Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Nie znoszę snobizmu!

15 lipca 2016
Ten tekst przeczytasz w 13 minut

WYWIAD Tworzenie filmu ma w sobie coś z hazardu - mówi kanadyjski reżyser Denis Côté, którego nowy obraz "Boris bez Béatrice" zobaczymy na festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty

W jednym z wywiadów przyznał pan, że "Boris bez Béatrice" to film autobiograficzny. W jakim sensie?

Cóż, nie tak dawno skończyłem 40 lat, a przekroczenie tej bariery skłania do zadania sobie kilku poważnych pytań. Pomyślałem, że jestem reżyserem, odnoszę pewne sukcesy, wymądrzam się w wywiadach i rozmawiam z widzami, których obchodzą moje filmy, ale czy to wszystko pozwala mi nazwać się dobrym człowiekiem? Próba znalezienia odpowiedzi doprowadziła mnie do postaci Borisa, który mierzy się w życiu z bardzo podobnymi dylematami.

W "Borisie..." udowodnił pan, że umie przyciągać uwagę widza od samego początku filmu. Scena przedstawiającą komplikujące się zakupy bohatera w sklepie odzieżowym jest kapitalna.

Pierwotnie była ona trzy razy dłuższa, a trudności biednego Borisa z każdą chwilą piętrzyły się jeszcze bardziej. Stwierdziłem jednak, że co za dużo, to niezdrowo. Gdy napisałem tę scenę, byłem z niej bardzo zadowolony i uznałem, że wypadła dość oryginalnie, ale chwilę później uświadomiłem sobie, że emanuje ona tym samym nastrojem co sekwencja z chłopem grającym na trąbce obecna w "Vic i Flo zobaczyły niedźwiedzia". W obu przypadkach szybko orientujemy się, do czego nieskazitelni na pierwszy rzut oka bohaterowie są zdolni pod wpływem presji. W "Vic i Flo..." dojrzała kobieta była w stanie zbesztać kilkuletniego chłopca, a w "Borisie..." zdenerwowany bohater poniża Bogu ducha winną dziewczynę.

Choć początkowo pokazuje pan Borisa jako aroganta, z czasem jego obraz staje się coraz bardziej pozytywny.

To kolejna z moich małych prowokacji. Chciałem, by film zaczynał się chłodno, a potem z każdą sceną nabierał odrobinę więcej ciepła. Moją intencją było również sprawdzenie, czy będziemy w stanie polubić faceta, o którym wiemy, że potrafi zachować się równie rozczarowująco. W życiu często bywa przecież tak, że uprzedzamy się do całkiem sympatycznych ludzi tylko dlatego, że poznajemy ich w sytuacji, w której pokazali się akurat z nie najlepszej strony.

Pan polubił Borisa z łatwością?

Wcale nie. Mój bohater jest przecież hipokrytą. Z jednej strony to libertarianin gardzący ludźmi, którym powiodło się w życiu gorzej od niego, a z drugiej - człowiek słaby psychicznie i pragnący nieustannej opieki. Potrzebę tę manifestuje choćby w swoich relacjach z żoną. Gdy dostrzega, jak wiele zawdzięcza najbliższym osobom, zaczyna zresztą traktować ją trochę lepiej.

Przyznam, że nie spodziewałem się po panu takiego moralizatorstwa.

Proszę się nie martwić, to tylko pozory. "Boris..." w żadnym razie nie jest judeochrześcijańską bajką o odkupieniu. Główny bohater nie zmienia przecież swojego życia diametralnie, a pogodny wydźwięk zakończenia nie jest wcale oczywisty. Kto bowiem z ręką na sercu będzie w stanie powiedzieć, że Boris nie poddaje się wyłącznie impulsowi chwili i zmieni swój stosunek do żony na stałe?

W fabule "Borisa..." umieścił pan wiele odniesień do mitologii greckiej. W jakim celu?

Kiedy piszę scenariusz, staram się, aby opowiadana historia nie dotyczyła wyłącznie jakiegoś konkretnego Borisa, lecz odnosiła się do bardziej uniwersalnego kontekstu. Gdy zadałem sobie pytanie: "Kim tak naprawdę jest bohater mojego filmu?", od razu skojarzyłem go sobie z Narcyzem i Tantalem. Postanowiłem więc konsekwentnie pójść tym tropem i wzbogacić swoją historię o inne odwołania do antyku, takie jak na przykład dziwna sztuka teatralna odgrywana przez współlokatorów córki Borisa.

Kolejny interesujący aspekt "Borisa..." wiąże się z pochodzeniem bohatera. Boris mówi po rosyjsku i nosi słowiańskie nazwisko Malinovsky.

W Quebecu, w którym mieszkam i pracuję, roi się od emigrantów, więc staram się zaznaczać ich obecność w każdym swoim filmie. W jednym z nich opowiadałem już przecież o Rosjance, a w innym uczyniłem główną bohaterką bułgarską prostytutkę. W "Borisie..." podkreśliłem wątek zagranicznego pochodzenia bohatera także po to, by zaznaczyć jego wyobcowanie i potrzebę ucieczki od codzienności. Nie przez przypadek Boris spotyka się ze swoją rosyjską przyjaciółką i przechodzi na jej język wtedy, gdy czuje potrzebę porozmawiania nie o sprawach zwyczajnych, lecz o swych bardzo osobistych przemyśleniach.

Nowy film potwierdza pańskie zamiłowanie do łamania gatunkowych reguł. W "Vic i Flo zobaczyły niedźwiedzia" wywracał pan do góry nogami konwencję kina społecznego. W "Borisie..." do pozornie zwyczajnego dramatu rodzinnego wprowadza pan elementy surrealizmu czy wręcz fantasy.

Robię tak dlatego, że mam alergię na schematy. Gdy tworzę scenariusze, często odczuwam euforię, bo odnoszę wrażenie, że wpadłem właśnie na świetny pomysł. Chwilę później przypominam sobie jednak, że kiedyś widziałem już podobną scenę, i wtedy natychmiast ją wykreślam. Jako zaprzysięgły kinofil chcę, żeby dziesiąta muza bez przerwy się rozwijała, więc cały czas poszukuję nowości. Podobnie postępuję także wtedy, gdy oglądam filmy jako widz. Jeśli film jest w jakiś sposób oryginalny, szanuję go, nawet jeśli zupełnie mi się nie podoba.

Ta obsesja na punkcie nowości z pewnością nie ułatwia panu pracy.

To prawda. Zdążyłem się już jednak do tego przyzwyczaić. Zresztą lubię w pracy reżysera element niepewności co do powodzenia moich eksperymentów. Często powtarzam, że tworzenie filmu ma w sobie coś z zabawy w kotka i myszkę, gry, hazardu.

Podjęcie ryzyka musi oznaczać świadomość ewentualnej porażki. Jak radzi pan sobie z negatywnymi recenzjami?

Jako były krytyk filmowy szanuję tę profesję, więc nie obrażam się na nikogo za nieprzychylne teksty. Gdy negatywne recenzje moich filmów są poparte ciekawą argumentacją, czytam je wnikliwie, a w przyszłości staram się stosować do kierowanych przez autora uwag. Oczywiście, recenzenci mają różne gusta i nie sposób zadowolić ich wszystkich. Będę jednak kręcił filmy, dopóki znajdą się kinofile, którzy będą chcieli je oglądać. Nie zależy mi na masowej publiczności, ale jeśli stracę zainteresowanie kinofilów, będę skończony.

Co sprawia panu największą trudność w trakcie pracy nad filmem?

Zabrzmi to może perwersyjnie, ale czasem napiszę jakąś scenę i myślę sobie: "Cholera, to tak bardzo w stylu Denisa Côtégo!". Jestem wtedy zdezorientowany, bo nie wiem, czy jeszcze buduję swoją autorską tożsamość, czy już zaczynam się ordynarnie powtarzać. Zwykle proszę wtedy o radę kolegów po fachu. Pierwszą wersję "Borisa...", dłuższą od obecnej o jakieś 30 minut, pokazałem Maximeowi Giroux, reżyserowi głośnego filmu "Feliks i Meira". Po obejrzeniu materiału Maxime przyszedł do mnie i powiedział: "Dobrze, teraz pokażę ci sceny, w których tak bardzo starasz się być Denisem Côtém, że staje się to cholernie irytujące". Zapytałem go, co ma na myśli, a on odparł: "To przecież proste. Masz normalną, angażującą emocjonalnie sekwencję w stylu rozmowy ojca z córką, a na końcu bierzesz ją w ironiczny nawias, bo musisz pokazać, że jesteś Denisem Côtém". Oczywiście po naszej rozmowie wyrzuciłem wszystkie takie sceny i teraz wiem, że przy każdym filmie będę potrzebował osoby, która powie mi w odpowiednim momencie: "Przestań już odgrywać tego pieprzonego Denisa Côtégo!".

Pańska oryginalność manifestuje się już na poziomie wymyślania tytułów. Nie znam innego twórcy, który zatytułowałby swoje filmy - "Vic i Flo zobaczyły niedźwiedzia" albo "Boris bez Béatrice".

W przypadku "Borisa..." od początku wiedziałem, że będę chciał mieć w tytule imiona moich bohaterów, ale miałem też świadomość, że taka praktyka jest dziś coraz bardziej powszechna. W końcu wpadłem na to, że chyba nikt jeszcze nie oddzielił ich słowem "bez". Mogłoby się wydawać, że to wszystko mało ważne, ale tytuł musi być chwytliwy, bo jest przecież pierwszą rzeczą, na którą zwraca uwagę potencjalny widz. Czasem nie mogę wyjść ze zdumienia, że jakiś reżyser tytułuje film tak, a nie inaczej, i że przez kilka lat pracy naprawdę nie jest w stanie wymyślić czegoś lepszego. Kiedy Wim Wenders zrobił film pod tytułem "Every Thing Will Be Fine", jako widz poczułem się dotknięty i pomyślałem, że chce obrazić moją inteligencję. Od pewnego czasu reaguję tak samo również na każdy nowy tytuł Atoma Egoyana.

Dlaczego tak bardzo irytuje pana brak kreatywności kolegów po fachu?

Mam po dziurki w nosie snobistycznych reżyserów, którzy mówią, że ich praca kończy się na planie albo w montażowni. Przecież na twój film składa się także tytuł, plakat, zwiastun, a nawet slogan reklamowy. Nie wyobraża pan sobie, jak wielką walkę toczę każdorazowo o to, by moje filmy miały sensowne plakaty.

Zwykle udaje się panu dopiąć swego?

Tak. Tajemnica mojego sukcesu polega na tym, że jestem bardzo niegrzeczny. Gdy agent sprzedaży pokazał mi potencjalny plakat do "Borisa...", powiedziałem wprost, że wydaje mi się gówniany. Na szczęście kolejna propozycja była już do zaakceptowania. Nie oznacza to oczywiście, że w ogóle nie idę na kompromisy. Na początku zaprojektowałem własny, artystyczny plakat "Borisa...", z którego byłem bardzo dumny. Producent powiedział mi jednak, że jeśli się na niego zdecydujemy, film nie zarobi absolutnie nic. I pewnie miał rację.

@RY1@i02/2016/136/i02.2016.136.196000400.801.jpg@RY2@

MATERIAŁY PRASOWE

Dounia Sichov i James Hyndman w filmie "Boris bez Béatrice"

@RY1@i02/2016/136/i02.2016.136.196000400.802.jpg@RY2@

AP

Rozmawiał Piotr Czerkawski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.