Kino domowe
"Chcielibyśmy uzyskać coś na pograniczu »Hurt Lockera« i »Bitwy o Irak«, która jest opowiedziana bez efekciarstwa, ale w taki sposób, że wciąga widza w sam środek pożogi wojennej" - powiedział w jednym z wywiadów o swojej "Karbali" reżyser Krzysztof Łukaszewicz. Film odwołujący się do wydarzeń w irackiej Karbali w 2004 roku, kiedy to polscy żołnierze, wraz z bułgarskimi kolegami, skutecznie obronili bardzo ważny obiekt nowej administracji. Filmowi brak napięcia, w jakim trzyma widza wspomniany "Hurt Locker", ale też jest to kino poziom wyższe od wojennego dzieła Władysława Pasikowskiego, też dziejącej się w Iraku, tylko kilkanaście lat wcześniej, "Operacji Samum". Efektowne zdjęcia Arkadiusza Tomiaka, znakomity Bartłomiej Topa - to na pewno atuty "Karbali". Gorzej wypadają pozostali aktorzy, mało przekonujący jest chociażby Antoni Królikowski, choć teoretycznie gra najciekawszą postać. Dobrze wypadają w filmie poszczególne sceny, całość mnie jednak znudziła. Efektowna realizacja nie przysłania zwyczajnie mało interesującego scenariusza.
Wojciech Przylipiak
@RY1@i02/2016/068/i02.2016.068.19600020a.804.jpg@RY2@
Po raz pierwszy widziałem "Kryzys to nasz pomysł" na ubiegłorocznym American Film Festivalu i oglądany wtedy idealnie wpasowywał się w gorący wyborczy okres. Gdy polityczne karty zostały dawno rozdane, emocji już nie budzi. Grani przez Sandrę Bullock i Billy’ego Boba Thorntona bohaterowie filmu - inspirowanego prawdziwymi wydarzeniami - to doradcy wizerunkowi pracujący przy kampaniach konkurujących ze sobą kandydatów na urząd prezydenta Boliwii. Starcie specjalistów od PR szybko zamienia się w bezpardonową wojnę, w ruch idą oszczerstwa, kłamstwa, fałszywki. Solidnie zagrany i chwilami dość zabawny "Kryzys..." niesie ze sobą przesłanie równie oczywiste, jak banalne: polityka to brudna gra, liczą się pieniądze i medialna obecność, a nie prawdziwe intencje, w walce o stołki nie ma miejsca na listość czy jakąkolwiek refleksję. W kraju, w którym politycy nieustannie wymieniają ciosy poniżej pasa - czy to w Polsce, czy w USA, gdzie film zrobił wielką klapę - trudno uznać to za specjalne odkrycie.
Jakub Demiańczuk
@RY1@i02/2016/068/i02.2016.068.19600020a.805.jpg@RY2@
W 1974 roku francuski linoskoczek Philippe Petit dokonał rzeczy niezwykłej. Przez ponad 40 minut chodził, tańczył i siadał na linie łączącej szczyty dopiero co wybudowanych wież World Trade Center. W Nowym Jorku stał się legendą. W 2008 roku jego historię przypomniał znakomity dokument "Człowiek na linie". Rok temu powrócił do niej Robert Zemeckis, twórca m.in. "Forresta Gumpa" i "Powrotu do przyszłości". W jego "The Walk. Sięgając chmur" poznajemy narodziny marzenia Petita, historię przygotowań do nielegalnej, spektakularnej akcji i oglądamy jej finał. Zdjęcia ze "spaceru" zapierają dech w piersiach, nawet na DVD. Film ma dużo uroku w pierwszych scenach, kiedy poznajemy Petita (Joseph Gordon-Levitt) jako początkującego linoskoczka pobierającego nauki u swojego mistrza (sir Ben Kingsley). Zemeckis bawi się kolorami: są na przykład czarno-białe zdjęcia z kolorową jedynie bagietką, którą wcina Petit. Jest kilka scen niemal baśniowych. Poważniej robi się w drugiej części filmu. Jeżeli nie poznaliście jeszcze Petita, obraz Zemeckisa będzie dobrym wstępem do "Człowieka na linie".
Wojciech Przylipiak
@RY1@i02/2016/068/i02.2016.068.19600020a.806.jpg@RY2@
Jeszcze jedna próba opowiedzenia historii Frankensteina i jego monstrum - zresztą już pierwsze zdanie, jakie pada w tym filmie, brzmi: "Znacie tę opowieść". I choć w tej wersji relacjonowana jest z perspektywy Igora, garbatego asystenta Victora Frankensteina (pomocnik ów jest zresztą wynalazkiem filmowych horrorów z lat 30., w powieści Mary Shelley się nie pojawia), to na widzów czeka stosunkowo niewiele zaskoczeń. Reżyser Paul McGuigan za bardzo stara się naśladować Guya Ritchiego, ba, chciałby nawet zaciągnąć bezczelny dług u Federica Felliniego (Igor jako cyrkowy garbus zakochany w pięknej akrobatce), ale brakuje mu wyobraźni, dystansu i poczucia humoru. I chociaż posępna scenografia robi wrażenie, a Daniel Radcliffe stara się tchnąć w Igora trochę życia (czego już o grającym Victora Jamesie McAvoyu powiedzieć się nie da), to raczej wtórna, mało emocjonująca rozrywka. Z Igorów zdecydowanie bardziej wart uwagi był ten grany przez Marty’ego Feldmana w "Młodym Frankensteinie" Mela Brooksa sprzed ponad 40 lat.
Jakub Demiańczuk
@RY1@i02/2016/068/i02.2016.068.19600020a.107.gif@RY2@
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu