Wojna o pasażerów autobusów. Kto ma dworce, ten ma władzę
Prywatni przewoźnicy będą uzależnieni od PKS-ów. Za cztery lata mogą zniknąć z rynku
Konflikty prywatnych przewoźników z samorządowcami wybuchają w różnych częściach kraju. Ostatnio w Koszalinie, gdzie władze miasta zdecydowały się na likwidację terenu, który dotychczas służył jako przystanek początkowy dla busów, i zarekomendowały przejście na dworzec będący własnością PKS. - Decyzja jest podyktowana kwestiami bezpieczeństwa - wyjaśnia Robert Grafowski, rzecznik urzędu w Koszalinie. - Co prawda żaden wypadek jeszcze się nie wydarzył, ale często pasażerowie, by zdążyć przed odjazdem busa, przebiegają przez dwupasmową jezdnię - dodaje.
Dworzec PKS to jedyne miejsce z odpowiednią infrastrukturą: poczekalnią, wiatami, toaletami, sklepami, zapowiedziami odjazdów i informacjami o spóźnieniach. Słowem większy komfort dla pasażerów i przewoźników. Ci ostatni do przeprowadzki się jednak nie spieszą. Zwłaszcza że firmy, które z tego skorzystały, narzekają.
- Wchodząc na dworzec, wprowadzamy pasażerów, których część odpływa do naszego największego konkurenta - żali się jeden z mniejszych przewoźników, który rozpoczął już kursowanie z dworca PKS.
Narzeka, że jeśli PKS organizuje kurs o równej godzinie, a on 15 minut później, to autobus PKS zwleka z odjazdem 13 minut, by zabrać jak najwięcej pasażerów. - Mogę się co prawda poskarżyć zarządcy dworca, ale po co, skoro to jedna firma - rozkłada ręce przedsiębiorca.
Krzysztof Kolisz, dyrektor ds. przewozów pasażerskich koszalińskiego PKS, tłumaczy, że to mali przewoźnicy do perfekcji opanowali sztukę dublowania kursów PKS. - I to w ordynarny sposób, ustalając kurs na dwie minuty przed odjazdem naszego autobusu - mówi.
Mali przewoźnicy nie chcą też korzystać z głównego dworca w Limanowej. A tamtejsi radni podjęli uchwałę, by każda linia przecinała główny węzeł przesiadkowy w mieście.
- Zaskarżymy uchwałę do wojewody. Jeśli miasto chce uporządkować transport, niech kupi dworzec, na którym wszyscy przewoźnicy będą jeździć na równych zasadach - zapowiada przedstawiciel firmy Maxbus.
- Żeby dostać zezwolenie na przewóz osób, trzeba uzyskać uzgodnienia przystankowe z zarządcami dróg i dworców. Dlatego kto ma dworce, ten ma władzę - mówi Dariusz Tarnawski, prezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Przewoźników Osób.
A jest o co walczyć: od 2017 r. część kursów będzie miała charakter użyteczności publicznej (z założenia te nierentowne) i będą je obsługiwali wybrani w przetargach przewoźnicy. - Karty rozdawać będą zarządcy dworców. Dużo prywatnych przewoźników, być może nawet 70 proc., straci możliwość wykonywania działalności. Masa ludzi pójdzie na bezrobocie, ale nikt nie dostrzega problemu - alarmuje Tarnawski.
@RY1@i02/2013/010/i02.2013.010.00000010b.802.jpg@RY2@
Wojciech Stróżyk/REPORTER
Od 2017 r. część kursów będzie miała charakter użyteczności publicznej (z założenia te nierentowne) i będą je obsługiwali wybrani w przetargach przewoźnicy. Jest zatem o co walczyć
Piotr Szymaniak
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu