Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Odmieńcy w służbie rozrywki

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 46 minut

Jeśli rezultat tegorocznej Eurowizji ma być wyznacznikiem nowoczesności, to Rzeczpospolita szlachecka miała zadatki na najnowocześniejsze państwo w dziejach

Już po dwóch dniach nikt by nie pamiętał zwycięzcy Eurowizji, gdyby nie została nim Conchita Wurst. Austriacki artysta Thomas Neuwirth zaśpiewał znakomicie, ale ważniejsza była postać, jaką kreuje na scenie. W mediach nazwano ją "kobieta z brodą" - ze względu na wygląd, - choć więcej znaczy pseudonim artystyczny. Słowo "conchita" (po niemiecku Fotze) to synonim waginy, a co ma symbolizować Wurst, łatwo zgadnąć. Piosenkarz wzbudził gwałtowne reakcje, zwłaszcza na polskiej scenie politycznej. Bojownicy o tak zwany postęp natychmiast uznali go za symbol walki z nietolerancją, z kolei środowiska konserwatywne zawyły ze zgrozy, widząc w Neuwircie kolejny dowód upadku zachodniej cywilizacji. Wszystkim jakoś umknęło, że triumf Conchity Wurst wcale nie musi być zapowiedzią nowych czasów. Wręcz przeciwnie, znakomicie pokazuje typową dla homo sapiens fascynację okazywaną innym przedstawicielom gatunku, którzy czymś szczególnym się wyróżniają. Z fascynacji tej rodzą się mocne emocje, tak uwielbiane przez ludzi, ponieważ dają im rozrywkę. Dlatego odmieńcy zwykle potrafili zapewnić przeciętniakom dużo dobrej zabawy, niezależnie, czy chodziło o publiczne spalenie na stosie, czy ich sceniczny występ. Tak czy siak, tłum miał przednią rozrywkę. Zaś Polska w tym względzie niczym nie różniła się od reszty świata. Wręcz przeciwnie, w pewnym momencie specjalnością polskich elit stało się czerpanie zabawy z odmieńców, zaś ci najsławniejsi podbijali Europę.

Recepta na nudę

W Rzeczpospolitej szlacheckiej swój status społeczny demonstrowało się innym za pomocą wystawnego życia. O tym, kto był wielkim panem, świadczył jego dwór. Ci najbogatsi, by wydawać się lepszymi od innych, musieli dać zajęcie ponad tysiącu służących, trzymać w swoim otoczeniu podobną liczbę nic nieposiadających rezydentów ze stanu szlacheckiego oraz ubogich krewniaków. Cała ta hałastra, pracująca na wizerunek zapewniającego im utrzymanie wielkiego pana, nie miała na co dzień zbyt wiele do roboty. "Polacy za to swym sługom zwykli płacić, aby jedli i pili" - zapisał w swych satyrach Krzysztof Opaliński. Ale poza ucztowaniem tłum zawsze okazywał się spragniony rozrywki. Podobnie zresztą jak właściciele innych dworów, nader często odwiedzający konkurentów. Wymyślano więc wiele gier, zabaw, zabijano czas na polowaniach. Wszyscy liczący się możnowładcy zatrudniali też jakiegoś błazna. Jednak rzadko trafiał się trefniś na tyle bystry i dowcipny, żeby przez cały wieczór potrafić zabawić gości. Tak naprawdę dwór, by skutecznie wyróżniać się spośród innych, potrzebował odmieńców. Czyli osób odznaczających się takim zachowaniem lub wyglądem, żeby uznawano je za jedyne i niepowtarzalne.

"Francuzi z orszaku pani de Guebriant (przybyłej do Polski w 1646 r. wraz z królową Ludwiką Marią Gonzagą - przyp. aut.) w czasie przyjęcia w pałacu Kazanowskiego trafili na scenę, jak kilkanaście panien, bogato w perły i diamenty ozdobnych, bawiły się chorą, która miała się za mężczyznę" - opisuje w "Dziejach obyczajów w dawnej Polsce" Jan St. Bystroń. "U kanclerza wielkiego był znów chłopak, który chodził w stroju kobiecym i uważał się za kobietę" - dodaje sławny etnograf. Wzbudzał on powszechne zainteresowanie, a kanclerz Jerzy Ossoliński przedstawiał go gościom jako niezwykłą osobliwość. Wszystko dlatego, że - wedle relacji Albrechta Radziwiłła - ów chłopak "który się dziewczyną mniema, nosi strój kobiecy i dość dobrze gra swoją rolę, osobliwie w tym, iż nade wszystko lubi, aby mu się zalecano". Mieszkańcy ówczesnej Europy, ale też żyjący przed półwiekiem Bystroń, postrzegali osoby transseksualne jako ludzi chorych psychicznie. Zdawać więc by się mogło, że czyniło je to godnymi współczucia, a także wzbudzało chęć otoczenia opieką. Nic bardziej mylnego. Wszelkie odmienności dostarczały otoczeniu przede wszystkim rozrywki. Nawet jeśli miano do czynienia z osobami faktycznie upośledzonymi umysłowo. A takie także znajdowały zajęcie na magnackich dworach. "Śmiano się z ich pomysłów, rozmawiano z nimi i radowano się z nieudolnych czy dziwacznych odpowiedzi" - opisuje Bystroń. Jednak wśród ludzi, którym przypadała rola publicznych zabawek, największym wzięciem cieszyły się karły.

Jak niewiele potrzeba do śmiechu

"Na dworach Zborowskich, Radziwiłłów, Branickich, Jabłonowskich, Potockich, Kazanowskich, zgodnie z modą kręcą się (...) całe watahy karłów" - zanotował Mirosław Słowiński w książce "Błazen. Dzieje postaci i motywy". Podobne spostrzeżenia poczynił Jan St. Bystroń. "Dla celów wyłącznie dekoracyjnych, dla dogodzenia fantazji pańskiej, dla samej osobliwości trzymano po dworach karłów. Bawiono się nimi chętnie i drogo za nich płacono; ponieważ nie można było ich sztucznie mnożyć, więc jedynie dwory magnackie mogły sobie na zbytek ten pozwolić" - odnotował. Najwcześniejsze zapiski kronikarskie o takiej roli osób dotkniętych karłowatością, nazywanych niziołkami, łokietkami, paluchami lub niedorostkami, dotyczą dworu pierwszych Jagiellonów. Królewska fanaberia z czasem stała się powszechną modą. Małym ludziom powierzano buzdygany, by nosili je za rycerzami, lub też trzymanie trenów sukni dworskich dam. Najczęściej jednak żądano, żeby podczas uczt niziołki zabawiały gości swoimi figlami. Polecano im chodzić po stołach i grać na jakimś instrumencie lub fikać koziołki między zastawami. "Niewyczerpana była pomysłowość dworska co do przedstawień z karłami; kazano im w czasie wielkich obiadów kryć się w koszach z kwiatami lub pasztetach czy tortach i następnie zadziwiać gości nagłym ukazaniem się" - relacjonuje Bystroń. Do legendy przeszło, jak u Branickich w ich białostockim pałacu goście najpierw ujrzeli na stole kryształową rynienkę, w której płynął węgierski tokaj. Po nim zaś żeglowały malutkie statki wypełnione frykasami z egzotycznych krajów. A gdy zadziwieni tym wszyscy obecni gapili się oniemiali, nagle z ogromnego pasztetu wyskoczył karzeł. Opowiadano o tym po latach wnukom. Dla urozmaicenia rozrywki z czasem zaczęto tworzyć niziołkom sztuczny świat, dostosowany do ich wzrostu. "Budowano im całe dworki z papieru i patrzono niby na żywe lalki" - opisuje Bystroń. Marszałek nadworny koronny Adam Kazanowski był dumny z tego, iż w swoim pałacu trzymał "dwie malutkie karliczki, strzegące dwóch równie malutkich piesków, wielkości myszy, znajdujących się w koszyku wielkości dłoni" - dodaje Bystroń. W końcu dochodziło do tego, że tak wykreowany świat zaczynał się przeplatać z rzeczywistym ku uciesze wysokich ludzi. Kanclerz wielki litewski Albrecht Radziwiłł długo nie mógł wyjść z zachwytu po tym, jak w 1643 r. gościł na niezwykłym przyjęciu weselnym, zorganizowanym przez starostę krakowskiego. Najpierw wraz z innymi gośćmi obejrzał ożenek "karła z karlicą, którym publicznie w kościele ślub dawał proboszcz". A wieczorem wedle jego opisu było tak: "Siedziało to małżeństwo u jednego z nami stołu i potem tańcowało. Co się działo z nimi potem, śmiech pisać nie dopuszcza".

Popularność niziołków stawała się tak duża, iż w końcu popyt przewyższył podaż. Traktowano ich jak przedmioty, więc zdobywanie nowych sztuk na potrzeby dworów odbywało się w adekwatny do tego sposób. Gdy starosta leżajski Łukasz Opaliński na pewnej wsi zauważył dziecko dotknięte karłowatością, nabył je od rodziców i oddał na wychowanie szlacheckiej rodzinie. Tam miało podrosnąć i już przyuczone do zapewniania rozrywki innym trafić do Opalińskiego. Ale w tym czasie prywatną wojnę ze starostą rozpoczął znany warchoł Stanisław Stadnicki zwany "Diabłem". Zaczął od porwania dwóch poddanych Opalińskiego, których wywiózł do swego zamku w Łańcucie i tam okrutnie torturował. Potem zaś najechał na dworek, gdzie wychowywano dla Opalińskiego karła. Fakt, iż upatrzona wcześniej zabaweczka znalazła się w Łańcucie, doprowadził starostę do szału. Wojnę ze Stadnickim prowadził przez trzy lata. Zakończył ją w lipcu 1610 r. szturm na fort "Diabła" w Wojtuczycach i pościg za pokonanym warchołem przez las pod Tarnawą. Gdzie w końcu Stadnickiego ustrzelił - jak zapisano - służący u starosty "Pers-Tatarzyn". Szczęśliwy Opaliński zadbał, by egzotyczny sługa otrzymał za swój celny strzał z półhaka (pierwsza broń palna używana w Polsce przez jeźdźców) szlachectwo. Czy jednak odzyskał potem swojego wymarzonego niziołka, źródła historyczne milczą.

Przed konsekwencjami łączenia karłowatości z obowiązkiem zabawiania innych nie chroniło nawet szlachectwo. Żona Zygmunta II Wazy, królowa Konstancja Habsburżanka podarowała swej siostrzenicy Marii Annie Bawarskiej imć pana Bonarowskiego w pakiecie z piękną biżuterią i perskim dywanem. Prezent ten przynosił obdarowanej wiele radości. Jej mąż arcyksiążę Karol Styryjski w liście do królowej Konstancji donosił, iż żonie "sprawia szczególną przyjemność szczuć karła na kogoś". Bonarowski, z racji swego urodzenia, miał wykutą dla niego szabelkę, lecz niestety nie znał francuskiego. "W związku z tym uznano, że najzabawniej będzie zwracać się doń właśnie w tym języku" - zapisał Słowiński. Jak na polskiego szlachcica przystało, Bonarowski wpadał we wściekłość, chwytał szablę i siekał drwiącego zeń dworzanina, a reszta gapiów, na czele z księżną, wyła ze śmiechu.

Mały przedmiot wielkiego pożądania

Zapalczywość i zapewne poczucie osobistej godności nie pozwoliły Bonarowskiemu na zrobienie takiej międzynarodowej kariery, jaka stała się sto lat później udziałem Józefa Boruwłaskiego. On również był człowiekiem szlachetnie urodzonym, choć w przeciwieństwie do innych ludzi cierpiących na karłowatość los oszczędził mu charakterystycznych dla tej genetycznej choroby zniekształceń. Podobnie jak jego rodzeństwu. "Cała trójka Boruwłaskich była nie tylko malutka, ale też bardzo ładna, proporcjonalnie zbudowana, bez żadnych, jakże częstych u karłów deformacji czy ułomności. Nic dziwnego, że wszyscy troje znaleźli opiekunów" - opisuje w książce "Zabaweczka" Anna Grześkowiak-Krwawicz. Dla urodzonego w pobliżu Halicza nad Dniestrem w 1739 r. Józefa Boruwłaskiego dworskie życie stało się szansą na wywalczenie choćby pozorów normalnej egzystencji. Choć jeśli miało się ledwie 71 cm wzrostu, wydawało się to nieosiągalne. Młodzieńca pod swą opiekę wzięła Helena Stadnicka. Na jej dworze był pupilkiem dam, które nadały mu imię Joujou. Panie zleciły nawet uszycie specjalnie dla niego munduru porucznika i wykucie miniaturowego pałasza. Ale poza niezwykłym wyglądem Boruwłaski potrafił zachwycić je swoją błyskotliwą inteligencją oraz poczuciem humoru. To wzbudziło wielkie zainteresowanie Anny Humieckiej, wywodzącej się z potężnego rodu Rzewuskich. Wpływowa wdowa zabrała Joujou przyjaciółce i ruszyła z nim na zagraniczne tournee. Zaczęli w 1758 r. od wizyty w Wiedniu na dworze Marii Teresy. Tam Boruwłaskiego uczył tańczyć nadworny baletmistrz cesarzowej Gasparo Angiolini. Pół roku później zawitali do Monachium, ugoszczeni przez elektora Maksymiliana Józefa, chcącego również obejrzeć popisy coraz sławniejszego polskiego karzełka. Wreszcie Humiecka ze swą zabaweczką dotarła do Luneville, na dwór byłego króla Polski Stanisława Leszczyńskiego. Tam Joujou spotkał bardzo zazdrośnie strzegącego swej pozycji konkurenta o imieniu Bebe, "który aż do owego czasu był uważany za jednego z najniezwyklejszych karłów, jakiego kiedykolwiek widziano, a który istotnie był bardzo zgrabny i dość przyjemnej fizjonomii, ale jego umysł (ze smutkiem to wyznaję ze względu na część naszego gatunku ludzi) i jego sposób myślenia znamionował wszystkie wady, które się nam zazwyczaj przypisuje" - zanotował po latach w pamiętniku Boruwłaski. Pewnego razu Leszczyński skutecznie podsycił konflikt między oboma niziołkami. Rozbawiony inteligentnymi odpowiedziami Boruwłaskiego rzekł do konkurenta: "Widzisz Bebe różnicę między Joujou a tobą: on jest miły, wesoły, umie zabawić i jest wykształcony, podczas gdy ty to tylko maszynka". Nic dziwnego, że po takim oświadczeniu Bebe zapałał nienawiścią do Joujou i postanowił się go pozbyć, gdy tylko były król wyszedł do gabinetu. "Zbliżywszy się wolniutko ku mnie, porwał mnie wpół i usiłował wrzucić do ognia" - wspominał Joujou. "Szczęśliwe zdołałem się uchwycić obiema rękami żelaznego zaczepu, który przy kominku służy do zawieszania szufli i szczypiec, unicestwiając w ten sposób złe zamiary Bebe. Hałas, jakiego przy tym narobiłem, sprowadził króla: ten przyszedł mi z pomocą i wyratował z grożącego niebezpieczeństwa" - dodawał.

Czy sława czyni człowiekiem

Bebe miał pecha, że nie potrafił być równie uroczy jak Joujou. Marszałek dworu Leszczyńskiego, hrabia de Tressan, zapisał, iż budzi w ludziach obrzydzenie, "które zawsze wywołuje upodlenie naszego jestestwa". Natomiast Boruwłaski "sprawiał przyjemność swoim wyglądem i swoim umysłem, wzbudzając zainteresowanie swoimi uczuciami, wreszcie wywołuje jedynie rozczulenie i pragnienie złagodzenia wszelkiego bólu i poniżenia, jakie może nieść w sobie jego los". Hrabia de Tressan trafnie zaobserwował, do jakich uczuć odwoływał się młody Polak, chcąc poprawić swoją egzystencję. Przeważnie dawało to dobre rezultaty, co nie znaczyło, iż zwalniało z obowiązku zapewnienia innym rozrywki. Z Luneville Anna Humiecka udała się do Paryża, gdzie gościnę zapewnili jej sam Ludwik XV i jego żona Maria Leszczyńska. Dzięki temu Joujou mógł pobierać lekcję gry na gitarze od wirtuoza tego instrumentu Pierre,a Gaviniesa. Acz na ucztach większy entuzjazm wybuchał nie wówczas, gdy Joujou grał, lecz kiedy tańczył kozaka na stole, zabawiając samego króla. Goszczący w owym czasie w Paryżu hetman wielki litewski Kazimierz Michał Ogiński także zapewnił zajęcie niziołkowi, przy okazji demonstrując Francuzom ulubiony polski dowcip. "Przypominam sobie, że wydając pewnego dnia wielką ucztę dla licznych najszlachetniejszych dam, umieścił mnie w wazie postawionej pośrodku stołu" - zapisał w pamiętniku Boruwłaski. "Zaostrzył ciekawość zgromadzonych, mówiąc, że chce uraczyć je niezwykłą potrawą, i wzbraniał się przez jakiś czas otworzyć wazę, z którą obchodził się tak, jakby zawierała coś ogromnie cennego. Ukazując się z nagła, spowodowałem niesłychane zamieszanie, jako że damy z początku mnie nie poznały" - dodawał Joujou. Po zdobyciu sobie sporej popularności w Paryżu wrócił wraz z dworem Humieckiej na dłużej do Warszawy. Zachwycony nim król Stanisław August Poniatowski ponoć chciał przejąć nad nim opiekę, ale Humiecka oraz jej bracia Kazimierz i Franciszek Rzewuscy stanowczo się temu sprzeciwili. Zapewne Boruwłaski byłby ich własnością jeszcze długie lata, gdyby nie skandal, jaki sam sprokurował. Cała Warszawa huczała o tym, że dobiegający czterdziestki Joujou zakochał się w piętnastoletnie damie dworu Humieckiej, spolonizowanej Francuzce Izalinie Barboutan. Karzeł zabiegał o jej względy, słał płomienne listy i chciał się żenić. "Czułem dobrze, że nawet jeśli uda mi się zdobyć jej miłość, nawet jeśli skłonię ją, by wzniosła się ponad przesądy i zdecydowała się połączyć swój los z moim, zostanie mi do pokonania jeszcze wiele trudności, zarówno by zdobyć przyzwolenie jej rodziny, bez którego nie mogłem mieć żadnej nadziei, jakby otrzymać zgodę mojej dobrodziejki". Owa dobrodziejka, czyli Anna Humiecka, faktycznie zrobiła wszystko co mogła, żeby zapobiec małżeństwu. Ale w sprawę wmieszał się znany w stolicy hulaka, królewski brat Kazimierz Poniatowski. Jego wstawiennictwo wyjednało zgodę rodziców i to on pomógł zorganizować ślub. Możliwe, że wszystko to zrobił, aby się dobrze zabawić i przy okazji dopiec Rzewuskim, bo jak opisuje Anna Grześkowiak-Krwawicz miłość Joujou okazywała się bardzo jednostronna. "Izalina nie odwzajemniała jego uczuć, a małżeństwo zostało na niej właściwie wymuszone i zaakceptowane przez nią głównie z braku innego wyjścia. Wobec jej niechęci, której wyraz dała w listach, euforia Boruwłaskiego po zawarciu związku stanowi niemal zgrzyt" - twierdzi Grześkowiak-Krwawicz. Małżonków Humiecka natychmiast wyrzuciła ze swego dworu, pozbawiając wszelkich dochodów. Wprawdzie wówczas król Stanisław August przyznał karłowi pensję w wysokości 120 dukatów rocznie, lecz było to zbyt mało na wygodne życie. Joujou musiał zacząć zarabiać na utrzymanie rodziny, zwłaszcza że w tym czasie przyszła na świat jego córeczka. "Gdybym był zbudowany na kształt innych, utrzymywałbym się z własnej pracy, ale mój wzrost wykluczył mnie nieodwołalnie z kręgu społeczności" - zanotował we wspomnieniach. Ale inne dwory, bojąc się zemsty Rzewuskich, nie chciały go przyjąć. Boruwłascy wyemigrowali więc do Londynu, by tam występować. "Niemcewicz (Julian Ursyn - red.) opowiada, że widział, jak żona obnosiła Boruwłaskiego na rękach niczym dziecko, pobierając za ten pokaz opłaty" - zapisał Mirosław Słowiński. Mały Polak dawał też koncerty, grając na gitarze. "Co najmniej od zimy 1783 r. pokazywał się za 5 szylingów w swoim mieszkaniu przy St. James Street 29 codziennie od dwunastej do trzeciej po południu i od szóstej do dziesiątej. Można też było zamówić sobie jego wizytę w domu, z tym że cena była tu wyższa - pół gwinei od każdej znajdującej się na takim spotkaniu osoby" - odnotowała Anna Grześkowiak-Krwawicz. Musiał się przy tym bardzo starać, bo szybko wyrastała mu konkurencja. Londyńska prasa pełna była wówczas ogłoszeń o możliwości obejrzenia sobie kobiet z brodą, liliputów lub olbrzymów. A jednak inteligentny i dowcipny Polak stał się prawdziwą gwiazdą rozrywki. Spisane przez Boruwłaskiego pamiętniki ukazały się w 1788 r. po angielsku i francusku. Miały też trzy wznowienia, przynosząc autorowi spory dochód. Diderot umieścił o nim hasło w Wielkiej Encyklopedii, podobnie postąpili autorzy Encyklopedii Britannica. Kiedy Joujou wywalczył sobie pozycję najbardziej znanego karła w Europie, na specjalnej audiencji gościł go brytyjski król Jerzy IV. Oczywiście życząc sobie pokazu tańca i śpiewu.

Takiego trybu życia nie zniosła jednak żona i w końcu wraz z córką wyjechały do Polski. Na starość coraz bardziej samotny Boruwłaski osiadł w Durham. Tam po raz ostatni zarobił na swoim wzroście. Przyciśnięty biedą, nim umarł w wieku 98 lat, sprzedał swój szkielet kolekcjonerowi "wybryków natury". Ale, gdy odszedł w 1837 r. donosiły o tym wszystkie gazety angielskie oraz wiele na całym kontynencie. Do dziś w hallu miejscowego ratusza stoi figura naturalnych rozmiarów przedstawiająca najsławniejszego mieszkańca miasteczka. Polski niziołek trzyma gitarę i jest ubrany w elegancki strój, jaki włożył, goszcząc u króla Jerzego VI. Ale, choć świadom swej sławy, na którą tyle lat pracował, chyba nie potrafił się nią cieszyć. Pod koniec pamiętnika, zanotował: "Zdaje się nawet, iż wielu ludzi nie bierze pod uwagę tego, że jestem człowiekiem, tego, że jestem człowiekiem uczciwym, tego, że jestem człowiekiem wrażliwym. Jakże bolesne są te rozmyślania".

Dla celów wyłącznie dekoracyjnych, dla dogodzenia fantazji pańskiej, dla samej osobliwości trzymano po dworach karłów. Bawiono się nimi chętnie i drogo za nich płacono - notował Jan St. Bystroń

@RY1@i02/2014/099/i02.2014.099.000002000.803.jpg@RY2@

getty images

Józef Boruwłaski zwany Joujou i jego żona Izalina Barboutan, która trzyma na kolanach ich córkę

Andrzej Krajewski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.