Rewolucja na polskim niebie
Wolimy latać, niż korzystać z fatalnych dróg i kolei
W ub.r. na polskich lotniskach odprawiono 21,9 mln pasażerów. W tym roku liczba podróżnych wzrośnie do 23,4 mln. Tylko w lutym w kilku portach ruch był o kilkanaście procent większy niż przed rokiem.
Gwałtownego wzrostu przewozów lotniczych wcale nie zawdzięczamy zagranicznym turystom czy biznesmenom przyjeżdżającym do Polski. Sami stajemy się coraz bardziej "lotni". Dariusz Kuś, szef portu lotniczego w Krakowie mówi wręcz, że stoimy u bram drugiej fali lotniczej rewolucji.
Pierwszą falę siedem lat temu zapoczątkowało wejście na nasz rynek tanich linii. Bilet lotniczy przestał wówczas być dobrem luksusowym. WizzAir i Ryanair pokazały Polakom, że do samolotu może wsiąść nie tylko biznesmen z grubym portfelem czy bogaty turysta, lecz także robotnik, i to nie tylko ten pracujący na Wyspach Brytyjskich, choć fala emigracji zmieniła nasze przyzwyczajenia dotyczące podróży. Coraz częściej samolot stawał się środkiem lokomocji w drodze na zagraniczne wakacje. Jeszcze w 2004 r. przemieszczało się w ten sposób 8 mln Polaków rocznie, a już w 2008 r. ta liczba była dwa razy większa. Ale dotąd nie podróżowaliśmy samolotami po kraju.
Teraz to się zmienia. W dużym stopniu zasługa w tym stanu polskich dróg i szlaków kolejowych. Perspektywę wielogodzinnej, męczącej podróży samochodem, pociągiem czy autokarem coraz częściej zastępuje możliwość kilkudziesięciominutowego lotu w cenie porównywalnej z kosztem przejazdu innymi środkami lokomocji albo nawet niższej.
Wciąż mamy jednak sporo do odrobienia w porównaniu z innymi nacjami. Statystycznie Polak wsiada bowiem do samolotu raz na dwa lata. Tymczasem Czech robi to raz do roku, a Niemiec rocznie aż cztery razy.
Cezary Pytlos
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu