Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Pisanie obsesjami

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 9 minut

Zbiór opowiadań Davida Fostera Wallace’a to jedna z najbardziej oczekiwanych premier literackich - i to oczekiwanych już od lat

David Foster Wallace pozostawał ostatnim z wybitnych pisarzy współczesnej Ameryki, którego książki nie wyszły w polskim przekładzie. Powodów takiego stanu rzeczy można się tylko domyślać: bo trudny - i translatorsko, i w lekturze; bo zbyt amerykański; bo hermetyczny; bo rozwlekły. Tak czy owak, to już nieaktualne obawy, bo Wallace wreszcie jest, w znakomitym tłumaczeniu Jolanty Kozak.

Wallace żył krótko, bo zaledwie 46 lat - zmarł śmiercią samobójczą w 2008 roku, po ponad dwóch dekadach walki z depresją. Czy był literackim geniuszem? Wielu pisarzy i krytyków z USA twierdzi, że tak - choć dodają jeszcze, że nie do końca spełnionym: oprócz swojego opus magnum z 1996 roku "Infinite Jest" (jako że tytuł to cytat z "Hamleta", podaję za Stanisławem Barańczakiem możliwą polską wersję: "Niewyczerpane źródło żartów"), powieści olbrzymiej - 1100 stron w angielszczyźnie - i mającej w Stanach status tekstu kultowego, wydał jeszcze jedną dużą prozę ("The Broom of the System" - "Miotła systemu", 1987), parę zbiorów opowiadań i parę tomów eseistyki. Trzeciej powieści nie skończył, skompilowano ją z pozostawionych przez pisarza fragmentów, ukazała się w 2011 roku jako "The Pale King" ("Blady król").

Technicznie rzecz ujmując, twórczość Wallacea - podobnie jak książki Breta Eastona Ellisa czy Chucka Palahniuka - wpisuje się w drugą falę postmodernizmu, którą charakteryzuje pragnienie powrotu od tekstu do rzeczywistości. Jak jednak uprawiać społeczną krytykę za pomocą języka zdekonstruowanego i obnażonego przez poprzednie pokolenie pisarzy, języka skompromitowanego, wyśmianego, zdewaluowanego? I czy z poziomu metanarracji da się raz jeszcze zejść do krainy literackiej niewinności, czy może trzeba się wspiąć jeszcze o piętro wyżej? Wallace w każdym razie się wspiął - i użył postmodernizmu, z jego manieryzmami, zapożyczeniami, ironicznymi nawiasami, zapętleniami, parodiami stylów i gatunków, postmodernizmu Pynchona (zwłaszcza Pynchona!), Barthelmea czy Bartha, ale też choćby Kundery, do swoich celów. Do opowiedzenia o pustce, samotności i nudzie amerykańskiego życia.

Wallace miał wrogów - pisano, że jego proza składa się z samych tików, obsesji i dziwactw, że jest pretensjonalna i narcystyczna w swoim ciągłym pożądaniu czytelniczej uwagi, że to rodzaj literackiej histerii. W pewnym sensie wszystkie te opinie mają w sobie coś z prawdy: jeśli można wnioskować o całym pisarstwie na podstawie lektury jednej książki, czyli "Krótkich wywiadów z paskudnymi ludźmi" (oryg. wyd. 1999), to owszem, jest to pisarstwo obsesyjne. Ale nie tylko, a nawet nie przede wszystkim.

W tym zbiorze opowiadań wszystkie w zasadzie teksty - bardzo różnorodne - mają dwie wspólne cechy: po pierwsze, są w taki czy inny sposób okaleczone: z tytułowych wywiadów wycięto pytania, dostajemy tylko odpowiedzi; w innym przypadku narracja urywa się w połowie, w jeszcze innym nie jesteśmy w stanie rozszyfrować skrótów i akronimów, ustalić kontekstu, policzyć bohaterów. Wallace wpędza odbiorcę w konfuzję, zabierając mu satysfakcję z dopięcia i (cudzysłów celowy) "zrozumienia" lektury. To tak, jakby jeździć po Polsce, posługując się mapą konturową z podstawówki. Prawdziwa mapa nie istnieje - zdaje się mówić autor - więc nie udawajmy, że ją mamy.

Po drugie - i ważniejsze - to nie jest gra ani zabawa w rozmontowywanie konwencji literackich, nikt tu nie puszcza do nas oczka, nie zaprasza do rozwiązywania łamigłówek. Wallace nigdy nie pisał autobiograficznie, wolał pozostawać w ukryciu, ale sposób, w jaki używa słynnej postmodernistycznej ironii, jest bardzo charakterystyczny: jej ostrze kieruje we własną pierś. Jako człowieka uwikłanego w pokręconą męskość epoki późnego feminizmu (co mężczyzna w ogóle ma zrobić ze swoją seksualnością? - Wallace kpił w swoim czasie z Johna Updikea, nazywając go Wielkim Męskim Narcyzem i Championem Literackiej Fallokracji). Jako człowieka cierpiącego na depresję - rewelacyjne opowiadanie "Osoba w depresji" bada granice psychoanalitycznego dyskursu, który tak głęboko przeniknął do amerykańskiej kultury, że stał się praktycznie osobnym, samowystarczalnym językiem. Jako pisarza niezdolnego do ukończenia ambitnego projektu, twórcę poturbowanego przez psychotyczny perfekcjonizm, tonącego w dygresjach i korektach. Tych person - wcielających się co i rusz w nowych narratorów - jest w tej książce wiele; bywają zabawne, groteskowe, obrzydliwe, ale zżerają je osobliwe cierpienie i chęć ucieczki. Tyle że poza język nie da się uciec.

Na większości zdjęć David Foster Wallace ma na głowie szeroką, białą bandanę. Kiedy pytano go, dlaczego ją nosi, odpowiadał pół żartem, pół serio, że bandana chroni jego mózg przed eksplozją. Coś w tym jest.

@RY1@i02/2015/132/i02.2015.132.196000600.803.jpg@RY2@

EAST NEWS

@RY1@i02/2015/132/i02.2015.132.196000600.804.jpg@RY2@

Piotr Kofta

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.