Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Jeszcze raz to samo

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 12 minut

Nowe wraca - tak można podsumować świeżo u nas wydane powieści Salmana Rushdiego i Orhana Pamuka. A potem można dodać: bywało już znacznie lepiej

Obaj piszą o przenikaniu się kultur Wschodu i Zachodu, obaj narazili się na szykany, drążąc tematy objęte politycznym i religijnym tabu, obaj są uważani za twórców wybitnych. Obaj sprawiają wrażenie, jakby powoli kończyły im się pomysły na literaturę. Co robi prozaik, któremu kończą się pomysły? Albo nic nie pisze, albo pisze jeszcze raz to samo.

"Dwa lata, osiem miesięcy i dwadzieścia osiem nocy" (czyli, przy stosownym układzie kalendarza, 1001 nocy, co ma nas naturalnie odsyłać do legendarnych opowieści Szeherezady) powtarza schematy narracyjne, które sprawdziły się Rushdiemu w latach 80., gdy był u szczytu literackiej formy. "Dzieciom północy" zawdzięcza ideę quasi-rodzinnej grupy ludzi o szczególnych, nadnaturalnych zdolnościach, z "Szatańskich wersetów" pożycza sobie trik z istotami wyższymi nawiedzającymi ciała i umysły śmiertelników. Pal licho autoplagiat, jeśli "Dwa lata..." okazałyby się dobrą książką. Ale są, niestety, książką z gruntu nieudaną.

Ciekawe, że pierwsze 50 stron nie zapowiada klęski - jakby Rushdie napisał je kiedyś z myślą o całkiem innej powieści. Cofamy się do XII wieku, do islamskiej Hiszpanii: u pogrążonego w niełasce i zesłanego na prowincję podstarzałego sędziego i filozofa Ibn Ruszda (zwanego później przez Europejczyków Awerroesem), racjonalisty i arystotelejczyka, zjawia się szczuplutka nastolatka, która niebawem zostanie jego kochanką oraz matką jego dzieci. Rzecz w tym, że owa dziewczyna, Dunia, nie jest człowiekiem, ale dżinniją przybyłą z Peristanu, legendarnej krainy, "górnego świata" wszechmocnych, choć kapryśnych duchów.

Nader liczne potomstwo Ibn Ruszda i Dunii rozprasza się po świecie i przez pokolenia pozostaje nieświadome swego pochodzenia. Aż do momentu, gdy wrota Peristanu otwierają się po raz kolejny, przynosząc chaos i zniszczenie. To dzieje się t e r a z. Dawny spór Ibn Ruszda z islamskim teologiem Al-Ghazalim, przeciwstawiający Boga Rozumowi, odbija się współczesności czkawką, jako że angażują się weń najpotężniejsze (i najokrutniejsze) dżinny, prowadzące przy okazji wojnę między sobą.

Rozumiem, że Rushdie chciał napisać ostrą powieść o inwazji teistycznego irracjonalizmu na cywilizację Zachodu - niemniej wyszedł mu z tego wielosłowny, bałaganiarski stek wyświechtanych banałów. Nie to jednak jest najgorsze w "Dwóch latach...", ale to, że autor "Josepha Antona" poległ w tak podstawowych sprawach, jak konstrukcja fabuły czy wizerunek postaci. Jego miotającym się od kulisy do kulisy bohaterom brak głębi, charakteru i sensownych motywacji, mnóstwo rzeczy wydarza się tu zaś na zasadzie deus ex machina, jakby Rushdie żył w przekonaniu, że formuła "realizmu magicznego" oznacza, iż wolno wszystko i nie trzeba się z tego tłumaczyć. Otóż trzeba - o ile nie uważa się czytelników za idiotów.

Z nową powieścią Orhana Pamuka mam problem innej natury. Nie sposób jej zarzucić, że jest źle napisana albo nieprzemyślana - jest, jeśli idzie o rzemiosło, napisana bardzo dobrze i stanowi ciekawy projekt, tak literacko, jak i intelektualnie. Turecki noblista chciał stworzyć coś na kształt "żywota człowieka poczciwego", a zarazem podjąć próbę okiełznania ostatniego półwiecza w historii Stambułu, półwiecza, podczas którego senne, wielokulturowe, starożytne miasto nad Bosforem zamieniło się w gigantyczną, czternastomilionową metropolię pożerającą w imię nowoczesności i nieograniczonego wzrostu własną przeszłość i tradycję.

Nowy Stambuł - cel wielkiej wędrówki ludów z całej Anatolii - przybrał formę Turcji w miniaturze. I o tej wędrówce ludów, o budowanych w jedną noc nielegalnych slumsach, o procesie, w wyniku którego przez dekady przekształciły się one w niekończące się blokowiska, opowiada Pamuk. Człowiekiem poczciwym czyni zaś jednego z owych przybyszów, Mevluta Karataşa, ulicznego sprzedawcę jogurtu i buzy (coś w rodzaju gęstego podpiwku wyrabianego z kukurydzy lub pszenicy). Mevlut - nieśmiały prowincjusz, po trosze pechowiec, a po trosze ostoja naiwnej uczciwości - nie robi kariery. Przytrafia mu się co innego: wtapia się w miasto, staje się żywą alegorią jego złożonej duszy.

Słabości "Dziwnej myśli w mej głowie" wynikają jednak wprost z żelaznej konsekwencji i drobiazgowości, z jaką Pamuk swój projekt przeprowadza. Brak tu napięcia, dramaturgii - ani nijaka biografia sprzedawcy buzy, ani kolejne warstwy czasu, monotonnie odkładające się jedna na drugiej, nie są w stanie usprawiedliwić rozwlekłości tej blisko 700-stronicowej stambulskiej elegii. W dodatku Pamuk się powtarza - to, co w świetnym eseju "Stambuł. Wspomnienia i miasto" miało posmak niespodziewanego odkrycia, a w znakomitej powieści "Muzeum niewinności" obsesyjną siłę, tutaj zaczyna się po prostu robić nudne.

Jeśli coś przykuwa uwagę w "Dziwnej myśli...", to nie życie wewnętrzne ubogiego handlarza, ale frapujące portrety kobiet - kobiet uległych i zbuntowanych, tęskniących za tradycją i łapczywie pragnących powiewu nowoczesności, kobiet zdominowanych przez mężczyzn i rządzących mężczyznami. Pamuk ma naprawdę dobrą rękę do damskich portretów; szkoda, że nikt mu o tym nie powiedział, kiedy zabierał się do pisania "Dziwnej myśli...". Ta sama historia opowiedziana z kobiecej perspektywy byłaby, śmiem przypuszczać, znacznie ciekawsza.

@RY1@i02/2015/231/i02.2015.231.19600060a.804.jpg@RY2@

BE&W

Orhan Pamuk i Salman Rushdie podczas The New Yorker Festival, 2007 rok

Piotr Kofta

@RY1@i02/2015/231/i02.2015.231.19600060a.805.jpg@RY2@

@RY1@i02/2015/231/i02.2015.231.19600060a.806.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.