Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka

Przecież my name is Mirek!

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

Mirosław Drzewiecki tak się pogrążył, że dalsze komentowanie wywiadu, którego udzielił na Florydzie satyrykowi Tadeuszowi Droździe, jest właściwie nie na miejscu i może być ocenione jako znęcanie się.

Ale warto zająć się skutkami sprawy: wierzę, że były minister sportu właśnie nauczył się, że w polityce nie można sobie pozwolić na chwilę rozluźnienia. I że najlepsze kontakty z mediami nie powinny przekładać się na nadmierne do nich zaufanie. Czyżbym się nad byłym ministrem użalała? Nic podobnego. Płaci cenę za własne grzechy, a przy okazji za naszą ugruntowaną złą opinię o politykach. Odsłonił się i dostał na szczękę prawy sierpowy. A kiedy sędzia zaczął liczyć go na deskach, słabym głosem przekonuje, że przeciwnik walnął go poniżej pasa.

Dlaczego Drzewiecki tak reaguje? Skąd ta nerwowość, zdumienie? Jak wiadomo, decyduje wysokość, z której się spada. Drzewiecki - jako poseł, minister i skarbnik PO - był postacią wpływową, poważaną i lubianą. Razem ze swoim szefem gabinetu politycznego Marcinem Rosołem umiejętnie organizował własne zaplecze medialne, dozując nieoficjalne newsy i zapewniając sobie dobrą prasę. W wielu redakcjach reporterom wyrwał się z piersi jęk zawodu, kiedy afera hazardowa wybuchła, a stenogramy pogrążyły obu panów. Jak się teraz dowiedzieć, co słychać w PO albo na rządzie? Jestem przekonana, że takich kontaktów z mediami zazdrościło Drzewieckiemu kilku ministrów, którzy też chcieliby kreować nagłówki serwisów informacyjnych i inspirować publicystów. Do tego minister zorganizował sobie świetny sposób na istnienie medialne i powód do chwały, czyli orliki. Nieprzypadkowo znów pojawiają się one w oświadczeniu, w którym Drzewiecki zarzuca TVN 24, że zmanipulował słynny wywiad. To przecież była perła w koronie: orliki zielone - futbolowe, niebieskie - basenowe, białe - lodowe. Trudno o lepszą kampanię autopromocyjną i sposób na budowanie pozycji w terenie.

Wszystko to zbudowało w nim jednocześnie głębokie i nie wątpię, że szczere przekonanie: "Ciężko pracuję, bardzo się staram, dobrze żyję z mediami, więc - oczywiście - więcej mi wolno. Nie po to pozwalam różnym pismakom mówić do siebie »Mirek«, żeby się potem odszczekiwali w mediach". I ta strategia działała znakomicie.

Ale polityka to nie sklep z pietruszką na Sycylii, tu płacony haracz nie gwarantuje ochrony. Nie ma świętości, a rekiny, które zwietrzyły krew, w porównaniu z dziennikarzami, którzy wyczuli upadek polityka, to leniwe karpie. Taki mają zawodowy obowiązek i nie ma co narzekać. Martwić trzeba się będzie wtedy, kiedy przestaną się tak zachowywać, bo będzie to oznaczało, że jeden z nielicznych mechanizmów kontrolnych demokracji przestał działać. I nawet jeśli jest on przykry, ślizga po powierzchni zjawisk - nie szkodzi. Od pogłębionych analiz mamy politologów i Ważnych Komentatorów oferujących publiczności własną wersję rzeczywistości.

Drzewiecki popełnił błąd, wierząc w złudne poczucie bezpieczeństwa. Nie bez znaczenia w tym błogostanie były również sondaże opinii publicznej, do tej pory, mimo wpadek, windujące PO na wyżyny polityczne. Jeden ze znanych polityków tej partii tłumaczył mi niedawno, że afera hazardowa to najlepsze, co się mogło zdarzyć, bo przy takim wysokim poparciu szeregi partyjne przestają być zwarte i trzeba szukać innych sposobów na wewnętrzną mobilizację. Drzewiecki co prawda już się chyba nie zmobilizuje, ale takie są koszty pozostawania w gotowości bojowej. Za to partia stoi na placu apelowym z przeładowaną bronią.

Dwaj bohaterowie afery hazardowej - Mirosław Drzewiecki i Zbigniew Chlebowski - wybrali inny model zachowania po opublikowaniu stenogramów ich rozmów z Ryszardem Sobiesiakiem. Były szef klubu PO założył maskę, w sensie dosłownym i przenośnym przykrył twarz makijażem, jest do bólu poprawny, miły dla opozycji. Zachowuje się jak prymus, który dał się namówić łobuziakom z klasy na szaleństwo. I jeśli tylko nauczycielka sobie życzy, może teraz publicznie przeprosić, ale tak naprawdę to nie widzi nic złego w rozsypaniu gwoździ pod kołami samochodu dyrektora. Drzewiecki natomiast dał się namówić do ekspiacji tylko na chwilę i bez przekonania. Spodobało mu się łobuzowanie i nie zamierza tłumaczyć się na apelu. Nie po to jest "Mirkiem", by go ktoś odpytywał przy tablicy.

Ale diagnoza stanu świadomości obu panów jest podobna: nie rozumieją, co złego się stało. Są niewinni i nie zasłużyli na karę. A my możemy ten stan świadomości ocenić tak, jak na to zasługuje, czyli źle. I z tego punktu widzenia wolę postawę i oburzenie Drzewieckiego: jest szczere, ma dla nas walor poznawczy i jest materiałem źródłowym do nauki o polskiej polityce.

@RY1@i02/2010/041/i02.2010.041.000.014a.001.jpg@RY2@

Fot. Piort Kowalczyk

Zuzanna Dąbrowska, komentatorka Polskiego Radia

komentatorka Polskiego Radia

Autorka jest komentatorką Programu I Polskiego Radia

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.