Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Literackie nowości

Ten tekst przeczytasz w 10 minut

Zespół Voo Voo ma swój własny, niepowtarzalny muzyczny język i nie chodzi tu o ich specyficzny, bazujący na wymyślonych słowach język łobi jabi, który był przez wiele lat wizytówką kapeli. Zmieniali się niemal z płyty na płytę, ale czy grali rockowo, folkowo czy improwizowali, zawsze było to brzmienie Voo Voo. W czym tkwi fenomen zespołu, jakie były kulisy jego powstania, co ich czeka? O tym w książce Piotra Metza opowiadają aktualni członkowie Voo Voo, przede wszystkim Wojciech Waglewski. To nie jest w zasadzie biografia, tylko zapis rozmów dziennikarza z Waglewskim, Mateuszem Pospieszalskim, Karimem Martusewiczem i najmłodszym członkiem kapeli Michałem Bryndalem. Aż dziwne, że tak ważny zespół musiał czekać 30 lat na opowieść o sobie. Choć, szczególnie z Waglewskim, rozmowa obejmuje także inne tematy. Sporo miejsca poświęca na przykład Jurkowi Owsiakowi. Waglewski opowiada o swojej wieloletniej przyjaźni z twórcą WOŚP, jeszcze sprzed jej powstania, o czasach, kiedy Owsiak wymyślał rozmaite akcje performatywne. Waglewski dzieli się także spostrzeżeniami o festiwalu w Jarocinie czy opowieściami o zagranicznych koncertach zespołu Osjan, na które jeździli budzącym w Europie sensację samochodem Tarpan. Nie boi się mówić, co go wkurza (na przykład koncertowa niepunktualność), i zdradzać, jakie miał pomysły na poszczególne płyty Voo Voo, od tych dla dzieci przez folkowe po mocno rockowe, ale też o albumach, które "musiał" nagrać ze względu na kontrakty. Cała czwórka Voo Voo nie ma wątpliwości, że w zespole rządzi Waglewski. Tu nie ma demokracji, a jednocześnie każdy z muzyków czerpie niezwykłą energię z zespołu i - jak przekonuje Waglewski - gra im się coraz lepiej. Metz prowadzi rozmowę w wyważony sposób, nie przerywa, nie wtrąca się, stara trzymać linię historyczną Voo Voo. Szkoda tylko, że tak mało miejsca zajmują wywiady z Mateuszem, Michałem i Karimem, bo każdy z nich mógłby w zasadzie opowiedzieć swoją historię Voo Voo i dołożyć jeszcze sporo anegdot z muzykowania poza nim. Historia kończy się na pytaniach o nową płytę Voo Voo. Ta ukaże się już na początku marca. Wywiady zostały uzupełnione kilkudziesięcioma zdjęciami, kalendarium i dyskografią zespołu.

Wojciech Przylipiak

@RY1@i02/2017/019/i02.2017.019.19600070b.801.jpg@RY2@

Jeśli uważacie się za wrażliwców, nie serwujcie sobie "Tego, co utraciłyśmy w ogniu" Mariany Enríquez w trakcie posiłków. Opowiadania argentyńskiej pisarki (to jej debiut na naszym rynku) wykorzystują klasyczne motywy literatury grozy - nawiedzone domy, demoniczną przyrodę, okaleczenia, żywe trupy, wampiryzm - ale czynią to nietypowo, bo z gruntu naturalistycznie. Owe triki nie służą Enríquez do straszenia czytelników, ale mogą w jej wydaniu uchodzić za pełnoprawne elementy argentyńskiej rzeczywistości, czy to wielkomiejskiej, czy to prowincjonalnej, za metafory niepokoju, zagubienia, goryczy i pragnienia wendety; gdy odkrywasz, jak to się przydarza bohaterce jednego z opowiadań, że twój sąsiad trzyma w domu nagie, wychudzone dziecko na łańcuchu, może to znaczyć, że nakryłeś zbrodniarza na gorącym uczynku, ale może to też znaczyć, że oszalałeś. Albo że oszalał świat.

Skłaniałbym się ku tej ostatniej interpretacji - Enríquez jest w gruncie rzeczy solidną realistką, dla której, podobnie jak dla amerykańskich transgresywistów w rodzaju Chucka Palahniuka czy Breta Eastona Ellisa, estetyka szoku ma utylitarne zastosowanie: działa niczym sole trzeźwiące. Argentyna wprawdzie uchodzi za najbardziej europejski kraj kontynentu, ale społeczna pamięć i zbiorowe emocje tworzą tam rodzaj pola minowego. Enríquez rozgrywa to tyleż lapidarnie, ile mocno. Znikający ludzie - pamiątka po latach dyktatury ("Dom Adeli")? Zdziczałe slumsy w środku bogatej metropolii ("Brudny dzieciak", "Pod czarną wodą")? Mężczyźni jako brutalni napastnicy albo bezwolni trutnie ("To, co utraciłyśmy w ogniu", "Pajęcza sieć")? Niekończące się pasmo kryzysów politycznych i gospodarczych ("Zatrute lata")? W tych świetnych opowiadaniach jest cała najnowsza historia Argentyny.

Ważna okazuje się także perspektywa - literacki świat Enríquez nie jest światem męskim, ale jej kobiece spojrzenie okazuje się twarde i kategoryczne; brak tu powielania stereotypów o katach i ofiarach, w to miejsce pisarka proponuje anarchistyczne puenty, czarny (bardzo czarny) humor i subtelne wyczucie tego, gdzie kończy się literatura, a zaczyna życie. Tak czy owak, bardzo to ciekawa lektura i bardzo daleka od stereotypowych wyobrażeń o latynoskim pisarstwie.

Piotr Kofta

@RY1@i02/2017/019/i02.2017.019.19600070b.802.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.