Edukacja w czasach zarazy
Szkoły przechodzą na nauczanie zdalne. Panuje wolnoamerykanka – brakuje wytycznych. Rząd w pośpiechu przygotowuje platformę edukacyjną. I gorączkowo poszukuje nauczycieli, którzy wiedzą, jak działa e-learning
Na razie dyrektorzy nie mają wsparcia centralnego, trwa więc swoista partyzantka, w której dominują oddolne inicjatywy nauczycieli. Pojawienie się wirusa i przerwa w szkołach zrodziły wiele pytań: czy dziecko w domu musi się uczyć, czy tylko może; czy uczniom niechodzącym do szkoły można stawiać oceny; czy zdalne nauczanie jest zgodne z przepisami. To tylko niektóre z nich.
Jak ustaliliśmy, Ministerstwo Cyfryzacji (MC) i NASK przygotowują specjalną platformę. – Będzie zawierała pomysły zdalnych lekcji, zgodnie z siatką godzin w szkole podstawowej i średniej, z uwzględnieniem starej i nowej podstawy programowej. Roboczo podzielona zostanie na trzy piony: dla nauczyciela, ucznia i rodzica – mówi nam Tomasz Łukawski, dyrektor Ekosystemu Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej NASK. Przekonuje, że prace są na ukończeniu. – Załóżmy, że w poniedziałek lekcje zaczną się np. od języka polskiego. Nauczyciel będzie mógł wykorzystać przygotowaną przez nas propozycję prowadzenia zajęć: podajemy temat i źródło, z którego można czerpać. Np. stworzone przez instytuty badawcze i edukacyjne. Ale bazujemy też na e-podręcznikach czy stronie Edukator.pl, Lektury.gov.pl. Ostateczna decyzja, jak skorzystać, będzie należała do nauczyciela.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.