Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Obrońcy skarbów

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

REPORTAŻ Tytuł "Hardkorowi bibliotekarze z Timbuktu" przypomina tandetne produkcje spod znaku reality TV, ale książka Joshuy Hammera to kawał porządnej historii

Manuskrypty wystawione w Instytucie Ahmeda Baby w Timbuktu, 2004 rok

2012 r. Mali stanęło w obliczu wojny domowej. Zbuntowani przeciwko rządowi Tuaregowie ogłosili powstanie niezależnego państwa, Azawadu. Sprzymierzeni z dżihadystami na północy kraju wprowadzili prawo szariatu i terroryzowali ludność. Dotarli także do Timbuktu i kwestią czasu było, kiedy zwrócą uwagę na największy skarb miasta - blisko czterysta tysięcy bezcennych manuskryptów, przechowywanych w większości w prywatnych bibliotekach.

Gdyby podobna historia wydarzyła się w Stanach Zjednoczonych - lub przynajmniej w Europie - pewnie już doczekałaby się hollywoodzkiej reinterpretacji, przynajmniej na miarę "Obrońców skarbów" Georgea Clooneya. Na razie musi wystarczyć świetny reportaż Joshuy Hammera "Hardkorowi bibliotekarze z Timbuktu". Amerykański dziennikarz wydarzenia pokazuje z punktu widzenia Abdelkadera Haidary, bibliotekarza od wielu lat walczącego o ocalenie zabytków malijskiego piśmiennictwa i jednego z pierwszych kolekcjonerów, który udostępnił swoje zbiory badaczom i czytelnikom. Haidara - z garstką ochotników - musiał opracować brawurowy plan wywiezienia skarbów do stolicy kraju, Bamako, znajdującej się poza zasięgiem islamskich rebeliantów. "Miałem tylko jeden cel - ocalić mądrość Mali. Przy tej stawce moje życie nic nie znaczyło" - wspominał bliski współpracownik Haidary.

A stawka rzeczywiście była niebagatelna: manuskrypty z Timbuktu to skarb, który nie ma sobie równych. Dowód niezwykłego rozwoju miasta, które w XIV i XV wieku było - jak to określił jeden z zachodnich historyków - "Paryżem islamskich intelektualistów". Warto jednak porzucić europocentryczne spojrzenie, bowiem Timbuktu było czymś więcej. Stało się afrykańskim centrum kultury i nauki islamu. Gdy Europa dopiero wychodziła z mroków średniowiecza, Timbuktu rozkwitało. Leżące na ważnych szlakach handlowych miasto ściągało uczonych, pisarzy i skrybów, stało się ważnym ośrodkiem akademickim (w XV wieku uczyło się tam 25 tysięcy studentów, to mniej więcej tyle, co połowa dzisiejszej populacji). Zgromadzone tam umysły tworzyły unikatowe dzieła na temat historii, matematyki, poezji i języka arabskiego. Co więcej: manuskrypty były dostępne dla wszystkich w miejskich bibliotekach.

Z czasem miasto straciło swoje znaczenie. "Timbuktu przeżywało kolejne wzloty i upadki - po okresach otwartości i liberalizmu nadchodziły fale nietolerancji i represji", pisze Hammer. Ale po złotej epoce zostały setki tysięcy pism. W większości trafiły w prywatne ręce, jeszcze później - ukryte przed francuskimi kolonizatorami - niszczały w pustynnych schowkach. Dopiero w latach 60. XX wieku na dobre ruszyła akcja odzyskiwania bezcennych dóbr, gromadzenia ich w bibliotekach, później digitalizowania i udostępniania. Upowszechnienie wiedzy o manuskryptach kazało od nowa pisać dzieje Czarnego Kontynentu: jeszcze pół wieku temu europejscy historycy wierzyli, że w saharyjskiej Afryce nie ma pisanych źródeł, a istnieją wyłącznie ustne przekazy. Tymczasem nagle uświadomili sobie istnienie bezbrzeżnych zbiorów ksiąg, zwojów i rękopisów, świadectwa wiedzy i intelektualnego fermentu, stworzone w przytłaczającej większości przez czarnoskórych islamskich naukowców.

"W Timbuktu rodziło się bogactwo islamu, a jednocześnie islam w wypaczonej postaci próbował to miasto zniszczyć", pisze Hammer. Bo jego książka, owszem, przypomina kulturalną spuściznę dawnego Timbuktu i przybliża heroiczną działalność Abdelkadera Haidary, lecz jest również historią dżihadu w Mali, wracającego co jakiś czas z niszczycielską siłą. Hammer nie pozwala oczywiście na wyciąganie prostackich wniosków: zbrodnicza działalność dżihadystów jest przeważnie wymierzona w innych muzułmanów. Jego książka - pasjonująca, obfitująca w zwroty akcji niczym rasowy thriller - jest nie tylko dokumentem, lecz również ostrzeżeniem: każdy fundamentalizm prędzej czy później zaczyna palić książki i niszczyć niewygodne dla siebie świadectwa przeszłości.

@RY1@i02/2017/034/i02.2017.034.19600070c.801.jpg@RY2@

fot. Ben Curtis/AP/East News

Jakub Demiańczuk

@RY1@i02/2017/034/i02.2017.034.19600070c.802.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.