Jak robić historię na przyszłość
ODPOWIEDŹ NA PYTANIE, DO CZEGO POTRZEBNY BĘDZIE WKRÓTCE IPN, BRZMI: DO NICZEGO. A MOGŁABY BYĆ CAŁKIEM INNA
Bezwład i bezradność – te dwa słowa wystarczą, by podsumować rządy kończącego swoją kadencję prezesa Instytutu Pamięci Narodowej. Nie należy jednak przesadzać z jego obwinianiem. W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że pięć lat temu nowy obóz władzy wyznaczył na stanowisko szefa wielkiej firmy z oddziałami w każdym województwie specjalistę od pisania bajek dla dzieci. Wprawdzie zawierały one wiele krzepiących treści patriotycznych, ale między pisaniem bajek a codziennym zarządzaniem korporacją zatrudniającą ponad 2 tys. ludzi jest wiele różnic.
Zamysł rządzących – a konkretnie wicemarszałka Sejmu Ryszarda Terleckiego, który był promotorem doktoratu odchodzącego prezesa IPN – jawił się dość prosto. Podobnie jak w przypadku Trybunału Konstytucyjnego szefem ważnej instytucji zostawała osoba, co do której była pewność, że po odebraniu telefonu z góry bez szemrania wykona wydane jej polecenie. Cały kłopot polegał na tym, że przez pięć lat nikt nie zadzwonił. Efektem tego okazał się totalny bezwład, przerywany w rzadkich momentach, gdy prezes zbierał się w sobie i robił coś samodzielnie – np. nominując na dyrektora Oddziału IPN we Wrocławiu miłośnika publicznego epatowania „salutami rzymskimi”.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.