Literackie nowości
Josef Škvorecký udowadnia w powieści "Scherzo capriccioso", że literatura może z łatwością pokonywać bariery sztuk i zmysłów. Sprawdźcie sami: nie czytaliście jeszcze takiej książki o muzyce.
Antonín Dvořák (1841-1904) jest dla Czechów kimś w rodzaju lokalnego Chopina. Geniusz melodii i orkiestracji, ale przede wszystkim twórca dojrzałego czeskiego stylu w muzyce. Pewien historyczny zbieg okoliczności sprawił wszelako, że do Dvořáka przyznają się nie tylko rodacy znad Wełtawy - trzy lata (od roku 1892 do roku 1895), które twórca spędził na intratnej, przynajmniej początkowo, posadzie Narodowego Konserwatorium w Nowym Jorku, miało kluczowe znaczenie zarówno dla niego samego, bo skomponował wówczas swoje najważniejsze utwory, jak i dla Amerykanów: Dvořák dał początek amerykańskiej tożsamości muzycznej. Czy o tym o ogóle da się napisać cokolwiek poza akademicką biografią? "Scherzo capriccioso" stanowi dowód, że owszem, da się - potrzeba było jednak do tego celu fachowca takiego jak Josef Škvorecký, najwybitniejszy obok Hrabala i Kundery czeski prozaik drugiej połowy XX wieku, ale zarazem również koneser muzyki oraz emigrant, który poznał północnoamerykański kontynent od podszewki.
Sam Škvorecký twierdził, że "Scherzo capriccioso" opublikowane oryginalnie w 1984 r. to jego pierwsza powieść stricte historyczna, czyli oparta ściśle na źródłach z epoki. Nie ma co się jednak spodziewać szkolnej czytanki; Škvorecký tworzy pozorną kakofonię wątków i ustanawia odbiorcę głównym organizatorem treści. Rozdziały "Scherza..." nie trzymają się chronologii, a przemawia w nich około 20 narratorów, którzy w taki czy inny sposób zetknęli się z Mistrzem. Z tych fragmentów sami musimy uskładać sobie portret Dvořáka.
Jest to portret, który w Polsce - gdyby dotyczył artysty rangi Chopina - wzbudziłby skandal. Nie dlatego, że oczernia wielkiego kompozytora, ale dlatego, że jest wyznaniem miłości akceptującej i wybaczającej: Dvořák to jednocześnie geniusz i nieokrzesane chamidło, gwiazda scen i syn rzeźnika, światowiec nieumiejący mówić porządnie w żadnym obcym języku, katolicki dewot i zamężny amator wdzięków cudzych żon, wrażliwy nauczyciel i choleryczny dyktator, buntownik i pantoflarz, refleksyjny artysta oraz wielbiciel trainspottingu (kręcą go lokomotywy). Impresjonistyczna technika i anarchistyczne poczucie humoru Škvoreckiego pozwalają gładko połączyć te wszystkie sprzeczności. Bardzo to nietypowy, ale przepyszny Künstlerroman, który w polskiej wersji wiele zawdzięcza także świetnemu przekładowi Andrzeja Jagodzińskiego. Nawiasem mówiąc, to nie koniec małego festiwalu Škvoreckiego: już w marcu wydawnictwo Dowody na Istnienie wznawia jego najwybitniejsze dzieło, powieść "Przypadki inżyniera ludzkich dusz". Zdecydowanie warto!
Piotr Kofta
@RY1@i02/2017/014/i02.2017.014.19600070c.801.jpg@RY2@
W roku 2005 Hiszpanią wstrząsnęła dość osobliwa afera: otóż młody historyk badający zawikłane dzieje obywateli hiszpańskich deportowanych w czasie II wojny światowej do niemieckich obozów koncentracyjnych (Hiszpania oficjalnie była podczas wojny neutralna, reżim generała Franco sympatyzował z Berlinem, deportacje dotyczyły przeważnie nielicznych republikańskich weteranów wojny domowej 1936-1939) odkrył, że lider jednego ze stowarzyszeń byłych więźniów, 84-letni wówczas Enric Marco Batlle, medialna gwiazda ruchu przywracania pamięci historycznej, niegdyś uczestnik wojny, potem ofiara wywózki do kacetu, działacz lewicowego ruchu związkowego i antyfrankistowskiej opozycji, jest patentowanym łgarzem. Okazało się bowiem, że sfabrykował całą swoją legendę o pobycie w bawarskim obozie koncentracyjnym Flossenbürg. Owszem, Enric Marco przebywał w tym czasie w Rzeszy, ale nie we Flossenbürg, lecz w Kilonii. i to jako dobrowolny robotnik najemny.
Marco nie jest pierwszym ani ostatnim człowiekiem, który podkręcił sobie męczeńską biografię. Javiera Cercasa, znakomitego hiszpańskiego prozaika, przyciągnęło do osoby blagiera z Barcelony coś innego: po pierwsze to, że Marco nie wymyślił sobie pojedynczego epizodu obozowego, ale konsekwentnie zmanipulował wiedzę o całym swoim życiu, począwszy od daty urodzenia; po drugie to, że większość ludzi, których przez wiele dekad spotykał, nie tylko pozwoliła się z łatwością wykiwać, lecz także nawet po demaskacji zachowała względem niego sympatię; po trzecie to, że Marco, współczesne wcielenie Don Kichota, prowokuje pytania o moralną wartość kłamstwa i potencjalną szkodliwość prawdy; po czwarte wreszcie to, że bohater "Oszusta" jest w istocie pisarzem, który napisał samego siebie od nowa. Rewelacyjna książka Cercasa śledzi całą ową metamorfozę - w latach zmierzchu frankizmu Marco, w tamtym czasie dobiegający pięćdziesiątki, zaczyna formować własną przeszłość i przeistaczać się w kombatanta, włączając do legendy coraz to nowe elementy. "Oszust" zestawia też historię prawdziwą z tą zmyśloną, historię szarego człowieka z historią groteskowego superbohatera. A demaskacja ta odbywa się w towarzystwie samego Enrica Marco - rozmowy z nim stanowią szkielet opowieści Cercasa.
Oczywiście Cercas, specjalista od sklejania fikcji i prawdy, dąży ostatecznie w "Oszuście" do refleksji na temat istoty samej literatury, ale w polskim kontekście - w kontekście naszego lokalnego splotu polityki, historii i pamięci - ta książka wydaje się jeszcze przybierać na znaczeniu. Po lekturze "Oszusta" nieco łatwiej zrozumieć, w jaki sposób poseł prokurator Piotrowicz wykreował na własny użytek legendę o tym, jak w stanie wojennym pomagał opozycjonistom, podczas gdy w istocie brał udział po stronie władzy w ich procesach politycznych.
Piotr Kofta
@RY1@i02/2017/014/i02.2017.014.19600070c.802.jpg@RY2@
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu