Tekturowe zatrudnienie, tekturowe tłumaczenia, tekturowy etos
P rz y ul. Nowogrodzkiej w Warszawie mieści się nie tylko siedziba Prawa i Sprawiedliwości, lecz także Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. To zupełny przypadek, ale w kontekście sprawy minister Marleny Maląg – symboliczny. Z dokumentów Państwowej Inspekcji Pracy wynika, że nowa szefowa resortu nadużywała umów na czas określony w okresie, gdy pełniła funkcję dyrektora Liceum Ogólnokształcącego Spółdzielni Oświatowej w Ostrowie Wielkopolskim. Doszło do naruszenia art. 25 1 kodeksu pracy.
Ta sprawa wyraźnie uwidacznia kryzys zaufania. Po pierwsze do narracji zaproponowanej przez partię rządzącą. Prawo i Sprawiedliwość nie wygrało dwojga kolejnych wyborów parlamentarnych, odwołując się do elit, pracodawców i osób, które po transformacji ustrojowej jednoznacznie poprawiły swój standard życia. Ugrupowanie zyskiwało poparcie, bo zapowiedziało walkę o interesy słabszych – pracowników, rodzin wielodzietnych, osób starszych. I trzeba przyznać, że ten cel w znacznej mierze PiS zrealizował – wprowadził liczne transfery socjalne, obniżył wiek emerytalny, wprowadził minimalne wynagrodzenie dla samozatrudnionych i zleceniobiorców. Trudno więc wytłumaczyć, dlaczego partia na czele resortu, który symbolizuje te zmiany, postawiła osobę, której przeszłość jako pracodawcy budzi tak istotne wątpliwości. Nie chodzi tu już tylko o naruszenie art. 251. Już samo to, że była dyrektor LO przez osiem lat zatrudniała osobę na umowach na czas określony, nie budzi do niej zaufania. Podobnie jak tworzenie spółdzielni oświatowej po to, aby przejęła prowadzenie samorządowej dotychczas szkoły. To raczej działania charakteryzujące tych, którzy sprytnie wykorzystują znajomość prawa, by maksymalizować zyski. Oni na PiS raczej nie głosują.
Dużo istotniejszym problemem może być kryzys wiarygodności instytucji państwa. Resort pracy to nie wyspa. Obowiązki jego szefowej nie ograniczają się do otwierania kolejnych żłobków w asyście fotoreporterów lub tweetowania, ile to już środków udało się wydać w ramach 500+ lub wyprawki szkolnej. Osoba kierująca tym resortem musi też np. usiąść przy jednym stole ze związkami zawodowymi i organizacjami pracodawców (najczęściej w Radzie Dialogu Społecznego) i starać się wynegocjować najlepsze rozwiązania prawne dla obu stron, godzić ich stanowiska, uzasadniać decyzje rządu. Trudno sobie wyobrazić, jak związki zawodowe mają usiąść do tego stołu i prowadzić negocjacje z osobą, która w okresie, gdy sama była pracodawcą, zawarła z pracownikiem osiem umów na czas określony. Oczywiście związkowcy też mają interesy i w imię ich obrony mogliby „przymknąć oko” na niewygodne fakty. Problem w tym, że na praktyki obecnej pani minister oka przymknąć się nie da. Ograniczenie nadużywania umów na czas określony zawsze było jednym z priorytetów wszystkich działających w Polsce central związkowych. Mają teraz udawać, że to dla nich żaden kłopot?
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.