W wolnej chwili
Tego, że muzyce ludowej blisko do tej zwanej dawną, specjalnie dowodzić nie trzeba. Na to, że obie potrafią być bardzo inspirujące dla współczesnych muzyków, zwłaszcza tych, którym nieobcy jest żywioł improwizacji, kolejnego dostarczył Maria Pomianowska Ensemble. Krążek "Stwórco łaskawy" zawiera 12 utworów na Wielki Tydzień z obu kręgów muzycznych. W dużej mierze wspólne instrumentarium (fidel, suka) spaja ten program na równi z pasyjną tematyką. Ciekawe, że pochodzenie poszczególnych utworów pozostaje łatwe do rozszyfrowania. Te ludowe są grane z większą dozą swobody, momentami ekspresyjnie modulowane. Mnie do gustu przypadły raczej interpretacje pereł skodyfikowanej muzyki dawnej z ziem polskich, np. renesansowa pavana z tabulatury Jana z Lublina. Są prostsze, szlachetniejsze. Dzieje się w nich mniej, a przez to (dla mnie) ciekawiej. Całość powinna jednak znaleźć bardziej wdzięcznych słuchaczy, których urzeknie klimat tej płyty i poszczególne aranżacje. Zasługuje na nich!
@RY1@i02/2016/059/i02.2016.059.196000800.804.jpg@RY2@
Maciej Weryński
Gwen Stefani przekonuje, że napisała płytę o rozstaniu. Faktycznie wokalistka No Doubt przeszła w ostatnich miesiącach przez spore zmiany w życiu osobistym. Piosenki miały odzwierciedlić jej emocjonalny rollercoaster. Aby ubrać te emocje w melodie, Gwen zatrudniła specjalistów od współczesnego popu: Justina Trantera (pracował m.in. z Seleną Gomez), Grega Kurstina (Sia, Adele) czy Julię Michaels (Justin Bieber). Razem wyprodukowali album, na którym Gwen faktycznie brzmi szczerze i emocjonalnie, tylko że kompletnie nie chwyta tym za serce. Na "This Is What the Truth Feels Like" nie ma niczego, co przyciągałoby na dłużej. Jej pop z naleciałościami R&B i dancehallu jest doskonale wyprodukowany, ale pozbawiony oryginalności, pazura i indywidualizmu. Stefani nigdy nie była wielką wokalistką, przyciągała raczej osobowością. Tutaj gdzieś ta osobowość się ulatnia. Na pewno ten album nie znajdzie się wśród jej największych osiągnięć. Może lepiej, gdyby popracowała nad nową płytą z No Doubt.
@RY1@i02/2016/059/i02.2016.059.196000800.805.jpg@RY2@
Wojciech Przylipiak
Pewnie nie tylko mi zespół Hooverphonic już na zawsze będzie się przede wszystkim kojarzył z fenomenalnym kawałkiem "2 Wicky" wykorzystanym w filmie Bernarda Bertolucciego "Ukryte pragnienia". Kawałek pochodzi z ich znakomitego debiutanckiego albumu "A New Stereophonic Sound Spectacular" sprzed niemal dokładnie 20 lat. Od tamtego czasu belgijska kapela mnie już tak bardzo nie zachwyciła, choć trzeba przyznać, że nagrała potem jeszcze kilka przyzwoitych płyt. Najnowszy album "In Wonderland" na pewno wychyla się do przodu, ale wybitnym osiągnięciem Hooverphonic nie można go nazwać. Muzycy postanowili zaprosić na niego kilku wokalistów z różnych krajów. Ich nazwiska na razie mówią niewiele: Bird, Litlo Tinz albo Emilie Satt. Muzycznie na pewno mniej jest tu wycieczek w stronę trip hopu niż na początku ich kariery. Jest za to melodyjny pop okraszony smyczkami. Jest delikatnie, wyciszająco i relaksacyjnie. Jeśli tak lubicie, to płyta dla was. Ja jednak tęsknię za Hooverphonic z lat 90.
@RY1@i02/2016/059/i02.2016.059.196000800.806.jpg@RY2@
Wojciech Przylipiak
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu