Początek na pożegnanie
Neil Gaiman już we wstępie do albumu zapowiada, że to jego ostatnie spotkanie z Sandmanem. Szkoda. "Uwertura", prequel opowieści, która przyniosła brytyjskiemu pisarzowi olbrzymią popularność i dziesiątki branżowych nagród, to komiks bliski arcydziełu. No, może arcydziełu z zastrzeżeniami.
"Uwertura" kończy się tam, gdzie w 1989 roku zaczął się "Sandman". Jednak album nie jest zwyczajnym wprowadzeniem do wydarzeń opisanych w serii. To odrębna historia, która niektóre niejasności wyjaśnia, lecz jednocześnie wiele pytań pozostawia bez odpowiedzi. W telegraficznym skrócie: Władca Snów, naprawiając popełnione przez siebie błędy, musi powstrzymać zagładę wszechświata. Lub raczej wszechistnienia: wojna totalna obejmuje bowiem wszystkie płaszczyzny rzeczywiste i wyobrażone. Nie spodziewajcie się więc jasno opowiedzianej, klarownej fabuły. "Uwertura" to wycieczka w odmęty podświadomości, psychodeliczna podróż, w której filozofia i teologia mieszają się z literaturą i popkulturą, baśń ustępuje horrorowi, a dramat psychologiczny wypiera science fiction. Jest tu wszystko, co w prozie Gaimana najlepsze, lecz także to, co bywa nieznośne - mętność wywodu, nadmierna erudycyjna brawura, zakradający się czasami patos. Ja jednak kupuję całość bez zastrzeżeń, tym bardziej że album ma fenomenalną oprawę graficzną. Ilustracje J.H. Williamsa, eksperymentującego z różnymi stylami, kolorami, kompozycją kadrów i plansz, to absolutne mistrzostwo. Piękno jego prac wynagradza wszelkie ewentualne niedostatki scenariusza oraz świadomość, że jeśli Neil Gaiman dotrzyma słowa, już więcej do świata Nieskończonych nie wrócimy.
Jakub Demiańczuk
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu