Zakończyć kryzys konstytucyjny. Trzy lekcje dla Karola Nawrockiego
K arol Nawrocki rozpoczyna kadencję w okresie wyraźnej polaryzacji i głębokiego kryzysu ustrojowego w Polsce. Choć sytuacja polityczna wydaje się paradoksalnie stabilna – wiadomo, kto z kim, a kto przeciw komu i za co – to główne problemy kraju nadal są nierozwiązane. Język debaty politycznej zaostrza się, a zaufanie do państwa i klasy politycznej pozostaje niskie. Nowy prezydent nie powinien po prostu trwać do kolejnych wyborów, ale przygotować grunt pod rzeczywiste zmiany. Rzeczywista, przynajmniej względna, stabilność polityczna powinna oznaczać zgodę w sprawie praworządności, mniejszą polaryzację i łagodniejszą debatę publiczną.
Być świadomym własnej mocy
W teorii może się wydawać, że rola prezydenta w sprawowaniu władzy jest bardzo ograniczona zakresem zadań wykonywanych przez rząd i parlament. Andrzej Duda nie był pierwszym prezydentem, który miał okazję pokazać w praktyce, że teorie sprawdzają się dobrze głównie w podręcznikach. Odchodzący prezydent wycisnął z systemu tak dużo, jak tylko było można. Aktywnie wspierał chociażby demontaż niezależności Trybunału Konstytucyjnego, nie tylko poprzez ekspresowe podpisy pod kolejnymi, uchwalonymi w równie szybkim tempie, ustawami, ale też przyjmował nocą przysięgę od nowych sędziów. I choć powstrzymywał niektóre zapędy Zbigniewa Ziobry, to po 2023 r. zachowywał się już konsekwentnie jako hamulcowy rządowych pomysłów na przywracanie praworządności. Karol Nawrocki nie powinien tej destrukcyjnej dla państwa drogi kontynuować. Czas pokaże, czy ważniejszy okaże się dla niego interes partii, która go wypromowała, czy interes publiczny, ale warto, by już teraz rozważył namówienie swojego środowiska politycznego na wycofanie się z kilku zapalnych obszarów kryzysu konstytucyjnego.
Kompromis to siła
Nowy prezydent musi umożliwić rządowi przeprowadzenie procesu przywracania praworządności. I wcale nie musi się okazać, że najlepszym – w obecnej sytuacji politycznej – projektem będzie ten autorstwa nowego ministra sprawiedliwości. Jesteśmy już chyba na takim etapie tego praworządnościowego break-dance’u, że jedynym wyjściem jest chwilowe odłączenie głośników i złapanie oddechu. Cały czas fantastyczna, ale jednak coraz bardziej realna staje się perspektywa resetu konstytucyjnego. Nie czas i miejsce, by ją przedstawić w szczegółach, ale też brak pełnego jeszcze określenia, co by miało to dokładnie oznaczać, pozwala wszystkim stronom sporu politycznego porzucić stare, wyświechtane argumenty i zastanowić się nad nową wizją wymiaru sprawiedliwości. Jedyne, co jest na sztywno w tym scenariuszu rozpisane, to standardy określone w wyrokach sądów europejskich. O resecie konsekwentnie, od wielu już lat, mówi środowisko Konfederacji, które nowy prezydent będzie chciał zagospodarować w kontekście wyborów w 2027 r. Resetu – przynajmniej w obszarze funkcjonowania Trybunału Konstytucyjnego – chciał też rząd Donalda Tuska. Propozycja odpowiedniej zmiany konstytucji jest od miesięcy przedmiotem prac, zdominowanego przez koalicję demokratyczną, Senatu. Tylko środowisko PiS i Andrzeja Dudy – głównych architektów prawnej stajni Augiasza – nie wypowiadało się z entuzjazmem o tej koncepcji. Trudno się dziwić, niełatwo się wycofać z własnego uporu.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.