Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Nie uciekam od swojej natury

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 9 minut

WYWIAD Nie wiem, czy kino jest dziś najwłaściwszą przestrzenią do zabierania głosu w sprawach politycznych bądź społecznych - wybitny hiszpański reżyser Carlos Saura opowiada o polityce i tangu przy okazji premiery filmu "Argentyna, Argentyna"

W swoim najnowszym filmie kolejny raz w karierze wraca pan do Argentyny. Dlaczego tamtejsza rzeczywistość wydaje się panu tak bardzo inspirująca?

Gdy się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że kultura argentyńska niespecjalnie różni się od hiszpańskiej. Wręcz przeciwnie, wydaje się przez nią bardzo mocno ukształtowana. Niemniej Argentyna wciąż jest krajem położonym na innym kontynencie i znajdującym się w odmiennej sytuacji geopolitycznej. Przebywanie tam pozwala mi więc jednocześnie czuć się jak w domu i rozkoszować się niuansami, które decydują o argentyńskiej specyfice. Jako artysta czuję w tej sytuacji komfort, o którym mogę tylko pomarzyć, gdy trafiam do krajów anglosaskich. Za każdym razem, kiedy jadę do Anglii albo Stanów Zjednoczonych, czuję się, jakbym przekraczał granicę obcego świata, i nie wyobrażam sobie, że mógłbym tam zrealizować jakikolwiek film.

Od kilku lat konsekwentnie realizuje pan filmy o muzyce. Skąd u pana fascynacja akurat tą dziedziną sztuki?

Wychodzę z założenia, że muzyka stanowi najtrwalsze świadectwo danej kultury. Obyczaje stopniowo zanikają, piękne pałace popadają w ruinę, a dźwięki pozostają wieczne. Proszę popatrzeć choćby na to, co dzieje się w Hiszpanii z flamenco. Muzyka i taniec sprzed wieków nie tylko są wciąż praktykowane, ale nadal inspirują współczesnych twórców i okazują niesamowitą żywotność. Nie wszystkie formy sztuki mają jednak tę samą siłę przebicia, niektórym trzeba trochę pomóc. Właśnie dlatego w filmie "Argentyna" poświęciłem tak wiele miejsca zambie - tradycyjnemu tańcowi, który zasługuje na to, by ocalić go od zapomnienia.

To zaskakujące, że pan - dawniej zaprzysięgły krytyk konserwatywnego reżimu Franco - dziś stawia się w roli obrońcy tradycji.

Moje filmy poświęcone folklorowi Hiszpanii i innych krajów wyrastają z niezgody na amerykanizację rzeczywistości. Oczywiście szanuję wielu artystów z USA, ale nie może być tak, że traktujemy ich twórczość jako część globalnej superkultury, a wytwory naszej tradycji uznajemy automatycznie za gorsze. Pachnie mi to neokolonializmem i absolutnie nieuzasadnionym kompleksem niższości.

Czy nie jest jednak tak, że artyści, którzy inspirują się wyłącznie lokalnym folklorem, zamykają sobie furtkę do międzynarodowej kariery?

Wręcz przeciwnie. W dobie internetu, gdy konkurencja jest silniejsza niż kiedykolwiek indziej, trzeba przecież jakoś wyróżnić się z tłumu. Trudno zrobić to skuteczniej niż za pomocą odwołań do kontekstów, które większości odbiorców wydadzą się nieznane i egzotyczne. Doskonale rozumiał to nieodżałowany Paco de Lucía, z którym współpracowałem przy okazji filmu "Carmen". Paco definiował się jako gitarzysta flamenco, ale zafascynował też amerykańskich jazzmanów, którzy z miejsca uznali go za swego.

Po raz kolejny wspomina pan o flamenco, któremu poświęcił pan w swej karierze aż dwa filmy. Skąd bierze się pańska słabość do tego gatunku muzyki?

Fascynuje mnie jego wszechstronność i otwartość na różnorodne wpływy, które prowadzą do powstania zupełnie nowej jakości. Jak to możliwe, że we flamenco rytmy andaluzyjskich Cyganów harmonijnie połączyły się z muzyką arabską, dźwiękami rodem z Kastylii, a nawet melodiami żydowskimi? Nie umiem uzasadnić tego inaczej niż interwencją nieprzeniknionego cudu muzyki. Jego obecność - prowadząca do uzgodnienia elementów pochodzących z odmiennych kultur - musi napawać pewnym optymizmem. Zwłaszcza w tak niepewnych czasach jak te, w których przyszło nam żyć.

Pana filmy udowadniają także, że kino wydaje się stworzone do pokazywania tańca. Co właściwie sprawia, że tak świetnie prezentuje się on na ekranie?

Kino i taniec mają ze sobą więcej wspólnego niż można by przypuszczać. Zachłyśnięci potęgą dźwięku zdążyliśmy zapomnieć, że film pozostawał atrakcyjną sztuką nawet wtedy, gdy był zupełnie niemy. Wówczas aktorzy posługiwali się językiem ciała i opanowali do perfekcji umiejętność przekazywania znaczeń za pomocą gestów i ruchów. Tymczasem nie istnieje pod tym względem bardziej ekspresyjna sztuka niż taniec. Widać to zwłaszcza w klasycznych komediach. Gdyby Charlie Chaplin albo Buster Keaton nie zostali aktorami, byliby z pewnością wyśmienitymi tancerzami.

Przez cały czas rozmawiamy o muzyce i tańcu, a przecież w latach 70. zasłynął pan jako twórca wyrazistych alegorii politycznych takich jak "Nakarmić kruki" czy "Anna i wilki". Był pan w stanie przewidzieć, że filmy te wywrą tak istotny wpływ na hiszpańską rzeczywistość tamtych lat?

W ogóle się nad tym nie zastanawiałem. Motywowała mnie wówczas wyłącznie potrzeba rozliczenia się z pewnymi wydarzeniami z przeszłości. Urodziłem się w 1932 roku, a więc moje wczesne dzieciństwo przypadło na naprawdę niespokojne czasy. Ojciec był urzędnikiem w ministerstwie finansów w okresie rządów lewicy, więc gdy wybuchła wojna domowa, obawiał się zemsty ze strony stronników Franco. Pamiętam, że tułaliśmy się po kraju, a ja jako kilkuletni chłopiec napatrzyłem się na przemoc, śmierć i ludzkie tragedie. Wróciłem do tych przykrych wspomnień w filmach, o których pan wspomniał, potraktowałem je jak autoterapię. Ludzie uznali zawarte w nich emocje za uniwersalne, a ja poczułem się oczyszczony i uznałem, że jako artysta mogę pójść w dalszą drogę.

We współczesnej hiszpańskiej rzeczywistości nie ma niczego, co mogłoby stać się przedmiotem pańskiej krytyki?

Szanuję ludzi, którzy wychodzą na ulicę, by protestować przeciwko skutkom kryzysu ekonomicznego. Doskonale wiem, że mają ku temu dobre powody. Jestem jednak od nich starszy, więc moja perspektywa jest trochę inna. W porównaniu z okresem wojny domowej albo czasem dyktatury Franco sytuacja w kraju jest naprawdę stabilna. Jesteśmy członkiem Unii Europejskiej, prawica i lewica potrafią normalnie dyskutować i nikt nie ucieka się do aktów przemocy. Mnie to wystarcza. Nie jestem zresztą pewien, czy kino jest dziś najwłaściwszą przestrzenią do zabierania głosu w sprawach politycznych bądź społecznych.

Co miałoby przejąć jego rolę?

Media, które w dzisiejszych czasach są rozwinięte znacznie lepiej niż kilkadziesiąt lat temu. Gdy wydarzy się coś ważnego, możesz być pewien, że dowiesz się o tym w ułamku sekundy. W takiej sytuacji nie ma sensu, by kino ścigało się z telewizją i internetem. Proszę jednak nie zrozumieć mnie źle. Wcale nie uważam, że wszechobecność mediów ma wyłącznie dobre strony. Przesyt informacji prowadzi w prostej linii do moralnej znieczulicy. Dawniej, gdy wydarzało się coś ważnego, przerywałeś wszystkie codzienne czynności i skupiałeś się na słuchaniu komunikatów. Dziś możesz spokojnie jeść obiad, a jednocześnie patrzeć na pełne przemocy relacje z frontu wojennego i nie widzieć w tym żadnej sprzeczności.

Naprawdę ani trochę nie tęskni pan dziś za swym temperamentem i politycznym zacięciem z początków kariery?

Nie zmieniłem się aż tak bardzo. Wystarczy popatrzeć na filmy, które kręciłem w Argentynie. Pierwszym z nich było "Z zawiązanymi oczami" z 1978 roku. Dziś prawie nikt już o nim nie pamięta, ale swego czasu spodobał się na festiwalu w Cannes. Na przykładzie relacji twórcy teatralnego z jego ulubioną aktorką w sposób metaforyczny opowiedziałem wówczas o pozycji argentyńskich kobiet i stosowanej wobec nich przemocy. 20 lat później wróciłem do Argentyny, by zrealizować tam "Tango". Gdyby się nad tym zastanowić, można dojść do wniosku, że ten pozornie niewinny film taneczny również nie był całkowicie wyzbyty polityki. W jednej ze scen pojawiał się policyjny samochód, a tekst piosenki i choreografia wprost nawiązywały do traumy z okresu rządów argentyńskiej junty. Nie chcę zabrzmieć nieskromnie, ale nie przypominam sobie, żeby tego rodzaju sceny umieszczano wcześniej w musicalach. Zapewniam, że pewne akcenty dotyczące trudnych aspektów historii kraju można odnaleźć także w "Argentynie". Jak sam pan widzi, nigdy nie ucieknę od swojej prawdziwej, zaangażowanej natury. Na szczęście mogę wyrażać ją subtelnie i nie wprost. Osiemdziesięcioparoletni staruszek na barykadach wyglądałby przecież dość groteskowo.

@RY1@i02/2016/190/i02.2016.190.19600030b.801.jpg@RY2@

AURORA FILMS

"Argentyna, Argentyna" to kolejny po "Tangu" film Carlosa Saury poświęcony tańcowi

@RY1@i02/2016/190/i02.2016.190.19600030b.802.jpg@RY2@

PIOTR ZAJĄC/REPORTER

@RY1@i02/2016/190/i02.2016.190.19600030b.803.jpg@RY2@

Rozmawiał Piotr Czerkawski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.