Skąd wziąć pieniądze na politykę
Partia Janusza Palikota proponuje zmiany w sposobie finansowania polityki. Wprawdzie - wbrew sugestiom RP - partie nadal byłyby finansowane ze środków budżetowych (bo odpisy podatników pomniejszałyby dochody budżetu), ale propozycja nie jest techniczna. Jeśli przyjąć, że demokracja powinna zapewnić równe warunki politycznej konkurencji, pieniądze powinny pochodzić (wyłącznie lub prawie wyłącznie) z budżetu, ale nie mogą to być duże sumy. Wiemy dobrze, że ofiarność obywateli nie musi być bezinteresowna. Wiemy również, że jeżeli pieniędzy jest dużo, kampanie wyborcze przekształcają się w kampanie reklamowe.
Obecnie w Polsce partie są utrzymywane z budżetu, jednak nie zostały zamknięte kanały prywatnego finansowania. Ale przede wszystkim pieniędzy jest bardzo dużo, a ich dystrybucja silnie nagradza zwycięzców. Kto znacząco wygra, zyskuje trwałą przewagę. Outsiderzy mają duże trudności z wejściem na scenę polityczną. Partie, które dostały się do parlamentu (a do tego są w samorządach - o Parlamencie Europejskim nie wspominając), mają do dyspozycji ogromne środki. Faktycznym kanałem finansowania działalności partyjnej są wydatki obydwu kancelarii parlamentu. Z publicznych pieniędzy utrzymywane są zarówno liczne biura parlamentarzystów, jak i parlamentarne kluby. Z tych pieniędzy można rozliczać koszty transportu, koszty lokalowe i biurowe, ekspertyzy. Bez kłopotu opłacić wydawanie biuletynu czy prowadzenie strony internetowej. Czego nie można finansować? Billboardów, reklamy radiowej i telewizyjnej, ulotek wyborczych. Czy jednak te instrumenty politycznej aktywności należy wspierać? Na pewno nie na znaczną skalę. Właściwie nie ma żadnego dobrego powodu, by partie parlamentarne otrzymywały dotacje, a w każdym razie powinny one być symboliczne. W interesie politycznego pluralizmu jest natomiast rozszerzenie systemu dotacyjnego na ugrupowania, które progu wyborczego - w Polsce bardzo wysokiego - nie sforsowały, ale uzyskały poparcie znaczącej grupy wyborców. W Polsce uprawnionych do głosowania jest ponad 30 milionów obywateli. Myślę, że prawo do dotacji powinny mieć ugrupowania uzyskujące przynajmniej 1,5 proc. głosów (przy europejskiej frekwencji - mniej więcej na poziomie 75 proc. - byłoby to 340 tys. wyborców). Nie widać żadnych powodów, by dotacja na jedno ugrupowanie (zarówno parlamentarne, jak i pozaparlamentarne) była większa niż 3 mln zł rocznie. Więc pewnie roczny koszt budżetu nie przekroczyłby 30 mln. Sporo, ale bez porównania mniej niż obecnie. Nadal też warunki konkurencji na rynku politycznym nie zostałyby w pełni zrównane, ale zostałby zrobiony znaczący krok w tę stronę. W szczególności gdyby równolegle - co jest absolutnie celowe - ograniczyć drastycznie wydatki na kancelarie Sejmu, Senatu i prezydenta (urzędnicy tych instytucji już z trudem wymyślają, na co wydać pieniądze).
Te zmiany na pewno sprzyjałyby sprawniejszemu funkcjonowaniu polskiej demokracji. Po pierwsze dzięki temu, że polityczny rynek stałby się realnie bardziej konkurencyjny, a po drugie dlatego, że wzrósłby prestiż ludzi polityki, dziś powszechnie postrzeganych - w znacznej mierze słusznie - jako grupa cynicznych karierowiczów i nieudaczników.
Janusz Palikot, proponując zastąpienie klasycznego finansowania budżetowego przez odpisy podatkowe, ma nadzieję, że spodoba się to ludziom, którzy polityków szczególnie nie lubią. Ukrywa, że potencjalnie zmiana ta skutkuje... większymi nakładami ze strony podatników. Przede wszystkim jednak prowadzi ona do dyskryminacji ugrupowań, które chciałyby orientować się na interesy ludzi o niskich dochodach. Podatnik o dochodzie 30 tys. zł może (w przybliżeniu) przekazać 50 zł, ale osoba o dochodzie 500 tys. zł (jeżeli uczciwie zapłaci podatek) może przekazać 30 razy więcej. Jednak idea odpisu może być zrealizowana racjonalnie. Trzeba przyjąć, że każdy podatnik (także rolnik) może przekazać taką samą niewielką kwotę ze swojego podatku (np. 10 zł), a jeżeli podatku nie płaci, to zadeklarować swoje poparcie skutkujące przekazaniem na odpowiednią partię tej kwoty ze środków budżetowych.
Takie rozwiązanie (zresztą już w przeszłości proponowane - chyba przez Zbigniewa Romaszewskiego) rozsądnie uzależniłoby finansowe możliwości partii od ocen wyborców - przecież zmieniających się także między wyborami. Karane byłyby afery, a zapewne także dużo bardziej ryzykowne stałoby się niedotrzymywanie wyborczych zobowiązań. Niemożliwe byłoby również to, co obserwujemy dzisiaj, gdy ugrupowanie się rozpada, a pieniądze płyną wyłącznie do tych, którzy kontrolują jego nazwę.
Palikot, proponując finansowanie partii politycznych przez odpisy podatkowe, ukrywa, że ta zmiana skutkuje większymi obciążeniami podatników
Ryszard Bugaj
ekonomista profesor zwyczajny Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu