Cywilizacyjny skok, o jakim nikt nie marzył
Nie jest to okrągła rocznica, a 11 listopada nie obchodzimy wyzwolenia się z komunizmu, ale powstanie państwa w 1918 roku, niemniej święto to zawsze będzie dobrą okazją do przypomnienia, jaki zrobiliśmy postęp.
Deprecjonowanie obecnego ładu politycznego i społecznego przez część polityków ociera się o malkontenctwo, które nie ma żadnych podstaw. Staliśmy się narodem sukcesu, a nasza pozycja w Europie jest najmocniejsza od 300 lat.
Nie wszystko w naszej rzeczywistości zasługuje na pochwałę. Deficyt budżetowy i dług publiczny, lęk władz przed głębokimi acz niezbędnymi reformami, kiepska infrastruktura, nie najlepsze warunki dla biznesu, za małe nakłady na armię. Wszystko to jednak blednie, gdy spojrzeniu wstecz, na drogę jaką przebyliśmy.
Mamy stabilny system polityczny, który sprawdził się po katastrofie smoleńskiej. Zginęła elita państwa, a jego działanie nie doznało poważniejszego uszczerbku. Zbudowaliśmy bowiem efektywne struktury pozwalające państwu sprawnie funkcjonować nawet, gdy zabraknie przywódców. Czy to nie wystarczający powód do dumy? Gospodarka kwitnie, choć mamy sporo do zrobienia, by rozwijała się jeszcze szybciej. Zakorzeniliśmy się w NATO i Unii Europejskiej, z roli petenta przerodziliśmy się w jednego z rozgrywających politykę europejską. Malkontenci kwestionujący te osiągnięcia, kwestionują też nasze zaangażowanie. Sami bowiem zbudowaliśmy sobie Polskę sukcesu. Nikt nam jej nie dał.
Andrzej Talaga
Dziś przeciętna pensja brutto jest ponadczterokrotnie większa niż na początku lat 90. Bez kompleksów rywalizujemy na rynkach zagranicznych. Przez ostatnie dwie dekady udało się zbudować solidne podstawy gospodarki rynkowej. Są na tyle mocne, że jako jeden z nielicznych krajów uniknęliśmy recesji w czasie ostatniego kryzysu.
Najprostszą miarą sukcesu jest zasobność portfela. W połowie poprzedniej dekady łączne dochody do dyspozycji brutto gospodarstw domowych, czyli pensje, oszczędności, dochody z papierów wartościowych itp., wynosiły niespełna 221 mld zł. Według ostatnich dostępnych danych (za 2008 r.) wzrosły do ponad 803 mld zł. W 1989 roku średni dochód w Polsce był mniejszy niż 40 proc. średniej europejskiej. Dziś to grubo ponad 50 proc. Polacy czują się pewnie - co widać choćby po skali zaciąganych zobowiązań: w grudniu 1996 roku wartość kredytów udzielonych gospodarstwom domowym wynosiła 21,4 mld zł. We wrześniu tego roku było to już 463,5 mld zł.
Nasze tempo wzrostu gospodarczego jest wysokie. Przez ostatnie 20 lat średnia to 4,5 proc. Zdarzały się lata, kiedy sięgało nawet 7 proc. rocznie. Doganiamy Europę: w ostatnim dwudziestoleciu wzrost gospodarczy per capita skoczył z około 30 proc. do 45 proc. poziomu w państwach rozwiniętych. Naszą mocna stroną jest handel zagraniczny, to aż około 40 proc. polskiego PKB.
Szybko poradziliśmy sobie z szalejąca na początku lat 90. inflacją - jeszcze w styczniu 1990 roku ceny rosły w tempie ponad 1000 proc., licząc rok do roku. Ale lata 90. kończyliśmy z inflacją 9,8 proc. Dziś wynosi ona niespełna 3 proc. Nasza waluta jest mocna. Tylko raz przez ten czas trzeba było dewaluować złotego. Stał się on wręcz bramą dla zagranicy, która chce inwestować w Europie Środkowo-Wschodniej. Przez dwie dekady tylko dwukrotnie złoty gwałtownie tracił na wartości wobec głównych walut.
Sukcesem są inwestycje w infrastrukturę. Przez długie lata budowa dróg nie była naszym priorytetem. Wyraźna zmiana nastąpiła w chwili wejścia do UE w połowie 2004 roku. Inwestycje przyspieszyły jeszcze mocniej, gdy przed Polską stanęło zadanie zorganizowania mistrzostw Europy w piłce nożnej w 2012 roku. Dziś wydatki na budowę dróg i autostrad to ponad 20 mld zł rocznie. Zmiana jest radykalna - jeszcze na początku dekady, w 2002 roku, wydawano na ten cel około 2,8 mld zł.
Polska nie może sobie jednak poradzić z dyscypliną w finansach publicznych. Ani razu podczas okresów szybkiego wzrostu gospodarczego rządy nie obniżały deficytu strukturalnego wyliczanego bez uwzględnienia bieżącej koniunktury. Problem numer dwa to biurokracja. Niemal każdy rząd minionego dwudziestolecia deklarował odbiurokratyzowanie gospodarki - i żaden sobie z tym nie poradził.
Krucho jest też z reformami. Według raportu Banku Światowego Doing Business pod tym względem jesteśmy niechlubnym wyjątkiem na tle szybko wprowadzających zmiany krajów regionu. Na ruszenie w Polsce z biznesem potrzeba aż 32 dni. To daje nam 113. miejsce w zestawieniu Banku Światowego.
@RY1@i02/2010/219/i02.2010.219.000.0008.001.jpg@RY2@
Fot. Artur Iwańczuk/Reporter
Inauguracja warszawskiej giełdy papierów wartościowych, 2 lipca 1992 r.
@RY1@i02/2010/219/i02.2010.219.000.0008.002.jpg@RY2@
Fot. Piotr Waniorek/Forum
Giełda dziś
Marek Chądzyński
W PRL takie liczby musiałyby szokować: blisko dwa miliony studentów, trzydzieści dwa tysiące magistrów na studiach doktoranckich, 456 uczelni publicznych i niepublicznych, ponad sto tysięcy wykładowców. Tak właśnie wyglądają statystyki roku akademickiego 2010/2011.
Reforma szkolnictwa oraz przyzwolenie na otwieranie prywatnych uczelni spowodowały, że mamy największy na świecie przyrost liczby studentów. Kiedyś nie byłoby to możliwe, choćby z powodu limitów. W Polsce Ludowej na studentów czekało co roku zaledwie 100 tysięcy indeksów, o które ubiegało się dwa razy tyle chętnych. Zniesienie ograniczeń zaowocowało wysypem prywatnych uczelni - jest ich dziś ponad trzysta i choć oferują studia płatne i naukę nie zawsze na wysokim poziomie, to niskie czesne umożliwia kształcenie na niespotykaną dotąd skalę.
Rewolucja zaczyna się już na poziomie gimnazjum - dziś aż 90 proc. absolwentów gimnazjum wybiera szkołę, która pozwala przystąpić do matury, a potem pójść na studia. Ponieważ nie zawsze czeka na nich satysfakcjonująca praca, kształcą się dalej na studiach doktoranckich. - Nie powiedziałbym, że z tego powodu kwitną też rozmaite dyscypliny naukowe, ale już to, iż ludzie, by zdać maturę, muszą się trochę pouczyć i przeczytać książki, po które w innym wypadku by nie sięgnęli, jest wielką wartością - ocenia socjolog prof. Janusz Czapliński.
Według socjologów nie doceniamy zmian w życiu, jakie przyniosły dwie ostatnie dekady, bo starsi szybko zapomnieli o uciążliwościach życia w PRL, a młodzi nie wiedzą, co znaczy stać kilkanaście godzin w kolejce. Ich namiastkę spotkać mogą tylko w fast foodach, w których stołują się głównie młodzi Polacy. Choć badania firm gastronomicznych wskazują, że wciąż najbardziej cenimy polską kuchnię, 40 proc. Polaków przynajmniej raz w miesiącu wpada do McDonalda.
Niezmiennie rośnie liczba Polaków, którzy spędzają wakacje za granicą. Instytut Turystyki zanotował prawie 20 mln wyjazdów zagranicznych w pierwszej połowie tego roku (10 proc. więcej niż rok wcześniej). Ponad połowa podróży naszych rodaków ma charakter czysto turystyczny.
Nie byłoby to możliwe, gdyby nie tanie linie lotnicze, z których możemy korzystać od sześciu lat. Zawojowały one rynek tak skutecznie, że stanowią dziś prawie połowę wszystkich przelotów.
Jak jednak wynika z badań, dla Polaków najważniejszą wartością jest dokładnie to samo co kiedyś - zdrowie. Jakość opieki zdrowotnej poprawiła się radykalnie, choć nie dla wszystkich - z prywatnych lecznic korzysta na razie pół miliona osób i jest to rynek wart prawie 30 mld zł. Abonament wykupiony przez pracodawcę pozostaje wciąż jeszcze rzadkością i sporym przywilejem (4 proc. Polaków), ale korzystanie z prywatnych porad i płacenie za usługi lekarskie z własnej kieszeni stało się już normą dla połowy rodaków. W prywatnych lecznicach i nowoczesnych szpitalach Polacy zostawiają już blisko 30 mld zł.
Przynosi to zresztą wymierne efekty - dzięki opiece zdrowotnej na wyższym poziomie i lepszej ogólnej kondycji Polaków (według naukowców to efekt zmiany diety i stylu życia) żyjemy coraz dłużej. W 2009 r. mężczyźni dożywali przeciętnie 71,5 roku, natomiast kobiety 80 lat. W porównaniu z początkiem lat 90. to aż pięć lat więcej. Wciąż jednak spora jest różnica między granicą życia kobiet i mężczyzn, daleko nam również do najlepszych wyników w Europie: Szwajcarzy i Szwedzi dożywają nawet 79 - 80 lat, a Francuzki, Włoszki, Hiszpanki i Szwajcarki 84 lat.
Od reszty Europy dzielą nas też wartości - oprócz zdrowia wciąż bardzo wysoko cenimy udane małżeństwo i rodzinę. To prawdziwy fenomen na tle krajów, które w ostatnich dekadach przeżywały podobne wielkie zmiany w sferze materialnej i technologicznej, takich jak Irlandia czy Hiszpania. Socjologów fascynuje też kolejne zjawisko - bardzo powolny proces ateizacji społeczeństwa. Do kościoła regularnie chodzi 38 proc. Polaków. - To rekord - podkreśla prof. Czapiński. - Rewolucja nie dotknęła sfery moralnej i obyczajowej.
@RY1@i02/2010/219/i02.2010.219.000.0008.003.jpg@RY2@
Fot. Krzysztof Mystkowski/KFP
Trzykrotnie wzrosła liczba osób z wyższym wykształceniem
Luiza Zalewska
Jeśli zawiesić na chwilę broń w bieżących sporach partyjnych, z czystym sumieniem możemy powiedzieć, że ponad dwadzieścia lat niepodległości daje w polityce zagranicznej bilans zdecydowanie dodatni.
Gdy w 1993 roku Polskę opuszczały ostatnie oddziały armii rosyjskiej nikt nie marzył, że sześc lat później będziemy w NATO, a nasze wojsko weźmie udział w operacjach na Bałkanach, Iraku i Afganistanie. Pewnie nie przyszłoby nam również do głowy, że postkomunista zagra główne skrzypce w rozwiązaniu konfliktu na Ukrainie w czasie pomarańczowej rewolucji. A jego następca, nieżyjący prezydent Lech Kaczyński - będzie ścigał się z Nicolasem Sarkozym w drodze do Tbilisi, na które w sierpniu 2008 r. szły kolumny rosyjskich czołgów.
Podczas negocjowania z Rosjanami wycofania ich żołnierzy na początku lat 90. mieliśmy nieprzyjemność wysłuchiwania antypolskich komentarzy dowódcy Północnej Grupy Wojsk Wiktora Dubynina. Później polskie MSZ musiało się gimnastykować, by NATO nie uwzględniało rosyjskiego "niet" przy rozszerzaniu o Europę Środkową. W 1999 roku Warszawa, przystępując do sojuszu, instytucjonalnie przestała być ziemią niczyją między Wschodem i Zachodem. Mało tego, sami aktywnie działamy na ziemiach posowieckich uznawanych przez Moskwę za swoją strefę.
Po upadku ZSRR zaczęliśmy graniczyć z trzema nowymi niepodległymi państwami: Litwą, Białorusią i Ukrainą. Pierwsze jest w NATO i UE. W drugim autorytarny reżim Aleksandra Łukaszenki wchodzi w fazę finalną, a my wraz z Berlinem działamy na rzecz jego demontażu. Ukraina z kolei nie tworzy już tzw. bliskiej zagranicy Rosji i nie jest jej wasalem. Pozycję Kijowa w dużej mierze ukształtowała pomarańczowa rewolucja w 2004 r. Zwycięstwo Juszczenki zapewniło Ukrainie pięć lat niestabilności politycznej, ale odsunęło perspektywę wejścia Ukrainy do budowanej z Rosją wspólnej przestrzeni gospodarczej (WPG). Dziś prezydentem jest Janukowycz - dawny rywal Juszczenki. Wybory wygrał jednak demokratycznie, bez pomocy Moskwy.
Na Zachodzie z kolei dawno już nie jesteśmy pierwszymi do zgłaszania roszczeń. Po wejściu do UE (2004) i NATO (1999) skończył się czas Polski jako państwa - petenta. Warszawa zajęła za to miejsce w "zarządzie Europy", które z roku na rok coraz lepiej wykorzystuje. Symbolicznym potwierdzeniem tej tezy jest pożyczka w wysokości 15 mln dolarów, której udzieliliśmy w tym roku państwu objętemu unijnym programem Partnerstwa Wschodniego - Republice Mołdowy.
W NATO również trudno mówić o byciu petentem. Wystawiliśmy w ramach Paktu siódmy pod względem wielkości kontyngent w Afganistanie. W czasie operacji w Iraku w szczytowym okresie mieliśmy na miejscu 2,5 tys. żołnierzy. Krytycy tych interwencji przekonują, że nie przynoszą one wymiernych korzyści materialnych. I pewnie tak jest. Udział w nich wzmocnił jednak polską pozycję na arenie międzynarodowej.
@RY1@i02/2010/219/i02.2010.219.000.0008.004.jpg@RY2@
Fot. AP
20 lat temu nikt nie marzył o tak silnej pozycji Polski
Zbigniew Parafianowicz
Polski system polityczny w ciągu dwudziestu lat przeszedł drogę od pospolitego ruszenia do profesjonalnych politycznych korporacji
Ceną stabilizacji było jednak to, że kolejne osobistości życia politycznego - a nawet całe środowiska - lądowały na marginesie głównego nurtu. Za to ci, którzy wygrali, dostali olbrzymią premię: budżetowe pieniądze na działanie. Historię 20-lecia można podzielić na trzy epoki: Heroiczną, w latach 1989 - 1993, Wiek Srebrny w latach 1993 - 2004 i Epokę Stabilizacji od 2004 - do dziś.
Epoka Heroiczna z jednej strony dała podwaliny polskiej demokracji, ale politycznie była najbardziej niestabilną. Po wyborach w czerwcu 1989 roku i upadku komunizmu obóz władzy zaczął się dzielić: wojna na górze, podział Komitetu Obywatelskiego, a potem wybory prezydenckie z walką między Lechem Wałęsą a Tadeuszem Mazowieckim. - Polityczny rytuał okazał się szokiem. Polacy pierwszy raz zobaczyli przed kamerami jak politycy się spierają - mówi politolog prof. Antoni Dudek. Efektem tych kłótni było niespotykane później polityczne rozdrobnienie. Powstawały coraz to nowe partie, wyrastały z poszczególnych środowisk powiązanych często nie programowo, a towarzysko. Mimo politycznej niestabilności to wtedy właśnie zapadały decyzje fundamentalne: sejm kontraktowy przyjął program Balcerowicza, powstały samorządy, przyjęto także euroatlantycki azymut polskiej polityki. Cezurę epoki heroicznej wyznacza pierwszy krok mający uporządkować system polityczny, czyli wprowadzenie 5 procentowego progu wyborczego. Postały tzw. listy śmierci, czyli rozdrobnionych ugrupowań centroprawicowych, które po wyborach w 1993 r. znalazły się poza Sejmem.
Wiek srebrny, czyli lata 1993-2004 to realizowanie przyjętych wcześniej założeń, niestety rękoma postkomunistów. To oni wprowadzili nas do NATO, UE, za ich panowania Polska przyjęła nową konstytucję. Centroprawica wyciągnęła częściowo wnioski z politycznej klęski w pierwszej połowie lat 90. Rozdrobnione ugrupowania, korzystając ze wsparcia NSZZ Solidarność, stworzyły Akcję Wyborczą Solidarność. A liberałowie z KLD dołączyli do Unii Demokratycznej tworząc Unię Wolności. To koalicja tych ugrupowań, wprowadziła kolejny zestaw reform: samorządową, emerytalną, zdrowotną i edukacyjną. Polityczną ceną za reformy, ale te za wewnętrzne rozbicie, była wyborcza klęska obu ugrupowań. Na ich gruzach powstały podwaliny obecnego systemu politycznego: dwa dominujące dziś ugrupowania PO i PiS oraz system finansowania partii politycznych z budżetu.
Epoka stabilizacji to czasy obecne. Partie skupiają się na podgrzewaniu nastrojów we wzajemnej walce. Budżet wydaje na ich finansowanie 100 mln złotych rocznie, co pozwala im nie obawiać się politycznej konkurencji. - Dziś polskiej polityce brak kamieni milowych, stał się ona rozgrywką techniczną - mówi Leszek Miller. Zdaniem Ludwika Dorna partie nadal nie dorobiły się aparatu z prawdziwego zdarzenia, nie prowadzą świadomej polityki kadrowej wyłapywania nowych liderów. Brak zagrożenia spowodował, że przyznane partiom pieniądze nie służą do budowania więzi ze środowiskami, a do napędzania wyborczych machin i PR-u.
Mimo wszystkich wad obecny system jest efektywniejszy niż ten sprzed dekady. Jeśli partie zbudują prawdziwe zaplecze merytoryczne, nasze życie polityczne będzie porównywalne z tym w krajach starej UE. Do tego ostatnie lata pokazują, że Polacy coraz bardziej interesują się polityką. Choć w wyborach prezydenckich nadal była niższa niż w poprzedniej dekadzie, rośnie zainteresowanie wyborami samorządowymi, zaś w ostatnich wyborach parlamentarnych frekwencja była najwyższa od 1989 roku.
@RY1@i02/2010/219/i02.2010.219.000.0008.005.jpg@RY2@
Fot. Krzysztof Żuczkowski/Forum
Lata 90. to okres rozkwitu partii kanapowych
Grzegorz Osiecki
Gdyby ktoś w listopadzie 1990 roku ogłosił, że za 20 lat Polska będzie członkiem UE, obszaru Schengen i NATO, dynamicznie rozwijającą się gospodarką ze stabilnym rządem, słuchacze pukaliby się w czoło. Byłem wówczas w Polsce: wszystko się sypało, telefony nie działały, w polityce mieszał Stan Tymiński. Teraz jest ona po prostu nudna, ale wasz kraj nigdy nie miał większych wpływów politycznych niż obecnie. Paryż, Bruksela, Berlin czy Waszyngton, wszystkie te stolice traktują Warszawę poważnie. Jeszcze kilka lat temu, za rządów PiS, wyśmiewano się z Polski - bardzo niesprawiedliwie. Teraz ta sytuacja się zmieniła. To po części wynik dobrego PR, ale także waszego zaangażowania się w konstruktywne działania. Na przykład polska polityka wschodnia przez dłuższy czas zabarwiona była romantyzmem, Warszawa wykonywała ryzykowne ruchy w stosunkach ze wschodnimi sąsiadami - jak dostarczanie broni do Gruzji czy kupno rafinerii w Możejkach, by pomóc Litwie - które kończyły się fiaskiem. Teraz następuje zwrot w stronę większego pragmatyzmu. Czasem aż za bardzo.
not. MW
Ze wszystkich państw postkomunistycznych Polska najlepiej poradziła sobie z okresem przejściowym. Zbudowaliście demokrację i stabilną gospodarkę rynkową. Z tego punktu widzenia Polska zasługuje na pochwały. Nie oznacza to jednak, że okres ten był pozbawiony błędów. Polska nie będzie liderem Europy Zachodniej czy Wschodniej, ale może zostać liderem Europy Środkowej, co do tej pory zaniedbywano. Częściowo przez romantyczne złudzenia o tym, że cały świat, w tym Ukraina czy Litwa, bezwarunkowo kocha Polskę i tak już pozostanie. Trzeba pamiętać, że odchodzą pokolenia, które pamiętają, czym był komunizm i jaką rolę odegrała Polska w jego obaleniu. Zmienia się też sytuacja polityczna. O ile dotychczas wiatr zmian wiał z Zachodu, teraz zaczyna wiać ze Wschodu. Rozchodzą się drogi Polski i Ukrainy. Dlatego trzeba pomyśleć o przeorientowaniu polityki. Strategia Jerzego Giedroycia zadziałała po 1989 roku, ale od tego czasu minęły dwie dekady. Niestety polskie (i ukraińskie) elity wciąż nie mają odpowiedzi na pytanie, co dalej. Trzymanie się starych schematów nie pasuje do zmieniającego się świata.
not. MWP
Ze względu na fatalne położenie pomiędzy Niemcami i Rosją Polacy w ostatnich 300 latach nie mieli w ręku najlepszych kart. Jednak inaczej niż w XIX wieku czy między I i II wojną światową po roku ’89 ugraliście maksimum tego, co było możliwe. Postawiliście na Europę, a przede wszystkim uwierzyliście, że Niemcy się zmienili. Jedno i drugie opłaciło się. Gospodarczo wszystko, co Polska osiągnęła w ciągu ostatnich 20 lat, zawdzięcza tylko sobie. Nie mieliście - jak choćby Niemcy wschodnie - wielkiego brata, który przyniósł wam gotowe rozwiązania w walizce. Owszem, Europa wam pomogła, ale dlatego, że dostrzegła w was potencjał do własnego rozwoju.
Obserwując polskie poczynania w Europie, Niemcy widzieli zawsze dwie sprzeczne tendencje. Jedna - droga reprezentowana przez obóz braci Kaczyńskich - była przez nas krytykowana. Nie podobała nam się w niej przede wszystkim retoryka konfrontacji i epatowania polską martyrologią, której nikt nie zaprzecza, ale nie zostawiała ona wiele miejsca na kompromis.
Drugą drogę, której wyrazicielem jest Tusk, uważamy za dużo bardziej konstruktywne podejście. Nie oznacza ona rezygnacji Polaków z ich narodowego interesu. Wiemy, że Europa składa się z narodowych interesów. Swój pokazaliście choćby w czasie dyskusji o normach emisji CO2 czy w pierwszych przymiarkach do nowego budżetu UE. Polska, która mówi, czego chce, ale także co może dać w zamian, jest bardzo pożądanym partnerem.
not. RW
Polska postawiła na sojusz ze Stanami Zjednoczonymi, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo. To zrozumiały ruch, przecież Ameryka pomogła Polsce wyzwolić się z opresji komunistycznej. Zrobiła w tym względzie więcej niż Europa.
Niepokoi mnie natomiast resetowanie polskich stosunków z Rosją. To niebezpieczne, bo jesteście jedynym krajem w Europie, który wie, czym tak naprawdę jest to państwo. Powinniście przekazywać to doświadczenie zachodniej Europie. Jeśli jednak dostosujecie się do ogólnoeuropejskiego trendu resetu, będzie to groźne nie tylko dla was, lecz także całej Europy. Gdy się okaże, że nawet Polska zgadza się na bliskie stosunki z rosyjskim reżimem, inni tym chętniej za tym pójdą. I Rosja będzie przesuwać pionki w Europie.
Dobrze ułożyły się natomiast stosunki między Polakami a Niemcami. W Warszawie zawsze silny był nurt wywodzący się z Dmowskiego - polityka zdecydowanie anty-niemiecka i do pewnego stopnia przychylna Rosji. Dobrze się stało, że w minionym dwudziestoleciu nie zwyciężyła. W wymiarze wewnętrznym zbudowaliście stabilny system demokratyczny. Odnieśliście sukces ekonomiczny. To przede wszystkim wynik dobrego wykształcenia pracowników. Co prawda kraj nie osiągnął jeszcze poziomu rozwoju państw zachodnich, ale zdecydowanie zmierza w tym kierunku.
not. J.Bie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu