Polityka w kontekście
I tak po miesiącach posuchy mamy barwną awanturę w koalicji. Poszło - przypomnę tylko dla porządku - o reformę emerytalną. Słowo "reforma" wydaje się tutaj zresztą trochę na wyrost. Bo cóż to za reforma, która sprowadza się do wydłużenia wieku emerytalnego. Jakbyśmy nie oceniali zmian wprowadzonych chociażby przez rząd Jerzego Buzka, przynamniej one reformami były.
Ale nie będzie o tym, tylko o kontekście, w jakim narasta napięcie między PO i PSL. Bo oczywiście najłatwiej przyjąć, że mamy do czynienia z przesileniem typowym dla polityki, w tym dla polityki polskiej. Ile tego było w kraju nad Wisłą podczas ostatniego dwudziestolecia? Kilkanaście? Kilkadziesiąt? Nawet ciężko policzyć. Najłatwiej - powtórzę - przyjąć zatem, że kłótnia w koalicji jest objawem jak najbardziej klasycznego życia politycznego, z jakim i już mieliśmy do czynienia, i do czynienia mieć będziemy.
Tyle że nie jest to założenie do końca prawdziwe. Otóż w sposób radykalny zmienił się wspomniany kontekst, w jakim funkcjonuje polityka. Punktem odniesienia jest kryzys. I tak naprawdę po wszystkich plagach, jakie dotknęły światową i polską gospodarkę po 2008 r., polityka nie będzie taka jak wcześniej. A przynajmniej taka jak wcześniej być absolutnie nie powinna.
Ten kryzys ma przecież oprócz twardego wymiaru finansowego także aspekt inny, mocno zresztą z tymże wymiarem finansowym związany. To kwestia wiarygodności. To, co działo się między bankami w 2008 i 2009 r., było spowodowane w dużej mierze całkowitą i nagłą utratą zaufania. Nikt nikomu nie chciał pożyczać pieniędzy i skończyło się to wejściem do akcji banków centralnych. Ale przyjmijmy, że ostrą fazę kryzysu w sektorze finansowym mamy za sobą. I - o ile można użyć tego słowa - zastąpiła go niewydolność finansów publicznych i problem gigantycznego zadłużenia przede wszystkim państw europejskich, choć trudno też uznać sytuację w USA za przykład zdrowia.
Przy tym wszystkim jednak kryzys wiarygodności trwa. Tyle że mniej dotyczy sektora finansowego, bardziej konkretnych państw i ich sytuacji finansowej. Wiąże się zresztą z wieloma paradoksami. Islandia, będąca jeszcze niedawno kompletnym bankrutem, dzięki programowi reform coraz mocniej zyskuje na wiarygodności, czemu już zdążyły dać wyraz nasze ulubione agencje ratingowe. Podobnie Irlandia i Łotwa. A przecież lwia część wskaźników dotyczących tych krajów jest gorsza lub porównywalna z sytuacją takiej Portugalii. Tylko że Portugalii mało kto wierzy. Mało kto też wierzył Włochom z epoki Berlusconiego, dopiero teraz zaczęło się to trochę zmieniać.
Prawda jest bowiem taka, że tak chętnie przywoływane przy okazji kryzysu rynki, ale też instytucje - Unia Europejska, MFW, Bank Światowy - zwracają uwagę nie tylko na wskaźniki czy nawet na proces poprawiania tychże wskaźników. Patrzą na polityków. Na ich deklaracje, na ich przeszłość (w sensie skuteczności realizacji deklaracji wcześniejszych) i na ich przyszłość (w wymiarze prawdopodobieństwa ziszczenia się deklaracji).
I w tym miejscu wypada wrócić na krajowe podwórko oraz do tego, co pozwoliłem sobie nazwać polityką w kontekście kryzysu. Otóż jeżeli chodzi o deklaracje, wypadamy całkiem nieźle. Co więcej, finanse publiczne, owszem, przy zastosowaniu dosyć ryzykownej ścieżki mają szanse wyjść na prostą za parę lat. I w dodatku zdążyliśmy zadeklarować to wszem i wobec, w tym Brukseli. Wydaje się, że świat to kupił, a dyskusje dotyczące publicznej kasy odbywają się raczej wewnątrz naszych własnych środowisk opiniotwórczych, niż są roztrząsane za granicą. Mamy chwilę spokoju w niezbyt komfortowym otoczeniu mniej lub bardziej prawdopodobnych europejskich bankrutów.
Problem jednak polega na tym, że w warunkach kryzysu taka równowaga jest niesłychanie chwiejna. Mieliśmy już wiele irytujących sytuacji, kiedy Polska była wrzucana do wora ryzykownych rynków wschodzących razem z Ukrainą czy innymi państwami bardziej Europy Wschodniej niż Centralnej. To piękne kraje, ale ich sytuacja ekonomiczna jest dużo gorsza niż Polski. Przypomnę tylko, że przy tego rodzaju klasyfikacji jakakolwiek tzw. nerwowość na rynku oznaczała osłabienie waluty, wstrząsy na giełdzie i wątpliwą przyjemność w postaci pytania, za jaką to cenę będziemy sprzedawać nasze obligacje.
Ta historia przycichła, ale przecież nie odeszła w cień. I dlatego awantura między PO i PSL jest niebezpieczna w podwójnym wymiarze. Po pierwsze dlatego, że przed podwyższeniem wieku emerytalnego nie uciekniemy. Ta zmiana jest istotna i dla Polski, i dla postrzegania jej jako kraju, który troszczy się o swoją sytuację finansową w przyszłości. Ale jest też aspekt drugi: jeżeli obecne zwarcie przerodzi się w szerszy kryzys polityczny, jeżeli realne kształty przybierze mglista na razie perspektywa wcześniejszych wyborów, świat zareaguje w typowy dla siebie sposób. A niestety, określenie "typowy" zwłaszcza w erze kryzysu, oznacza mało przyjemne rzeczy. Nawet jeśli nasza gospodarka będzie się miała całkiem dobrze, emocje wezmą górę. Tak jak u polityków.
@RY1@i02/2012/059/i02.2012.059.186001200.101.jpg@RY2@
Marcin Piasecki, wydawca "Dziennika Gazety Prawnej"
Marcin Piasecki
wydawca "Dziennika Gazety Prawnej"
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu