Dobra lekcja przed Euro 2012
Prezes Polskiego Związku Koszykówki Roman Ludwiczuk uważa, że pod względem organizacyjnym EuroBasket w Polsce stał na wysokim poziomie. Innego zdania są eksperci. Brak promocji czy zły stan obiektów wpłynęły na ocenę turnieju
Pod względem organizacyjnym to były najgorsze mistrzostwa Europy, na jakich grałem - powiedział chorwacki koszykarz Zoran Planinić. - Jestem bardzo zadowolony, wykonaliśmy kawał dobrej roboty - twierdzi z kolei prezes PZKosz Roman Ludwiczuk. Jego koledzy z PO są podobnego zdania - EuroBasket 2009 był dla nas poprawnie zdanym sprawdzianem przed Euro 2012.
Czy na pewno? Nie było katastrofy, ale wielkiego sukcesu też nie. Bliżej prawdy jest jednak Planinić. Były selekcjoner koszykarskiej reprezentacji Polski Andrej Urlep uważa, że zakończone w niedzielę mistrzostwa Europy organizacyjnie były trochę nijakie. Fachowcy zajmujący się marketingiem sportowym są bardziej krytyczni. - Potencjał tej imprezy został wykorzystany zaledwie w 30 procentach - uważa Grzegorz Kita, dyrektor firmy Sport Management, który pracował m.in. w Legii i Polonii Warszawa.
Po pierwsze - EuroBasket miał promować koszykówkę. Po części się udało. W trakcie trwania imprezy, według jednego z sondażów, ponad połowa Polaków wiedziała już, kto to jest Marcin Gortat. Jego podróż po Polsce na kilkanaście dni przed startem pod względem marketingowym była strzałem w dziesiątkę. Niestety później zabrakło sukcesów, a mecze polskich koszykarzy miały gorszą oglądalność niż spotkania naszych siatkarzy. Finał EuroBasketu oglądało już zaledwie 780 tys. widzów.
Po drugie - ME miały, jak wspominali działacze, położyć podwaliny pod renesans koszykówki w Polsce. Co to dokładnie znaczy? Nie wiadomo. - Na pewno jednak nie została wykorzystana szansa, aby kosz w naszym kraju znalazł się w lepszej sytuacji niż dotychczas - twierdzi Michał Drelich z firmy marketingowej Sport Evolution. Po tym turnieju nie ma i raczej nie będzie masowych zapisów do sekcji kosza w lokalnych klubach.
Po trzecie - generalnie Euro-Basket miał pokazać, że i z piłkarskimi mistrzostwami Europy poradzimy sobie bez problemów. Jednak w efekcie powinien stać się dla organizatorów Euro 2012 lekcją, jak pewnych rzeczy robić nie należy.
"Nieskuteczność, brak elastyczności i pogarda dla języka angielskiego wśród polskich gospodarzy powinny zapalić czerwone światło dla Euro 2012" - pisał w trakcie trwania mistrzostw korespondent izraelskiej gazety "Haarec".
- Wystarczy mi opinia działaczy FIBA. Ona jest jednoznaczna: wykonaliśmy kawał dobrej roboty dla koszykówki polskiej i zagranicznej - odpowiada Ludwiczuk.
Co na to bardziej niezależni eksperci? Na zdecydowany plus ocenia się logistykę. A inne aspekty? - Zastrzeżeń jest sporo. Po takiej imprezie można było się spodziewać lepszej oprawy - mówi Drelich. - Przede wszystkim bardzo zawiodła promocja mistrzostw. Była wprost tragiczna - dodaje Kita.
Zachodni dziennikarze byli zaskoczeni, że w miastach, w których odbywa się turniej, nie było - poza okolicami hal - żadnych oznak EuroBasketu. Nie można było znaleźć plakatów promocyjnych, billboardów, wolontariuszy. Centra miast nie żyły koszykówką. Gdańsk wydał 2,5 mln zł na organizację turnieju. Efekt był niemal niewidoczny.
- Nie czuło się atmosfery mistrzostw. A na każdej ważnej imprezie sportowej, na której byłem, nawet w mniej popularnych dyscyplinach, na przykład na mistrzostwach w pływaniu w Melbourne, można było poczuć, że w tym mieście dzieje się właśnie coś istotnego - informowały o tym hostessy, plakaty, flagi, oklejone samochody w centrach miast itd. A w polskich miastach wyraźnie widać było brak spójnej i systematycznej kampanii reklamowej - wylicza Kita.
Ludwiczuk za przykład dobrej promocji EuroBasketu podaje akcję bicia rekordu Guinnessa w odbijaniu piłki. - To była ciekawa inicjatywa, ale jednorazowa i nie mogła zainteresować szerszej grupy społeczeństwa. Zamaskowała tylko brak innych działań z zakresu PR - mówi Kita.
- Być może problemem był fakt, że sporą odpowiedzialność finansową wzięły na siebie miasta i spółki Skarbu Państwa. Organizowano te mistrzostwa praktycznie bez większej pomocy prywatnych sponsorów. To najlepiej świadczy o tym, jaka była sponsorska oferta - dodaje Michał Drelich.
A możliwości i form promocji EuroBasketu było mnóstwo. - Można było lepiej wykorzystać potencjał marketingowy pierwszej piątki. Gortat, wiadomo - przyszła gwiazda NBA, człowiek mający swoje zdanie. Z dynamicznego Logana można było zrobić swojego rodzaju maskotkę reprezentacji. Lampego można było kreować jako silną osobowość, nową siłę w kadrze. Niestety, nie pomyślano o tym - uważa Kita.
Problemem był również stan większości obiektów. W Hali Stulecia we Wrocławiu do ostatniej chwili trwał remont. I jeszcze podczas turnieju wokół obiektu stały budy i rusztowania. W środku korytarze przypominające lata 70. Nie lepiej było w gdańskiej Olivii, w poznańskiej Arenie i na warszawskim Torwarze. Jeden z angielskich korespondentów nazwał obiekt przy Łazienkowskiej "obskurnym", ale Ludwiczuk w rozmowie z "Dziennikiem" był innego zdania. - Ja bym wszystkim obiektom dał szóstkę. To, jak nad nimi pracowano, jak starano się je dostosować... Wyrazy uznania przede wszystkim dla władz miast - mówi prezes PZKosz.
Już pomijając takie niedociągnięcia, jak brak lodu dla kontuzjowanych zawodników czy woda gazowana, której koszykarze nie chcieli pić, najbardziej zawiedzeni mogli poczuć się kibice. Tak naprawdę nikt o nich odpowiednio nie zadbał. Ludwiczuk był zachwycony tzw. basket square’ami, czyli specjalnymi miejscami dla fanów. - To coś jak strefy dla fanów, które stworzono na Euro 2008 w Austrii i Szwajcarii. Tylko że o wiele fajniejsze - mówił nam prezes PZKosz. Jednak to właśnie Austriakom i Szwajcarom udało się stworzyć atmosferę mistrzostw i odpowiednio zadbać o kibiców. A nie nam.
- Bez Gortata te mistrzostwa nie istniałyby w świadomości przeciętnego polskiego kibica, ale ktoś popełnił błąd, sądząc, że po finałach NBA ze środkowym Orlando w jednej z głównych ról koszykówka w Polsce będzie sprzedawać się sama. Niektórzy działacze PZKosz zawdzięczają Gortatowi to, że wciąż mają pracę - podsumowuje Kita. - Oni od dawna marnują dobre okazje. W porównaniu z PZPS PZKosz to archaiczna instytucja.
@RY1@i02/2009/185/i02.2009.185.000.020a.101.jpg@RY2@
Norbert Barczyk
To Marcin Gortat (z lewej) okazał się najlepszym promotorem koszykówki w Polsce
Daniel Rupiński
daniel.rupinski@dziennik.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu