Szkoła coraz mniej uczy o przyrodzie
EDUKACJA Redukcja godzin na przedmioty przyrodnicze i powrót do nauczania pojedynczych dziedzin - tak będzie wyglądać szkoła po reformie MEN. Z wielką szkodą dla uczniów
Reforma oświaty szykowana przez Ministerstwo Edukacji Narodowej ograniczy liczbę lekcji przedmiotów przyrodniczych na etapie kształcenia ogólnego - wynika z porównania ramowych planów nauczania z 1992 r. i projektu zaprezentowanego przez resort. Uczniowie nowej, ośmioletniej podstawówki będą mieli o około jedną trzecią godzin mniej niż ci, którzy kończyli starą ośmiolatkę.
Ta strata nie zostanie wyrównana w liceum ogólnokształcącym. Przed 1999 r. zdający maturę licealista miał za sobą ok. 1680 godzin biologii, chemii, fizyki i geografii. Ten, który będzie zdawał egzamin po nowemu, zaliczy tylko 1260 lekcji. Jeszcze mniej zajęć będą miały dzieci, które obecnie są w szóstej klasie - w wyniku zmiany programu w środku cyklu nauczania "ucieknie" im 70 godzin.
- To nie koniec, na przestrzeni ostatnich lat ubyło dni z normalną nauką szkolną - wzrosła liczba świąt, przedłużonych weekendów, są obowiązkowe kilkudniowe rekolekcje i przerwy na czas egzaminów. Teraz mamy ok. 34 tygodnie pracy, a kiedyś było ich blisko 36 - zwraca uwagę jeden z nauczycieli.
Choć nasi uczniowie zajmują w przedmiotach przyrodniczych wysokie miejsce w rankingu PISA (międzynarodowe badania umiejętności 15-latków), wciąż słabo wypadamy w zadaniach, które wymagają twórczego podejścia i rozwiązywania skomplikowanych problemów.
Jak wynika z "Diagnozy kompetencji gimnazjalistów", którą prowadził Instytut Badań Edukacyjnych, we wszystkich przedmiotach przyrodniczych uczniowie słabiej radzili sobie, po pierwsze, z zadaniami, które wymagały konkretnych, specyficznych przedmiotowo wiadomości, a po drugie, odwołującymi się do czynności praktycznych, które uczniowie powinni wykonywać na lekcjach przedmiotów przyrodniczych. "Większość z nich nie wiedziała, jak np. sporządzić roztwór soli o określonym stężeniu, wyznaczyć moc żarówki, zmierzyć częstotliwość drgań wahadła czy posługiwać się tabelą rozpuszczalności" - ocenili autorzy raportu z badania.
Wśród rekomendacji znalazło się szersze wykorzystanie doświadczeń w pracy z uczniami. Tu jednak trudno o optymizm - inne analizy IBE pokazały, że doświadczenia na lekcjach wykonywane są jedynie sporadycznie. Także dlatego, że szkoły nie mają dostępu do odpowiednio wyposażonych pracowni.
- Przy tej ilości godzin, które dziś mamy do dyspozycji, po prostu nie ma czasu na eksperymenty. W poprzedniej ośmioklasowej szkole był czas na to, żeby uczniowie spokojnie opanowali wiedzę, mniejszymi partiami materiału. Teraz trzeba pędzić, zamiast mikroskopu pokazuje się więc prezentacje - wyjaśnia Dorota Kurzawa, nauczycielka biologii i chemii.
Jak jednak przyznają eksperci, to nie liczba godzin może być największym problemem w polskiej szkole. Główne zmiany powinny objąć podstawy programowe. Według rekomendacji IBE brakuje w nich na przykład sformułowania wspólnej idei nauczania przedmiotów przyrodniczych. W Wielkiej Brytanii i Francji to np. kształtowanie i rozwijanie umiejętności rozumowania naukowego i posługiwania się metodą naukową.
Przedmioty przyrodnicze funkcjonują też u nas jako osobne lekcje. Tymczasem opisują często te same zjawiska. Od podziału przedmiotów odchodzi się m.in. w Anglii, Estonii i Finlandii. W tych krajach dominuje problemowe ujęcie tematów z perspektywy różnych nauk. Inne podejście jest tam również, jeśli chodzi o metody nauczania. W podstawach programowych kraje te kładą większy nacisk na bezpośrednie poznawanie przyrody, rozumowanie naukowe, bliskość nauki i życia codziennego, a także kształtowanie kompetencji społecznych - komunikacji, współpracy, dzielenia się rezultatami pracy.
@RY1@i02/2016/221/i02.2016.221.000000400.801.jpg@RY2@
Anna Wittenberg
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu