Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Odbić się od faktów

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 15 minut

WYWIAD Przy okazji premiery "Portretu wisielca", ósmej części kryminalnego cyklu o komisarzu Maciejewskim, Marcin Wroński opowiada o blaskach i cieniach uprawiania zawodu pisarza

Poznałeś i opisałeś mnóstwo tajemnic Lublina. Co czujesz, kiedy teraz spacerujesz po tym mieście - zadowolenie czy może zmęczenie?

Przede wszystkim nigdy nie miałem i nadal nie mam ambicji, żeby znać tu każdy zaułek i dzieje każdej kamienicy. A co czuję? W zasadzie i jedno, i drugie. Chodzi mi się mniej odkrywczo niż kiedyś. Generalnie istnieje problem z długotrwałą pracą w obrębie jednej specjalności - na przykład z pisaniem cykli powieściowych. Z jednej strony to działalność względnie wygodna i bezpieczna, z drugiej jednak, technicznie rzecz ujmując, samo pisanie jest najmniej zabawną stroną tego fachu. Fascynujące jest natomiast to, co poprzedza samo pisanie: trzeba się czegoś dowiedzieć, przeczytać dziesięć albo i pięćdziesiąt książek, poszwendać się, dokądś pojechać. Wybór Lublina na miejsce większości śledztw komisarza Maciejewskiego nie był oczywiście przypadkowy - moje miasto, ciekawe i piękne, praktycznie nie istniało jako bohater literacki. Ale wiesz, wyeksploatowane kopalnie się zamyka.

W "Portrecie wisielca" nie ma dat - dlaczego? To jest przecież, jak się zdaje, kryminał historyczny.

Owszem, tylko że kryminał historyczny to nie jest podręcznik do historii. Chodzi tu raczej o zbieżność prawdopodobieństwa z klimatem epoki.

Ale jako czytelnik złapałem się na tym, że tych dat szukam. Bezskutecznie. I że przy próbach czasowego porządkowania wydarzeń występuje efekt zbyt krótkiej kołdry - kiedy naciągasz ją na ramiona, to zaczynają wystawać stopy. To dość postmodernistyczny zabieg.

Bo ja wiem? "Portret wisielca" dotyczy strajku studenckiego na lubelskiej jesziwie, jak również historycznie potwierdzonej działalności młodych narodowców na KUL-u. Są to sprawy logicznie przystawalne zgodnie z dynamiką rozwoju tych społeczności akademickich, sprawy pasujące do siebie i z siebie wynikające, chociaż w rzeczywistości dzieliło je kilka lat. Autor powieści, by pokazać, że różne środowiska podlegały tym samym mechanizmom, że stanowiły wzajemnie coś na kształt swoich lustrzanych odbić, musi historię zagęścić. Stąd motyw rozrób młodych Polaków z młodymi Żydami, stąd też brak dat, bo nagle uzmysłowiłem sobie, że tu dat po prostu nie sposób postawić. Ciekawsze jest jednak co innego: w efekcie zacząłem się zastanawiać, dlaczego w ogóle stawiałem je wcześniej.

Czyli daty jako zbędny balast w powieści historycznej?

Nie powiem, że balast, raczej nie zawsze funkcjonalny fetysz. Być może szczegółowa wiedza - że coś się dzieje, dajmy na to, w grudniu 1930 roku - nie jest koniecznie potrzebna czytelnikowi? W wypadku tłumaczenia takiej książki na język obcy to często już tylko sztukateria. A zresztą porównaj powieści Sienkiewicza z powieściami współczesnych polskich autorów kryminałów retro - mówię tu także o swoich tekstach: w dowolnej z tych współczesnych powieści znajdziesz pewnie ze trzy razy więcej dat niż w całej trylogii.

Niemniej odebrałem ten brak datowania również jako gest nonszalancji i zniecierpliwienia. Czy Marcin Wroński chce tą drogą powiedzieć czytelnikom i krytykom, że nie jest i nie chce być pisarzem historycznym - i że nie da się wtłoczyć w rolę kronikarza epoki?

Na spotkaniach autorskich czytelnicy zadają mi czasami pytania, które zwykle się zadaje w biurze informacji turystycznej. A gdzie był, proszę pana, taki a taki sklep spożywczy? Ja się oczywiście nie gniewam, ale odpowiadam: "Drodzy państwo, nieważne, gdzie ten sklep był, ważne, gdzie mógł być". Wiem, naturalnie, że ludzie kupują moje książki z różnych powodów - niektórzy dlatego, że przywiązali się do bohatera, inni dlatego, że to kryminały, a jeszcze inni, bo poszukują opowieści o duszy miasta. Raduję się ze wszystkich tych powodów, ale mam wrażenie, że w tym całym dyskursie o komisarzu Maciejewskim zbyt rzadko bywam po prostu pisarzem, a zbyt często historykiem regionalistą czy lublinianinem. Mogę się tylko cieszyć, że nie zostałem pisarzem społecznikiem, to chyba byłoby jeszcze gorsze - idzie człowiek do telewizji i podpisują go: "Marcin Wroński - pisarz aktywista".

Ależ to jest teraz modne!

No tak, być może popełniłem po drodze jakiś błąd i muszę się nad sobą poważnie zastanowić (śmiech). W dzisiejszym życiu literackim być po prostu pisarzem to za mało. Kiedy media zaczynają się interesować literaturą? Przy okazji politycznej albo obyczajowej zadymy. Pisarze we wspomnianej telewizji pojawiają się nie wtedy, kiedy wydadzą nową czy ważną książkę, ale wtedy, kiedy wykażą się jako aktywiści w kontekście jakiegoś gorącego tematu.

To nie wszystko. Teraz musisz stanąć po którejś stronie barykady.

Zawsze starałem się być człowiekiem środka, który próbuje zrozumieć, o co chodzi różnym stronom. I jasne, że - jak każdemu - do którejś z tych stron jest mi bliżej, ale przeraża mnie język tego sporu. Ciemnogród i lemingi przemawiają tą samą mową nienawiści, tyle że z innym wektorem. Wie to każdy, kto bywa na Facebooku i, nie daj Boże, zaplącze się w jakąś dyskusję światopoglądową. Uważam też, że podobna sytuacja stanowi zagrożenie także dla powieści jako takiej - z założenia powieść realistyczna istnieje po to, żeby pokazać, dlaczego jedni zachowują się tak, a inni owak. Kiedy zaczynamy to spłycać, i spłycać, i spłycać, i opisywać w kategoriach wojennej propagandy...

...to nie ma już powieści realistycznej, jest socrealistyczna.

Naturalnie, choćby miała na okładce krzyż i Matkę Boską na obwolucie.

Wracając do meritum - czy zaczynając serię o komisarzu Maciejewskim, liczyłeś się z tym, że opinia publiczna będzie cię wtłaczać w rolę pisarza prowincjonalnego, a zarazem nieźle wykształconego przewodnika miejskiego?

Gdy zaczynałem, byłem niszowym twórcą postmodernistycznym, potem zostałem autorem bardzo kiepskiego fantasy - krótko mówiąc, po wydaniu "Morderstwa pod cenzurą" cieszyłem się jak dziecko, że ktoś w ogóle o mnie wspomniał. Nie doceniłem niebezpieczeństwa. Jeśli idzie o to, co mi obecnie w tej sytuacji najbardziej przeszkadza, wskazałbym - jak we wcześniej wspomnianym wypadku pisarzy aktywistów - pokusę, by marketingowo lekceważyć literackość literatury.

Ale dożyliśmy dziwnych czasów, kiedy takie są oczekiwania wobec popkultury.

Nie ma w tym nic złego, że czytelnicy chcą, by popkultura mówiła o czymś realnym, ważnym, bliskim. Tyle że całkiem inaczej rozmawia się o fikcji, inaczej zaś o prawdzie. Oczywiście ludzie czytający książki nie są idiotami - to trzeba zaznaczyć. I nawet pytanie, czy Maciejewski miał swój historyczny pierwowzór, wydaje się całkiem rozsądne - niemniej prawidłowa odpowiedź na takie pytanie nie brzmi "tak" albo "nie", ale "to nie ma żadnego znaczenia". William Faulkner bardzo słusznie postąpił, jasno stawiając sprawę i wymyślając fikcyjne hrabstwo Yoknapatawpha. W hrabstwie Yoknapatawpha sklep spożywczy był tam, gdzie się Faulknerowi akurat spodobało.

Podobnie jest w literaturze kryminalnej z Hakanem Nesserem i fikcyjnym krajem, w którym mieszka komisarz Van Veeteren.

Ale w kryminale taka dezynwoltura rodzi pewne problemy wykonawcze. Bo ja miałem mapę gotową, a Nesser musiał ją sobie narysować.

Nawet nie - Nesser improwizował, wychodząc z założenia, że czytelnik, który dostaje ciekawą historię, nie będzie zwracał uwagi na kartograficzne detale.

Zatem jestem mniej kreatywny niż Hakan Nesser. Lubię odbić się od faktów. Podkreślam - odbić się, a nie je odwzorować. Na świecie działy się, dzieją się i będą się dziać takie historie, o których pisarzom się nie śniło. A nawet gorzej: takie historie, które, gdyby były dziełem pisarskiej wyobraźni, zostałyby, jako kompletnie nieprawdopodobne, odrzucone na etapie obmyślania wstępnej koncepcji. W "A na imię jej będzie Aniela" pisałem o niepełnosprawnej żydowskiej wróżce z getta, którą próbuje ratować Niemiec. Gdybym nie wiedział, że ten wątek ma autentyczne korzenie, nigdy bym się na niego nie odważył.

Do końca cyklu zostały ci dwie książki - odczuwasz ulgę czy żal?

Ulgę zmieszaną z niepewnością. Cykl o komisarzu Maciejewskim stworzył mnie jako prawdziwego pisarza - dzięki niemu zacząłem żyć wyłącznie z pióra, więc winienem wdzięczność. To jednak kopalnia, w której za rok zabraknie węgla, ponieważ cykl ma swoje ograniczenia związane z bohaterem, miejscem zdarzeń i swoją poetyką. Od początku postawiłem sobie założenie, że każda powieść, mimo że się uzupełniają, ma być inna w nastroju i tematyce, dlatego będę go kontynuował jedynie do punktu, za którym jest tylko kopiowanie samego siebie. Niemniej od tego miejsca zacznie się moja niepewność, bo wprawdzie mam wiele pomysłów i na przyszłe kryminały, i na niekryminały, ale nie mogę wiedzieć, co moi wierni czytelnicy powiedzą na eksperymenty. Tak czy owak, muszę pójść dalej, a przynajmniej w bok, chociażby po to, żeby się odetykietować. Co powinien zrobić autor kryminałów kojarzony regionalistycznie, żeby żadnej telewizji nie przyszło do głowy dać mu na pasku "pisarz lubelski"? Opublikować tom wierszy o Dublinie? Tyle że "w Lublinie, tak jak w Dublinie, nawet Ulisses czułby się durnie", napisałem jakieś dwadzieścia lat temu w jednym z opowiadań. Zatem Irlandia też odpada, trudno! Za dwa lata spróbuję cię czymś zaskoczyć. ©?

@RY1@i02/2016/092/i02.2016.092.19600020a.807.jpg@RY2@

Piotr Kofta

Marcin Wroński

@RY1@i02/2016/092/i02.2016.092.19600020a.808.jpg@RY2@

Piotr Kofta

Stara studnia na dworcu autobusowym w Lublinie, jedna z ostatnich pozostałości po dzielnicy żydowskiej

Rozmawiał Piotr Kofta

@RY1@i02/2016/092/i02.2016.092.19600020a.809.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.