuż po elekcji przeforsowało sejmową ustawę o cłach generalnych. Nakładano jednolite stawki celne na przewożone przez granice towary, zaostrzając też kontrolę. Przygotowywano jednocześnie uruchomienie mennicy, która miała wypuścić do obiegu pełnowartościowe monety według nowego wzoru i wycofać z niego fałszywki, zwane wtedy potocznie efraimkami (jeden z żydowskich zarządców mennic miał wedle plotek nosić imię Efraim, stąd nazwa).

Niespodziewane przystąpienie Polaków do naprawiania własnego państwa zaskoczyło Berlin. Ale Fryderyk II nie zamierzał przyglądać się temu z założonymi rękami i przedsięwziął środki zaradcze, jak zawsze wykazując się dużą wiedzą ekonomiczną. Z powodu braku dobrych dróg niemal wszystkie produkty powstające w Polsce i mające zbyt za granicą spławiano rzekami do Wisły, którą następnie docierały do portu w Gdańsku. Tymczasem w Kwidzyniu granica Prus dochodziła do Wisły. Na polecenie swojego władcy pruscy żołnierze postawili baterię armat na brzegu i ogłosili nałożenie cła w wysokości 10 proc. na wszelkie przewożone towary. Gdy ktoś odmawiał zapłaty, kilka armatnich kul wystarczało, by posłać barkę lub tratwę na dno wraz z opornym delikwentem. Wkrótce płacili więc wszyscy, a Fryderyk Wielki mógł się chwalić, że przynoszące krociowe zyski "oclone owce" goli, ale ich nie zarzyna.

Następnie posłał do Warszawy ultimatum, w którym żądał cofnięcia wprowadzonych reform, wcale nie obiecując zlikwidowania swojej artyleryjskiej komory celnej w Kwidzyniu. Jednocześnie po cichu, za pośrednictwem swojego wysłannika, nadzwyczajnego posła Wilhelma von der Goltza, zaproponował królowi Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu stałe pobory w wysokości 20 tys. talarów rocznie, jeśli przyjmie stawiane Polsce warunki. Co ciekawe, tę bardzo hojną pensję Fryderyk II zamierzał wypłacać z dochodów przynoszonych przez kwidzyńską komorę celną. Jednak tym razem Poniatowski łapówki nie przyjął. Zamiast tego wezwał na pomoc swoją protektorkę.

"Król Jegomość pruski wybiera z Polski około 3 mln 600 tys. guldenów pruskich, to jest około 900 tys. rubli rocznie. Równa się dochodowi z całych Prus brandenburskich" - skarżył się w liście przesłanym do Petersburga król Polski. Katarzyna I wzięła wówczas w obronę byłego kochanka i zagroziła Prusakom wojną, jeśli nie zaprzestaną rabunku w biały dzień. W interesie Rosji nie leżało, aby Berlin mógł się cieszyć dodatkowymi, i to tak wielkimi dochodami. Fryderyk Wielki, bojąc się, że tym razem starcia nie wygra, ustąpił. Wedle wyliczeń prof. Joerga K. Hoenscha nim kwidzyńska komora celna uległa likwidacji, zarobiła na czysto milion talarów.

Pozyskane na Polakach dochody Fryderyk II zainwestował bardzo roztropnie. Sfinansował budowę w okolicach Berlina 65 fabryk tekstylnych, dających pracę 15 tys. robotników, co kosztowało go 9 mln talarów. Kolejne 8 mln talarów ze skarbu Prus poszło na kapitał założycielski utworzonego w 1765 r. w Berlinie potężnego banku wekslowo-pożyczkowego. Tak budowano zręby przyszłej przemysłowej potęgi zjednoczonych Niemiec.

Co do Polski, to Stary Fryc (takiego przydomku władca Prus dorobił się w późniejszych latach) uznał, że jeśli stałaby się dobrze zarządzanym państwem, wówczas przyszłość Berlina mogłaby stanąć pod znakiem zapytania. Postanowił więc rozpocząć serię intryg, w których efekcie Katarzyna I uznałaby rozbiór ziem Rzeczypospolitej za leżący w jej interesie. I jak zawsze okazał się morderczo skuteczny.

Bezradność Rzeczypospolitej, bezkarnie eksploatowanej przez Prusy, wzbudziła w Europie nie współczucie, lecz powszechną pogardę. Odtąd Polaków zaczęto postrzegać jako tchórzliwych idiotów

@RY1@i02/2013/183/i02.2013.183.000001800.803.jpg@RY2@

AKG/East News

Andrzej Krajewski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.