Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Trzech panów z wąsem

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 17 minut

ESEJ Czy Kurt Vonnegut był - naturalnie w sensie metaforycznym - nieślubnym dzieckiem Marka Twaina i Ambrose’a Bierce’a?

Na pytanie, skąd się wziął Kurt Vonnegut, można udzielić dwojakiej odpowiedzi.

W wariancie pierwszym uznajemy, że wydała go na świat rodzina niemieckich architektów z Indianapolis, że w dzieciństwie nie przytulano go wystarczająco często, a potem cudem uniknął śmierci - najpierw jako amerykański żołnierz w błocie Ardenów podczas nazistowskiej kontrofensywy, a nieco później jako jeniec wojenny w Dreźnie spalonym na wiór przez alianckie naloty dywanowe.

W wariancie drugim przyjmujemy po prostu, że był wysokim i kudłatym okazem Tralfamadorczyka (firmowe wąsy zapuścił dopiero, porzuciwszy żonę z szóstką dzieci - to zresztą normalna praktyka na Tralfamadorii).

Vonnegut Vonnegutem, ale skąd wzięło się jego osobliwe pisarstwo? Tego oczywiście nie wie nikt, kto nie mieszkał przed dłuższy czas w głowie autora "Rzeźni numer pięć". Można się jednak pokusić o pewną hipotezę: twórczość Vonneguta swoją ironię, zgryźliwość i obrazoburczość, przemieszane z moralistyką oraz dbałością o puenty zawdzięcza znakomitej tradycji amerykańskiego humoru literackiego.

W jakiejś mierze za siłę tej tradycji odpowiedzialna jest pierwsza poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych z 15 grudnia 1791 roku: "Kongres nie ustanowi ustaw wprowadzających religię lub zabraniających swobodnego wykonywania praktyk religijnych; ani ustaw ograniczających wolność słowa lub prasy, lub naruszających prawo do pokojowych zgromadzeń i wnoszenia do rządu petycji o naprawę krzywd". Ta regulacja zagwarantowała Ameryce, że nawiedzać ją będzie niekończący się pochód politycznych i religijnych szaleńców - zarazem jednak zapewniła swobodę krytyki i wyśmiewania owego szaleństwa. Przynajmniej teoretycznie.

Mark Twain (1835-1910, właśc. Samuel Langhorne Clemens) znany jest dziś przede wszystkim dzieciom, chociaż jego najbardziej znane powieści, czyli "Przygody Tomka Sawyera", "Przygody Hucka", "Jankes na dworze króla Artura" albo "Książę i żebrak", nie były wcale pisane z myślą o młodych czytelnikach. Twain, przez niektórych (w tym Williama Faulknera) uważany za ojca amerykańskiej literatury, miał dar zajmującego i skrzącego się dowcipami gawędziarstwa - jego publiczne przemowy, a przez lata żył z dawania odczytów, przypominały podobno temperaturą i stężeniem absurdu występy wybitnych mistrzów współczesnej stand-up comedy. U Twaina co w mowie, to i w piśmie: rewelacyjne "Pod gołym niebem" (1872) i "Życie na Missisipi" (1883) to wcale nie tak dalecy przodkowie dzisiejszej literatury podróżniczej - ze szczególnym wskazaniem na nieocenionego podróżnika humorystę Billa Brysona.

Ale Twain był przede wszystkim zaciekłym humanistą (słowa "zaciekły" używam świadomie), satyrykiem nieoszczędzającym swoich bliźnich, biczującym ich za chciwość, hipokryzję, polityczną ślepotę i rasizm. "W wielu stanach położonych nad Pacyfikiem tak mocny jest głód sprawiedliwości w sercach ludzkich, że gdy kiedykolwiek zdarzy się jakaś tajemnicza zbrodnia, natychmiast wołają: »Niech sprawiedliwości stanie się zadość!«, i wieszają Chińczyka" ("Chłopczyk, policjant i Chińczycy", 1870). Ludziom uważającym, że polskie kampanie wyborcze są plugawym ściekiem oszczerstw i pomówień, a media kłamią, polecam lekturę opowiadania "Jak kandydowałem na gubernatora" (1870). "Listy z Ziemi" (1904-1909) są z kolei tak jadowitym atakiem na religię - głównie na chrześcijaństwo - że ukazały się oficjalnie dopiero po półwieczu od śmierci autora.

Twain miał swoje słabości - podobały mu się na przykład piękne i całkiem bezużyteczne urządzenia mechaniczne. W latach 80. XIX wieku utopił 300 tys. dol. (czyli odpowiednik mniej więcej obecnych 7,5 mln zielonych) w projekcie maszyny drukarskiej Jamesa Paigea, projekcie, który już na starcie poległ w boju ze świeżo wynalezionym linotypem. Zaciągnięte wówczas długi Twain spłacał w zasadzie przez resztę swoich dni, zresztą w oczekiwaniu na kometę. "Przybyłem w 1835 roku wraz z kometą Halleya. Jako że zjawi się znów za rok, spodziewam się odejść wraz z nią" - powiedział w roku 1909. "To byłoby moje największe rozczarowanie, gdybym nie mógł tego uczynić. Wszechmogący rzekł, bez wątpienia: »Oto dwójka nieobliczalnych wariatów; zjawili się razem i muszą razem odejść«". Te słowa sprawdziły się co do joty - Twain zmarł 1 kwietnia 1910 roku, w dzień po tym, jak kometa Halleya maksymalnie zbliżyła się do ziemskiego globu.

Ambrose Gwinnett Bierce (1842-1914?) miał w sobie nieco mniej humanistycznego zapału. Ów pisarz, dziennikarz i satyryk słynący z gorzkiego, sardonicznego poczucia humoru startował w życie w cieniu wielkiego A - jego ojciec bowiem wszystkim swoim trzynaściorgu dzieciom, niczym rasowym rumakom, nadawał imiona na tę właśnie literę (spośród rodzeństwa Ambrosea znamy m.in.: Abigail, Amelię, Ann, Addisona, Aureliusa, Augustusa, Almedę, Andrew oraz Alberta). Na młodości Biercea położył się kolejny cień: bratobójczego konfliktu - służył bowiem jako oficer w armii unionistów podczas wojny secesyjnej, biorąc udział w szeregu potwornych rzezi bitewnych i odnosząc przy okazji poważną ranę głowy. Owe doświadczenia - jak również wspomniana kontuzja - nie pozostały bez wpływu na to, jak w późniejszych latach postrzegał ludzką cywilizację. A postrzegał ją, ujmując rzecz delikatnie, ze sporą rezerwą.

Bierce całe dekady pracował dla prasy, obawiano się jego ostrego, oskarżycielskiego pióra. Kariera literacka autora "Wydarzenia na moście Owl Creek" trwała krótko, ledwie parę lat, jednak dzięki swoim opowiadaniom - krwawym, chłodnym, przesiąkniętym nihilistyczną obsesją wojny i śmierci - uważany jest, na równi z Allanem Edgarem Poe, za protoplastę literackiego horroru. Wielbiciele soczystej satyry cenią również jego "Słownik diabelski" (1906-1911), cyniczny leksykon, który podważając ogólnie przyjęte znaczenia słów, kpi z ich wiernych, naiwnych użytkowników. "OKAZJA - Niesłychanie korzystna okoliczność, aby doznać rozczarowania"; "PRZESTROGA - Jedna z wielu metod, dzięki którym imbecyle lubią tracić swoich przyjaciół"; "SZCZĘŚCIE - Przyjemne uczucie, którego doznajemy na widok cudzego nieszczęścia"; "PRZYJAŹŃ - Łódź wystarczająco duża, by podczas pogody pomieścić dwie osoby, i tylko jedną podczas burzy". A zwątpienie w język to podstawa rozumienia świata.

Twain odszedł wraz z kometą, a Bierce - razem z Meksykanami. W 1913 roku, jako dziarski 71-latek, udał się na południe, by zdawać relację z przebiegu rewolucji meksykańskiej. Wszelki ślad po nim zaginął. Owemu zaginięciu Carlos Fuentes poświęcił swoją powieść "Stary gringo" (1985).

Nie wiem, czy ma to jakieś znaczenie, ale zarówno Twain, jak i Bierce mogli się pochwalić pięknym, tralfamadoryjskim wąsem. ©?

@RY1@i02/2016/092/i02.2016.092.19600070a.802.jpg@RY2@

east news

Karykatura Marka Twaina z 1885 r.

Piotr Kofta

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.