Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka

Koniec zblazowanego świata

30 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 39 minut

Jedni płaczą nad losem wielorybów, popijając kawę zabarwioną odtłuszczonym mlekiem sojowym. Drudzy pędzą na odsiecz Majdanowi. Pierwsi patrzą na tamtych z poczuciem wyższości. Ci nawet przestali się specjalnie odgryzać. Biegną w przekonaniu, że nadchodzi ich czas. Zblazowani w to nie wierzą, ale dlatego mogą przegrać

Tak toczy się historia, że kiedy sytym elitom zaczynają się chwiać zęby, na ich miejsce wkraczają zdeterminowani. Głodni wszystkiego, co chcą wydrzeć dla siebie: władzy, splendorów i dostatku, synekur dla rodziny i znajomych. No i poczucia wygranej - tego, że sprawiedliwości wreszcie stało się zadość.

Dziś sytuacja w Polsce jest napięta i dziwna. Z jednej strony czuć już w przedwiosennym powietrzu pierwsze prądy politycznego przesilenia: od dłuższego czasu w sondażach opozycyjne Prawo i Sprawiedliwość prześciga rządzącą Platformę Obywatelską o jakieś 10 pkt proc. Z drugiej zaś nastroje rewolucyjne podgrzewają wieści płynące z Ukrainy. Dla nieakceptujących obecnej władzy i rzeczywistości ta funkcjonująca już w poppolityce legenda zwycięskiego Majdanu, jest paliwem, który podgrzewa ich marzenia. Nie mają nic do stracenia, a ambicje duże. Są widoczni, potrafią się zmobilizować. A dziś czują wiatr w żaglach.

Profesor Henryk Domański, socjolog z PAN, zwraca jednak uwagę, że w praktyce z rewolucyjnymi przesileniami (nawet jeśli mają nastąpić przy urnie wyborczej), to nie taka łatwa sprawa. Zwykle przełomowe zmiany dokonują się wtedy, kiedy sytuacja przekracza próg wytrzymałości i wielkie grupy społeczne już nie chcą i nie mogą żyć tak, jak żyją. A władza traci siły, co ulica wyczuwa przez skórę. Pierwszym progiem wytrzymałości są zagrożenia egzystencjalne. Tyle że społeczeństwo polskie nie jest już tak ubogie. Podstawowe potrzeby materialnobytowe są zaspokojone: jeśli nawet nie każdy ma kurę w garnku, to przynajmniej erzac-kostki, z których może sobie przyrządzić niby-rosół.

Jest to niebezpieczny moment, ponieważ po zaspokojeniu potrzeb materialnych wyłaniają się kolejne potrzeby związane z demonstrowaniem własnej podmiotowości jako jednostki i reprezentanta szerszych zbiorowości, np. takich jak naród. Jeśli spojrzeć historycznie, każde niezadowolenie społeczne wyrażane w bardziej dosadny i przynoszący konkretne skutki sposób zaczynało się od podwyżek cen, a kończyło konfliktami politycznymi. O demokrację, wartości, a więc o wszystko. Przypomnijmy sobie choćby Radom, Szczecin, Gdańsk... Choć może to porównania bardzo na wyrost. Lepiej więc przypomnijmy sobie przesilenia polityczne z ostatnich dwóch dekad. Ale rozbierzmy to po kolei.

Minione lata

Zwłaszcza w ostatnich dniach nie zabrakło głosów tzw. ekspertów, że ukraińska rewolucja, aczkolwiek chwała jej, ugrzęźnie we wschodnim marazmie, postsowieckim bałaganie, pogrąży się w korupcji, tak jak to się zdarzyło z pomarańczową rewolucją przełomu 2004 i 2005 roku.

I dużo jest realizmu w tym biadoleniu: historia ma to do siebie, że rzadko się staje, a częściej po prostu dzieje. Jak wspomina prof. Andrzej Zybertowicz, socjolog z UMK w Toruniu, był świadkiem, kiedy Jarosław Kaczyński zapewniał, że 4 czerwca 1989 r. był najszczęśliwszym dniem w jego życiu. Ten dzień, który wyznacza granicę powstania III RP, wyzwolił w społeczeństwie niezwykłą, atomową wręcz energię. Zachwyt odzyskaną wolnością i suwerennością. Kop przedsiębiorczej energii, która kazała ludziom rozstawiać łóżka polowe na każdym wolnym skrawku chodnika. I rosły fortuny. Ale na fali entuzjazmu nie bardzo chciano słuchać głosu ofiar. Zresztą te, zwykle wywodzące się z najniższych warstw społeczeństwa, są raczej milczące. Same z siebie nie są w stanie wykrzyczeć swojej frustracji ani się zorganizować, aby tym dobitniej wyrazić swoje racje i niezadowolenie. Tak było z underclass w całej historii świata. - Nie jest tak, że ci najbardziej pokrzywdzeni sami upomną się o swoje prawa. Po transformacji zostało 400 tys. sierot po PGR-ach, ale ani one, ani nikt inny wówczas nie poczytywał tego za wielki problem społeczny - zauważa prof. Zybertowicz. Tak samo jak odsunięcia na margines robotników z likwidowanych lub prywatyzowanych na masową skalę fabryk. Jeszcze przed chwilą byli wojownikami, bohaterami. Niepostrzeżenie zamieniali się w przegranych, często bezrobotnych. Wiadomo, gdzie drwa rąbią... A rewolucja pożera swoje własne dzieci.

Szliśmy do przodu. Lewica wymieniała się w fotelach sejmowych z prawicą. Po drodze były wojna na górze, kilka reform, mnóstwo skandali. Ten z Lwem Rywinem dał asumpt do ogłoszenia końca III RP i rozpoczęcia budowy IV. Jednak wybory w 2005 r. oznaczały koniec snów o wielkim, nowym otwarciu i budowaniu państwa społecznej zgody. Nerwowa, trwająca zaledwie dwa lata kadencja Prawa i Sprawiedliwości i jego nietrafionych koalicjantów nie była w stanie zrobić porządku w państwie. Projekty czyszczenia zaszłości komunistycznych w postaci lustracji i likwidacji WSI zakończyły się ogólnopolską awanturą, akcją nieposłuszeństwa obywatelskiego, tudzież happeningami typu "Zabierz babci dowód". Zamiast wielkiej odnowy moralnej wyszła wielka klapa.

Przeciwnicy ówczesnego rządu zarzucali mu gwałcenie zasad demokracji, wprowadzanie zasad państwa policyjnego, wstecznictwo, homofobię, mentalne tkwienie w zakrystii. Nie mając legitymacji społecznej, rząd "abdykował", a wybory w 2007 r. wygrała Platforma Obywatelska. Miało być normalnie. Rządy fachowców, zero presji ciężkiej nogi państwa na obywatela. Liberalizm obyczajowy i gospodarczy, niskie podatki. I lud to kupił. Od niedawna byliśmy w UE, jej styl życia, podobnie jak zarobki, wydawały się na wyciągnięcie ręki. I nawet światowy kryzys, który wybuchł w 2008 r., nie zakłócił dobrego samopoczucia Polaków. Premier Donald Tusk był w nieustającym konflikcie z prezydentem Lechem Kaczyńskim, gdzie mogli, podszczypywali się wzajemnie. Tylko różnica klas sprawiła, że nie podawali sobie literalnie nogi, jak kiedyś Wałęsa z Kwaśniewskim.

I wszystko szło mniej więcej dobrze, aż do tego pamiętnego dnia 10 kwietnia 2010 r. Te 96 osób, które zginęły w katastrofie samolotu pod Smoleńskiem, wykopało nie tylko grób społecznej zgodzie. Wydrążyło przepaść, której nie sposób przekroczyć, a która dzieli Polaków na wrogie obozy. Ich postawę można odnieść w sposób modelowy jako stosunek do tej właśnie katastrofy. Jedni mówią: "A co nas to obchodzi, nie męczcie nas dłużej, spadli, to spadli, czas się zająć życiem". Drudzy przesiewają sitami smoleńską ziemię, mnożą spiskowe wersje, odpalają trotyl. Obowiązująca oficjalnie wersja pierwszych nazywa rozsądnymi, odpowiedzialnymi obywatelami. Ich adwersarzy oszołomami. Ale te postawy można także interpretować inaczej: na tych, którzy mają wszystko (poza swoją porcją kawy) gdzieś, i na tych zaangażowanych. Jednak widać to zaangażowanie było zbyt małe, nie przekroczyło punktu krytycznego, gdyż nie przeszkodziło PO wygrać wyborów parlamentarnych w sierpniu 2011 r. Dlaczego tak się stało, wytłumaczył Bartłomiej Sienkiewicz (dziś szef MSW) w słynnym tekście zatytułowanym "Życie jest gdzie indziej" zamieszczonym w "Tygodniku Powszechnym" w sierpniu 2010 r. "Platforma Obywatelska zabiega o władzę (jej utrzymanie), będąc zakładnikiem systemu, który wykształcił się w Polsce. Partia ta objęła rządy, gdy system był już w pełni rozwinięty. I wyciągnęła z tego wnioski. Każda formacja polityczna, próbująca przełamać słabości państwa - przez reformy, próby zmian w prawie bądź w gospodarce - ponosiła klęskę i w końcu znikała ze sceny. (...) Polityków w Polsce skazano więc na dylemat, który nie ma dobrego rozwiązania. PO jest pierwszą formacją, która zrozumiała naturę systemu polskiej polityczności, stąd ani powodzie, ani kryzysy gospodarcze, ani wreszcie 10 kwietnia nie naruszyły w istotny sposób poparcia dla tej formacji. I nie naruszy jej, jak sadzę, także polityka Jarosława Kaczyńskiego. PO znalazła złoty klucz do utrzymywania władzy, nie dlatego, że jest bez ambicji, ale dlatego, że pierwsza potrafiła obrócić reguły (nie przez nią stworzone) na swoją korzyść. Będzie więc dalej rządzić, idąc od pożaru do pożaru, od kryzysu do kryzysu, żmudnie próbując utrzymać stan posiadania" - wieszczył Sienkiewicz. Ale okazuje się, że anegdotyczna już ciepła woda w kranie, o której marzą Polacy, przestaje wystarczać. Dlaczego? Przecież od tamtego czasu nie wydarzyło się nic na tyle poważnego, aby zakłócić ten marsz.

Oligarchizacja

Chodzi o to, że historia rzadko się staje, a częściej dzieje. A na to potrzeba czasu. Mówiąc prościej - zarówno ona, jak i społeczeństwo muszą dojrzeć do zmiany. Przy czym zaznaczyć należy, że jest ona niemal pewna, co nie znaczy, że w danym momencie nieunikniona. Na ten temat zresztą ukuto już w socjologii kilka stosownych teorii, które znajdują odzwierciedlenie w rzeczywistości. Jak wylicza prof. Jarosław Górniak z Uniwersytetu Jagiellońskiego, jedna z klasycznych, autorstwa Vilfreda Pareta, mówi o krążeniu elit. To taki cykliczny proces, który polega mniej więcej na tym, że w życiu politycznym odbywa się pewien cykl: elity po przegranej walce o władzę przechodzą do opozycji. I robią wszystko, aby znów dojść do władzy. Podczas kiedy ci, którzy znaleźli się już na górze, tracą impet i pogrążają się w samozadowoleniu. Brzmi znajomo, prawda?

Ale dajmy głos jeszcze jednemu teoretykowi. Według niejakiego Ralfa Dahrendorfa życiem społecznym rządzi konflikt. Polega on w uproszczeniu na tym, że jedni sprawują władzę, a drudzy są rządzeni. I proces ten jest stabilny tak długo, jak długo grupa podporządkowanych nie zakwestionuje sprawiedliwości sprawowanej nad nimi władzy. Kiedy to się stanie, wszystko zaczyna się sypać. A stanie się tak wcześniej czy później, gdyż - jak dowodził kolejny wielki socjolog Robert Michels - każda organizacja, niezależnie od tego, jak bardzo demokratyczna jest na początku swojego istnienia, musi przekształcić się w oligarchię, gdzie zostają zablokowane naturalny przepływ, awans, kooptacja dołów. Społeczeństwo dzieli się na swoich, dla których są konfitury, posady, apanaże. I resztę, której nie wolno dopuścić do koryta. To żelazne prawo oligarchii, z którą mamy do czynienia nie tylko na Ukrainie.

A kiedy jedni się oligarchizują, kontrolują zasoby społeczne, zamykają na innych, ci drudzy zaczynają kontestować. Na całego. Dlatego Jarosław Kaczyński zmienił kurs i, chcąc zjednoczyć wokół siebie środowiska kontestujące, zamiast o najszczęśliwszym dniu swego życia, zaczął mówić o okrągłym stole i wyborach 1989 r. jako narodowej zdradzie. Podzieliliśmy się na całego. My i oni. Oni i my. Teraz oni chcą przejąć władzę, by dobrać się do dóbr i zaszczytów, jakie daje bycie na szczycie. Jak wyjaśnia prof. Mira Marody z Instytutu Psychologii Społecznej UW, właśnie dziś mamy do czynienia z ostrą walką o redystrybucję zasobów i wymianę elit. Przy czym nie sama władza jest tutaj celem, bo zbyt mało osób jest chętnych, aby w rządzeniu uczestniczyć. Chodzi raczej o zmianę zasad, według których te dobra będą dzielone.

Zadowoleni i wkurzeni

Cóż się więc takiego w kraju stało, że nagle zasady, które chwilę temu odpowiadały większości, uwierają niczym kamień w bucie? Wytłumaczenie, że historia dojrzała, wydaje się zbyt uproszone. Zdaniem wielu socjologów i politologów, niekoniecznie będących osobiście osobami kontestującymi, a raczej obserwatorami współczesnego systemu, sytuację - tak w Polsce, jak i w ogóle, w Europie, a zwłaszcza jej uboższej części - możemy przyrównać (choć oczywiście w odpowiednich proporcjach) do tego, co działo się w Stanach Zjednoczonych w połowie ubiegłego wieku - od lat 50. do 70. Podobnie jak tam wtedy mamy dziś na Starym Kontynencie do czynienia z przechodzeniem społeczeństwa biednego w zamożne, z alienacją klas średnich, którą opisał Charles Wright Mills w "Białych kołnierzykach". Rafał Chwedoruk, politolog z UW, zauważa, że i teraz bogacenie się społeczeństwa powoduje fenomen umasowienia się wykształcenia. I jeśli w Stanach w 1968 r. rewoltę społeczną wywołały robotnicze dzieci, które coraz zamożniejsi rodzice posłali do wyższych szkół, tak dziś u nas do głosu dochodzą oburzeni z proletariackich domów, którym dano szansę na wykształcenie, ale nic poza tym. Poza możliwością emigracji.

- Przy czym podział w Europie jest nierówny i leży nie tyle na linii syci - głodni, ile na pokoleniowej zmianie - tłumaczy Chwedoruk. Zauważmy: Majdan miał 20-30 lat. Charków, Sewastopol jest po 50. Na południu kontynentu najaktywniejszą siłą kontestującą porządek jest lewica, co może być odpowiedzią na historię tych krajów, gdzie prawica kojarzy się z dyktaturą i opresją. A u nas, po liberalnym uniesieniu, mamy do czynienia ze zwrotem w prawo. Model poparcia dla PO uległ zakłóceniu, a sympatie młodych wobec PO i PiS się wyrównały. To o tyle ciekawe, że mają oni w sobie wrodzoną nieufność do partii i polityki. Dowodem na to może być fakt, że w ostatnich latach każdy podmiot polityczny, który zwracał się ku wyborcom poniżej 30. roku życia, tracił na tym. Teraz poparcie najmłodszych wyborców traci także Platforma: zbladł powab luzackich polityków, którzy kiedyś też palili trawkę, a teraz (choć coraz rzadziej) grają w nogę i z powodzeniem budują zieloną wyspę (albo przynajmniej orliki).

A może chodzi o to, co podnosi Chwedoruk, że młodych ludzi zmęczył lansowany od lat darwinizm społeczny i gospodarczy. Martw się o siebie, a jak nie dajesz rady, jesteś nikim. Oni się przecież starają, ale jednak nie dają rady. Nawet wyśmiewane, ale pełne zaangażowania i determinacji słoiki odpuszczają, zaczynają się zastanawiać nad swoimi wyborami. Z powodów czysto biologicznych: bo jak założyć rodzinę, przedłużyć trwanie genów, kiedy z cywilnoprawnej umowy oferowanej zamiast etatu nie stać ich na wiele więcej niż wynajęcie stancji do spółki z kumplami z call center. Nie mówiąc o ubezpieczeniu zdrowotnym i codziennym kupowaniu mleka dla dziecka.

Profesor Mira Marody tak to podsumowuje: zasady rynkowe weszły w każdy zakątek życia. Nawet tak wydawałoby się intymne sprawy, jak małżeństwo. Nie opłaca się wchodzić w trwały związek, bo to nieefektywne. A dziś wszystko musi takie być - nawet opieka zdrowotna i oświata. Sumować się, w państwowym budżecie i kratkach Excela. A to budzi sprzeciw, gdyż ta zasada efektywności przekłada się na coraz bardziej bezduszne zachowania ludzi. Urzędników, ale też lekarzy czy nauczycieli. Dlatego bardziej atrakcyjnie jawią się wartości moralne (poza dyskusją pozostaje, na ile są sensowne i spójne). Ludzie nie chcą, aby ich życiem kierowała matematyka. Uważają, że instytucje społeczne i państwowe powinny się kierować czymś więcej niż czystą efektywnością, ponieważ to podejście ich uprzedmiotawia.

Dlatego środowiska opozycyjne są coraz bardziej atrakcyjne. Dają alternatywę, choćby w wymiarze werbalnym, cele i szanse na przyszłość. Konserwatyzm stał się ofertą proponującą coś więcej niż pogodzenie się ze swoim nędznym status quo. Doktor Rafał Chwedoruk opowiada, że jeszcze 10-15 lat temu najbardziej oczytanymi, myślącymi i aktywnymi studentami były dzieciaki z inteligenckich domów, tych kojarzonych politycznie z Unią Wolności. Dziś to się obróciło o 180 stopni. Ci najbardziej świadomi, pracujący nad sobą reprezentują prawicowe poglądy. I oni są najbardziej aktywni w przestrzeni społecznej. - Mamy do czynienia z bierną większością ustępującą przed prawicową, ale bardziej zaangażowaną, samoświadomą, mniejszością - powiada. Jego spostrzeżenia potwierdzają inni nauczyciele akademiccy. Obserwujemy, jak ginie świat liberalnej lewicy. Jego członkowie są syci i ospali. Rozpieszczeni. Chcą się bawić, nie mają woli walki. Jeszcze korzystają, jeszcze mogą liczyć na ciepłe posady załatwione przez przedsiębiorczych rodziców z układami. Ale jak długo? Bo gdyby z tych studentów wyłonić, zgodnie z proporcjami, obecny parlament, byłby on całkiem inny niż ten, który za chwilę wznowi obrady. I to jest odpowiedź na czasy globalizacji, ta zmiana proporcji.

Społeczeństwo obywatelskie

Po jednej stronie mamy więc zbuntowaną w prawą stronę młodzież, ale przecież nie sama ona stanowi niezadowoloną z rzeczywistości grupę. Jeśli sięgniemy do klasycznego już w naszym kraju podziału, czyli na tych, którzy są bardziej skłonni głosować na PiS niż PO, i odwrotnie, okaże się, że ci pierwsi stanowią cały społeczny konglomerat, niedający się łatwo uporządkować ani pod względem wieku, ani wykształcenia, zamożności czy pozycji społecznej. Tutaj ludzie jednoczą się wokół wartości, gdy inne partie - SLD i PSL zwłaszcza - reprezentują grupy interesów. A Platforma z kolei, w sensie strukturalnym, weszła w rolę stabilizatora zastanego systemu.

Ten twardy elektorat Prawa i Sprawiedliwości, uwzględniając czasowe przypływy i odpływy innych niezadowolonych - to jakieś 25 proc. społeczeństwa. Zorganizowani wokół podstawowych haseł - zadośćuczynienie za Smoleńsk, za krzywdy, za prezydenta Kaczyńskiego - są dobrze zorganizowani i radykalni. Jak mówi (nie bez smutku w głosie) prof. Henryk Domański, to jest dziś właśnie taki polski Majdan, który nie będzie szczędził pięści, a co najmniej gardeł, jeśli przyjdzie taka potrzeba, co już pokazali przy świętowaniu kolejnych rocznic katastrofy.

Naprzeciwko siebie mają słaby, w każdym razie na pierwszy rzut oka, skład. Zwolennicy status quo nie mają tyle pary ani determinacji, traktują życie jako projekt, a dla projektu się nie umiera. Można co najwyżej zorganizować jakiś happening, pod warunkiem że nie będzie to wymagało zbyt wielkiego zaangażowania. Owszem wciąż mają po swojej stronie potęgę systemu. Przecież na grono zadowolonych z ciepłej wody składają się nie tylko działacze Platformy, lecz także całe morze urzędników, którzy z tą formacją związali kariery. To spora grupa medialno-politycznych celebrytów. Wreszcie przedsiębiorców, którzy na publicznych zleceniach zbudowali większe lub mniejsze imperia. Realizują swoje ambicje, czują się lepsi, doceniani, mają pomysł na rozwój swoich dzieci. Już się przyzwyczaili, że im się wiedzie, że mogą ostentacyjnie konsumować. Teraz ta ich sytość i ostentacja są zagrożone, ale nie są raczej w stanie utoczyć własnej krwi, żeby o nie walczyć. Bo nie wierzą, wypierają, że coś im może faktycznie zagrozić. Może dlatego brak im kreatywności: stosują stare triki, choć straszenie wykrzywioną wściekłością gębą Macierewicza czy Kaczyńskiego straciło już skuteczność rażenia. Opatrzyło się. Znudziło.

Dlatego głos z kontestującego rzeczywistość kąta coraz bardziej zagłusza liberalno-lewicowy mainstream. Ci głodni są aktywniejsi, bardziej przebojowi. Weźmy istnienie w sieci. To krytykujące rzeczywistość e-strony, jak Młodzi, Wykształceni i z Wielkich Ośrodków, Żelazna Logika czy Sztuczne Fiołki, nadają rytm i temperaturę internetowym dyskusjom, choć różnią się od siebie diagnozą rzeczywistości. Jeśli zaś już o tym mowa: dla młodego elektoratu prawica ma dziś bardziej twarz Dawida Wildsteina niż jego ojca, Bronisława. Paweł Bobołowicz, który razem z Dawidem słał relację za relacją z ukraińskiego Majdanu, wyprzedzając rzetelnością i szybkością przekazu główne media, jest bardziej wiarygodny dla osób śledzących wydarzenia po wschodniej stronie granicy niż Beata Tadla. Ta sama, której głos łamał się na wizji, kiedy opowiadała, jak celowano w jej głowę laserową wiązką. I warto tutaj zauważyć jeszcze jedną rzecz. Że w obecnym świecie zmiany społeczne i polityczne odbywają się w pokrętny sposób, na wielopoziomowej płaszczyźnie, w sposób sieciowy. Tak jak na Ukrainie nie było jednego ośrodka buntu, tylko wiele grup luźno ze sobą powiązanych: jedni zbierali żywność, inni środki opatrunkowe, pieniądze, inni zajmowali się - niezależnie od reszty - wrzucaniem treści do sieci, a kolejni za pomocą pałek bronili stanu posiadania. Im samym trudno było to wszystko razem ogarnąć i zsynchronizować, ale zadziałało. Ten sposób organizowania protestów ze względów konspiracyjnych stworzyli anarchiści jakieś sto lat temu. A po 1968 r., kiedy wybuchła rewolta studencka, lewicowa w swoim jądrze, odrzucenie przywódców stało się normą. Niemcy w latach 70., kiedy ultralewicowe grupy zdominowały dysputę społeczną, także się przyglądali, oszołomieni, ruchowi wolnych elektronów. I całe to instrumentarium teraz - bardziej lub mniej świadomie - przejmuje młoda prawica. Jej odłam, zwany autonomistami, czerpie właśnie stamtąd wzorce działania. Odrzucają skrajności, gdyż boją się inwigilacji służb. Ale emitują w przestrzeń jeden komunikat: nierówności społeczne się powiększają. Bieda jest narodowa, bogactwo ponadnarodowe. Dziś 20 proc. społeczeństwa to wykluczeni, 20 proc. najbogatsi, 60 proc. to zubożała klasa średnia.

Dlaczego przywódca musi być wariatem

Jednak wynik walki o rząd dusz zależy od tego, ilu z tych 60 proc. polskiego środka kto przeciągnie na swoją stronę. I to właśnie trwa. Gdyż historia się dzieje, nie staje.

Dlatego też nie sposób stwierdzić, co stanie się jutro, za miesiąc czy za półtora roku. Choć zmiana politycznych tendencji, a zwłaszcza zmiana nastrojów pokoleniowych, jest faktem, na drodze do przyszłości jest mnóstwo niewiadomych. Fundamentalna - jak zachowa się niezadowolony, pozostający w półopozycji, środek. Bo - jak zauważa prof. Górniak - rozczarowani Platformą to w zasadniczej większości nie zdradzone, pałające żądzą zemsty kobiety, ale osamotnieni, wyrzuceni przez fale zdarzeń żeglarze, którzy chcieliby wrócić do bezpiecznej przystani. Albo lewica, której już dawno nadano mało szczytne miano kawiorowej. Niby w opozycji, ale faktycznie - co złośliwie zauważa dr Krzysztof Łęcki, socjolog z Uniwersytetu Śląskiego - stanowi grupę przyspawaną choćby finansowo, za pomocą rozmaitych grantów (jak środowisko Krytyki Politycznej) do obozu władzy. Więc raczej będzie wciąż rozwijać swoje intelektualne koncepcje o niesprawiedliwości społecznej polegającej na gnębieniu feministek, transseksualistów i szympansów, niż zaangażuje się w faktyczne działania na rzecz naprawy istniejącego systemu. To soft proletariat, zbyt wmontowany w układ, któremu nie marzy się kryterium uliczne w walce o władzę. Historiozoficzna wizja wahadła dziejowego, które wymienia zużyte elity, nie musi się więc sprawdzić. A w każdym razie niekoniecznie w tej chwili. - Gdybym miał odpowiedzieć na pytanie, gdzie jesteśmy w tej chwili, odparłbym, że to raczej epoka Ludwika XV. Na Ludwika XVI będziemy musieli jeszcze parę lat poczekać - konkluduje dr Łęcki.

Jednak sondaże nie kłamią: ten system i polityczny układ coraz bardziej tracą na atrakcyjności. Głównie z tego powodu, że nie kreują wizji rozwojowych. Bo nie jest tak, że jeśli ktoś roztacza oniryczne wizje, od razu jest szaleńcem. Przeciwnie, przywódca musi mieć wielką wyobraźnię. Musi umieć stawiać cele - te bliższe i te dalsze - by wokół nich mobilizować społeczeństwo. Porywać ludzi do pracy na rzecz przyszłości. Jeśli tego zabraknie, będziemy mieć polski Majdan. I władzę weźmie ten, kto będzie miał dość sprytu i charyzmy, by wiedzieć, jak ją podnieść prosto z ulicy.

Młodych ludzi zmęczył lansowany od lat darwinizm społeczny i gospodarczy. Martw się o siebie, a jak nie dajesz rady, to jesteś nikim. Oni się przecież starają, ale jednak nie dają rady

@RY1@i02/2014/041/i02.2014.041.000001000.803.jpg@RY2@

getty images

Mira Suchodolska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.