Dzikość serca
Nominowana do jedenastu Oscarów "Zjawa" to imponujący popis technicznej sprawności, a jednocześnie emocjonalnie zdystansowane widowisko
Alejandro González Inárritu znów jest oscarowym faworytem. Rok po triumfie "Birdmana" "Zjawa" zgarnia 11 nominacji, w tym dla Leonarda DiCaprio, który prawdopodobnie tym razem statuetkę dostanie, choć prawdę mówiąc, akurat w tym roku na nią nie zasłużył. Oczywiście poniżej pewnego poziomu ten aktor nie zwykł schodzić (pisze o nim więcej Kuba Armata na str. 2), rola Hugh Glassa, trapera szukającego zemsty na mordercy syna, jest ofiarna, fizyczna, ale mimo wszystko daleka od tego, co pokazał choćby w "Wilku z Wall Street" czy "Django".
"DiCaprio daje niedźwiedziowi poszarpać swojego kaskadera, żeby dostać nagrodę za główną rolę męską", napisał Bartek Chaciński i trudno o lepsze - nawet jeśli bardzo uproszczone - podsumowanie tego występu. Trudniejszą rolę ma Tom Hardy (także walczący o nagrodę Akademii), jego John Fitzgerald, zły do szpiku kości, jest znacznie bardziej zniuansowaną i ciekawszą postacią.
Jeśli jednak kogoś wzrusza los Leonarda DiCaprio, który zbiera nominacje do Oscarów, ale nie dostaje statuetek, niech pomyśli o losie Rogera Deakinsa. Wybitny brytyjski operator dostał za zdjęcia do "Sicario" 13. w ciągu 21 lat nominację, ale nigdy nie zdobył Oscara. W tym roku prawdopodobnie znów go straci na rzecz fenomenalnych zdjęć Emmanuela Lubezkiego do "Zjawy", powstających zresztą, jak cały film, w piekielnie trudnych warunkach. Inárritu obmyślił sobie bowiem, że obraz zostanie zrealizowany wyłącznie w naturalnym oświetleniu, Lubezki zaś ten plan zrealizował perfekcyjnie. Jego kamera uchwyciła nieokiełznane piękno natury, podkreśliła zwierzęce emocje bohaterów filmu, na zbliżeniach wychwytując najdrobniejsze zmiany w mimice aktorów.
"Zjawa" w ogóle jest imponującym popisem technicznej maestrii, precyzyjnie zaplanowanym, zrealizowanym z niezwykłą dbałością o szczegóły, ale osobliwie wypranym z emocji, chłodnym i zdystansowanym. Inárritu przerabia sprawdzone filmowe motywy, osiągając efekt przypominający wspólne dzieło Sama Peckinpaha i Terrence’a Malicka zrealizowane pod nadzorem Wernera Herzoga. Skrajny naturalizm - uwaga, także w pokazywaniu przemocy - łączy ze skłonnością do nadmiernego stosowania lekko tandetnej symboliki. Jego film jest tyle opowieścią o zemście, ile filozoficznym traktatem, swego rodzaju polemiką z Rousseau’owską koncepcją "szlachetnego dzikusa", w swoim czasie dość nieudolnie zaanektowaną przez westernową mitologię. U Inárritu dzicy są Glass i Fitzgerald, dzicy są polujący na nich Indianie, dzika i bezlitosna jest przyroda: o moralności i szlachetności nie ma tu mowy, są tylko wściekłość, frustracja i rozpaczliwa walka o życie, znaczona kolejnymi plamami krwi na śniegu.
@RY1@i02/2016/019/i02.2016.019.196000100.803.jpg@RY2@
Imperial Cinepix
Jakub Demiańczuk
@RY1@i02/2016/019/i02.2016.019.196000100.804.jpg@RY2@
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu