Kampania przetrąconych kręgosłupów
A by wystartować z list KO, Voldemort musi zmienić zdanie na temat mugoli” – mem o takiej treści stał się ostatnio popularny w mediach społecznościowych. I wydaje się, że dość trafnie oddaje to, czego byliśmy świadkami w procesie układania list wyborczych – zarówno po stronie opozycji, jak i obozu rządzącego. Przykłady egzotycznych kandydatur i towarzyszących im szpagatów intelektualnych można mnożyć. Dziś właściwie nie ma nazwisk, których partie wstydziłyby się wciągnąć na swoje listy.
Kilka dni temu jedynki w okręgach sejmowych przedstawił lider PiS Jarosław Kaczyński. Wyszło trochę tak jak przy prezentacji hasła kampanijnego partii – bez energii i jakby od niechcenia. Może to efekt zmęczenia po zażartych dyskusjach w kierownictwie PiS o personaliach, które ponoć trwały do ostatniej chwili.
Dość wyraźnie widać, jaką strategią kierowała się partia rządząca przy układaniu list. Imperatywem była po pierwsze maksymalizacja potencjału mandatowego. PiS racjonalnie szacuje, że większy uzysk będzie z dobrego wyniku Kaczyńskiego w Kielcach niż w Warszawie, bo wskutek skrzywienia tzw. normy przedstawicielskiej (ilu mieszkańców okręgu wybiera ilu posłów) coraz większe znaczenie ma waga głosów, a nie tylko ich ilość w skali kraju. Po drugie, to chęć osłabienia rywala na prawo od PiS, czyli Konfederacji. Jak zauważa Łukasz Pawłowski z Ogólnopolskiej Grupy Badawczej, widać to po konkretnych przesunięciach czołowych polityków Zjednoczonej Prawicy pomiędzy okręgami. „W okręgu Rzeszów, gdzie wysłany został Ziobro, będąc na prawym skrzydle PiS, Konfederacja miałaby szanse nawet na 3 mandaty. W Kielcach, gdzie startuje Jarosław Kaczyński – na 2, w Chełmie, gdzie wysłano Mariusza Kamińskiego – też 2. Widzicie tu pewien wzór?” – pyta Pawłowski.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.