Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Pożyczam oczy czytelnikowi

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 21 minut

PRAWNIK OD THRILLERÓW W dziwnej, nowej Szwecji bardzo istotna staje się granica przebiegająca między tubylcami a imigrantami - mówi Joakim Zander , autor powieści "Pływak" i "Islamski łącznik"

Z wykształcenia i zawodu jest pan prawnikiem - to całkiem niezłe zajęcie. Skoro tak, dlaczego zdecydował się pan jednak na pisarstwo?

Bycie prawnikiem to rzeczywiście nie jest zła praca, powiedziałbym nawet, że bardzo dobra. I lubiłem ją. Z drugiej strony, od kiedy pamiętam, czyli z pewnością już w dzieciństwie, nosiłem w sobie pragnienie, by pisać. Naturalnie nie miałem pojęcia, co trzeba zrobić, żeby zostać pisarzem, pochodzę z rodziny bez literackich tradycji, pierwszy realny kontakt z tym rzemiosłem uzyskałem w momencie, w którym sam się wziąłem do pisania. Szczęśliwie oprócz tych mrzonek miałem i mam jeszcze jeden obszar zainteresowań - społeczeństwo, czyli szczególny sposób współistnienia wynaleziony przez ludzi po to, żeby się wzajemnie nie pozabijać. A prawo to świetny punkt wyjścia do refleksji nad tą kwestią: żyjąc w społeczeństwie, nie zgadzamy się ze sobą w wielu sprawach, ale to, w czym się zgadzamy, kodyfikujemy w postaci przepisów prawnych. Czyli prawo to w zasadzie lista minimalnych warunków istnienia złożonego społeczeństwa.

Ale potem skręcił pan w nieco inną stronę.

Tak, zrobiłem doktorat z prawa europejskiego i międzynarodowego prawa handlowego. Wracając jednak do pańskiego pytania: owszem, miałem dobrą, interesującą pracę za niezłe pieniądze, ale rozglądałem się po swoim biurze i gnębiło mnie pytanie, czy za parę lat ta sytuacja też będzie mi się podobać. Kiedy padają tego rodzaju pytania, to nieomylny znak, że czas na zmiany. Chciałem pisać - ale pisać możesz wtedy, kiedy masz temat. Czy miałem temat? Okazało się, że nawet trzy: Brukselę, w której pracowałem przez dekadę, młodość - bo pracowałem tam jako młody człowiek, i rodzicielstwo - bo sam zostałem rodzicem. Pisanie debiutanckiej powieści ("Pływaka" - przyp. red.) zajęło mi kolejne trzy lata. Udało się.

W związku z pracą pańskiego ojca jako nastolatek wylądował pan w Syrii, w Damaszku. Jakie ma pan wspomnienia z tego czasu?

Miałem wtedy 15 lat i nagle - w zasadzie w ciągu jednej doby - przeniosłem się z małego, prowincjonalnego miasteczka Söderköping do gigantycznej, zadymionej arabskiej metropolii z jej zrujnowanymi domami, zaułkami, starymi bazarami. To było niesamowite doświadczenie, z pewnością głęboko formacyjne. Nie wydaje mi się, żeby jakikolwiek rok w moim życiu był istotniejszy niż tamten.

Czy dlatego lubi pan wracać w swoich książkach na Bliski Wschód?

Prawdopodobnie tak, nawet jeśli nie było to zamierzone. Teraz piszę trzecią powieść i znów znajdą się tam tematy bliskowschodnie. Obiecałem sobie jednak, że to już ostatni raz. Z drugiej strony - tamten rok w Syrii dał mi w zasadzie trzy książki. To prawda.

Dlaczego wybrał pan dla "Pływaka" i "Islamskiego łącznika" akurat formułę międzynarodowego thrillera szpiegowskiego?

Z wielu powodów. Przede wszystkim, mam za sobą także rozmaite mniej udane próby literackie i pozostał mi po nich lęk, że napiszę książkę, która zmierza donikąd - że będzie zawierała fajnych, interesujących psychologicznie bohaterów, ale żadnej ciekawej historii. Prawdę mówiąc, nie cierpię takich powieści.

"Sfrustrowani młodzi ludzie włóczą się bez celu po mieście"?

No właśnie. Wystarczy w zupełności "Buszujący w zbożu", najlepszy z gatunku i jedyny wart lektury. Przyszło mi więc do do głowy, że jeśli zdecyduję się na thriller i puszczę moich bohaterów w ruch, będę musiał ich w jakiś sposób ocalić; thriller daje dynamikę, pewien gwarantowany fabularnie automatyzm. Drugi powód jest taki, że ja po prostu uwielbiam thrillery szpiegowskie - jako dziecko zaczytywałem się Forsythem, Ludlumem, MacLeanem i Higginsem, jako nastolatek dostałem w ręce książki le Carrégo, choćby "Ze śmiertelnego zimna", i przypominam sobie, że było to doświadczenie zupełnie unikalne: zarazem budujące i destrukcyjne, nie jest łatwo po Forsycie i Ludlumie przyjąć tę osobliwą mieszankę suspensu, smutku, melancholii i gorzkiej prawdy. Po trzecie wreszcie, chciałem napisać coś, co ludzie będą czytali - coś, powiedzmy, komercyjnego - ale też jednocześnie coś, co wejdzie głębiej w materię przedmiotu. Lubię taką metaforę, że na czas lektury powieści pożyczam czytelnikowi moje oczy. Nie musi się ze mną zgadzać, ale niech się przynajmniej dowie, jak widzę pewne sprawy.

Pańska druga powieść, "Islamski łącznik", jest bardziej złożona fabularnie od "Pływaka", i - jeśli można tak to nazwać - także nieco bardziej paranoiczna w nastroju. Chaos, populizm, postprawda: te znaki czasu chciał pan sportretować?

Po części tak. Ale zaczęło się od mojego zainteresowania nowym, quasi-klasowym podziałem szwedzkiego społeczeństwa. Jeszcze do niedawna posługiwaliśmy się przy określaniu klas społecznych czysto ekonomicznymi kryteriami, teraz jednak, w tej dziwnej, nowej Szwecji, istotniejsza staje się granica przebiegająca między tubylcami a imigrantami. Zacząłem się więc przyglądać osiedlom na przedmieściach Sztokholmu, zamieszkanym niemal wyłącznie przez imigrantów. I wtedy wpadłem na pomysł, jak te obserwacje połączyć z nieco mrocznym wątkiem brukselskiego lobbingu w sprawie prywatyzacji części zadań policji. Wie pan, ja zasadniczo jestem racjonalistą, nie wierzę w teorie spiskowe, ale thriller jak powietrza łaknie spisku i konspiracji. Co więcej, pewne kwestie związane z lobbingiem pozwoliłem sobie jedynie lekko podkolorować - wiem z zawodowego doświadczenia, że to właśnie tak działa: nie chodzi o szwendanie się za politykami i przekonywanie ich do swoich pomysłów, ale o wielkie, zorganizowane akcje na wielu poziomach przekazu, o różnorodną dystrybucję opinii, o wpływanie jednocześnie na środowisko podejmowania decyzji, na ekspertów i na polityków bądź urzędników. Społeczeństwo też powinno dostać kampanię wokół danej decyzji, żeby mogło poczuć, że tej decyzji potrzebuje.

W tle pojawia się w "Islamskim łączniku" jeszcze tajemnicza amerykańska firma zajmująca się wychwytywaniem i kreowaniem trendów kulturowych.

Zawsze mnie interesowało, jak to się dzieje, że moda przestała współcześnie spływać od elit ku masom, ale - przynajmniej pozornie - wzbierać w odwrotnym kierunku, z przedmieść, dzielnic biedoty, imigranckich albo rasowych gett ku mainstreamowi. Mówię tu o stylach ubierania się nastolatków czy o muzyce, z którą młodzi ludzie pragną się identyfikować. Nie chcielibyśmy za żadne skarby mieszkać w tamtych miejscach, ale chętnie sięgamy po ich bunt i gniew, bo to jest cool. Kto sprawia, że to jest cool? Jak sformatować trend i wrzucić go na rynek? Jak zmodyfikować albo zmienić znaczenie symboli i gestów? Jak przewidzieć ich odbiór w różnych kulturach i kontekstach? To czysta memetyka - fascynujące sprawy.

Z jednej strony mamy imigrantów z getta, z drugiej - paneuropejski tłum młodych karierowiczów walący ławą na brukselskie posady dla rozmaitych asystentów i pomagierów.

Tego bym sobie nie mógł darować - bo to był mój świat. Spotkałem całe tabuny takich ludzi: przyjechali tam piąć się w hierarchii i korzystać z życia. Nie obchodziło ich za bardzo, co komu sprzedają, z kim negocjują, czyje interesy reprezentują. Nigdy nie byłem szczególnie dogmatyczny w tych sprawach, ale ciekawiło mnie, skąd wzięła się ta szczególna kasta ludzi i dlaczego jest taka, jaka jest. Portretowanie ich teraz w moich książkach to całkiem niezła zabawa.

@RY1@i02/2016/243/i02.2016.243.196000600.801.jpg@RY2@

fot. Viktor Fremling/Ahlander Agency/mat. prasowe

Rozmawiał Piotr Kofta

W SIDŁACH ZŁA

Debiutancki thriller Joakima Zandera "Pływak" był dość klasycznie poprowadzoną, rozliczeniową historią, nieco w duchu paru ostatnich powieści Johna le Carrégo. "Islamski łącznik" - poza tym, że dziedziczy po "Pływaku" część postaci - to już rzecz znacznie nowocześniejsza, nie tyle formalnie, ile treściowo. Zander zgrabnie spotyka w tej książce parę pozornie nieprzystających światów i losów, opowiada zarówno o tym, jak przebiega uwiedzenie młodego, zagubionego imigranta przez komórkę Państwa Islamskiego, i o tym, jak firmy lobbingowe produkują zagrożenie, przed którym chcą nas bronić, a także o tym, w jaki sposób miękko korumpuje się brukselskich ekspertów i urzędników. Po lekturze "Islamskiego łącznika" nie jesteśmy może oszołomieni akcją pędzącą na złamanie karku, ale na pewno mądrzejsi - Zander ma dar wskazywania subtelnych połączeń między zjawiskami, których pozornie nic łączyć nie może.

PK

@RY1@i02/2016/243/i02.2016.243.196000600.802.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.