Kto zdecyduje, jakich specjalistów należy kształcić
Reforma szkolnictwa zawodowego ma oprzeć się na prognozach zapotrzebowania na fachowców w danych zawodach i specjalnościach. Trwa dyskusja, kto powinien ustalać szczegółową listę promowanych kierunków
Główny Urząd Statystyczny, Ministerstwo Pracy, Instytut Badań Edukacyjnych, a może wojewódzkie rady rynku pracy? To tylko niektóre z instytucji, które mogłyby ustalać listę zawodów, w których potrzeba najwięcej rąk do pracy. Ministerstwo Edukacji Narodowej chciałoby znać ją po to, aby jak najlepiej dopasować strukturę kształcenia do potrzeb pracodawców, by szkoły nie „produkowały” kandydatów na bezrobotnych. Dziś pracy nie znajduje 30 proc. absolwentów techników i 40 proc. kończących szkoły zawodowe.
W przyszłości resort edukacji ma odpowiednio sterować subwencją oświatową, czyli pieniędzmi, które z budżetu państwa wypłacane są szkołom. To MEN ustala kryteria podziału puli. Pomysł jest taki, by do szkół otwierających kierunki, na które jest zapotrzebowanie, trafiało najwięcej środków. Do tych, które zdecydowałyby się przyjmować uczniów do klas z mniejszymi perspektywami, przekazywano by mniej. Podobne zasady obowiązywałyby w przypadku dopłat dla pracodawców. Resort edukacji chce, by to oni wzięli na siebie część praktycznego kształcenia uczniów. By ich zachęcić urzędnicy planują zwiększyć dofinansowanie dla szkolących młodocianych pracowników w zawodach zgodnych z prognozą zapotrzebowania.
Sporna lista
Choć pomysł został ciepło przyjęty przez pracodawców, diabeł tkwi w szczegółach. Do dziś nie ma bowiem porozumienia, kto tak naprawdę powinien opracowywać listę zawodów, w których jest szczególne zapotrzebowanie na pracownika. Rozporządzenie, w którym resort przedstawia swoje pomysły, jest w konsultacjach.
Na razie zaproponowano w nim, by to MEN dorocznie publikowało taką listę na podstawie prognoz przygotowanych przez Instytut Badań Edukacyjnych z danych dostarczonych przez dyrektorów szkół do Systemu Informacji Oświatowej oraz danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.
Pomysł ma jednak według pracodawców wiele wad. – Proponujemy szczegółowe skonsultowanie go z Radą Rynku Pracy i ministrem właściwym do spraw danego zawodu, bowiem wydaje się, że będzie to powielenie działań instytucji rynku pracy – przekonuje Jan Gogolewski, prezes Izby Rzemiosła Polskiego. Już dziś wiele instytucji określa zawody deficytowe i nadwyżkowe. Są to na przykład wojewódzkie barometry prowadzone przez obserwatoria rynku pracy wojewódzkich urzędów pracy.
Sama ustawa niejasno definiuje kompetencje między różnymi podmiotami określającymi zapotrzebowanie na pracowników. Według niej bowiem na podstawie prognoz MEN wojewódzkie rady rynku pracy mają wydawać opinie o zasadności kształcenia w danym zawodzie. „Niejasne jest, na czym ma polegać uwzględnienie przez wojewódzką radę w opinii o zasadności kształcenia w danym zawodzie prognozy zapotrzebowania na pracowników” – punktuje w korespondencji z resortem edukacji Elżbieta Rafalska, minister rodziny, pracy i polityki społecznej. „Nie wiadomo, czy rada po zapoznaniu się z prognozą może wydać opinię pozytywną o zasadności kształcenia w zawodzie, który w prognozie został określony jako nadwyżkowy, lub negatywnie ocenić pomysł kształcenia w zawodzie, który według prognozy jest zawodem deficytowym” – dodaje. Konkluduje, że jeśli to prognoza MEN ma być niepodważalnym dokumentem, rady będą jedynie fasadowe. A jeśli to jednak radom pozostawiać szerokie pole do manewru, należy nakazać dyrektorom uwzględnianie tych prognoz. Na razie nie są obowiązkowe.
Rafalska zwraca też uwagę, że pomysł z dołożeniem radom kompetencji może okazać się strzałem kulą w płot. A to ze względu na ich charakter – to organy opiniodawczo-doradcze marszałka województwa. Ich członkowie nie otrzymują wynagrodzenia. W dodatku pracodawca, który ich zatrudnia musi im udzielić wolnego, w dniu posiedzenia. Na tworzenie szczegółowych list zawodów w tych okolicznościach może po prostu nie być czasu.
Do tego wszystkiego swój prognostyczny kamyczek miałby dokładać także Główny Urząd Statystyczny. To także nowy pomysł MEN. GUS miałby badać zapotrzebowanie na fachowców z różnych branż. Tyle że w ramach Krajowego Funduszu Szkoleniowego. To rozwiązanie zostało jednak oprotestowane w uzgodnieniach międzyresortowych przez resorty finansów i pracy. Wskazywały one, że GUS ma własne finansowanie z budżetu państwa, więc nie można mu płacić z KFS. W dodatku nie zgodziły się na to, by dublował zadania już przypisane do innych instytucji.
Katalog zagrożeń
Zdaniem Jana Gogolewskiego centralna prognoza zawodów nadwyżkowych i deficytowych, niezależnie od tego, kto ją przygotuje, niesie ze sobą ryzyko. Chodzi o zapatrzenie w te zawody, w których będzie potrzeba wielu specjalistów, a więc będą silnie widoczne w statystykach. Może to prowadzić do wylania dziecka z kąpielą. – Istnieje poważne ryzyko, iż zawody unikatowe, w których rzemiosło szkoli i potrzebuje pracowników, ale w mniejszych ilościach, będą wypierane przez tzw. popularne zawody, w przypadku których szkoły na podstawie prognoz będą otrzymywały wyższe subwencje. Aby zachęcać do nauki zawodów unikatowych, konieczne jest uzupełnienie zapisów ustawy – Prawo oświatowe dotyczących subwencji i dofinansowania – w sposób premiujący także zawody unikatowe, w szczególności istotne dla kultury i dziedzictwa narodowego – dodaje w opinii przekazanej do MEN.
Także eksperci Konfederacji Lewiatan przekonują MEN, że prognoza jest potrzebna, ale bez komentarza ze strony pracodawców danej branży będzie niekompletna. – Naszym zdaniem należy temat zapotrzebowania na przygotowanie kadry potraktować bardziej kompleksowo. Poza badaniem zapotrzebowania na zawody, umiejętności i kwalifikacje minister właściwy do spraw oświaty i wychowania we współpracy z pozostałymi właściwymi ministerstwami powinien przedstawić do konsultacji Listę Zawodów Przyszłości, kluczowych dla rozwoju polskiej gospodarki – ocenia Henryka Bochniarz, prezes Lewiatana. – Kształcenie w wymienionych zawodach powinno być priorytetem przy podejmowaniu decyzji uruchamiania kształcenia w zawodach czy dofinansowania kształcenia w ramach praktycznej nauki zawodów. Lista taka powinna być aktualizowana co roku i konsultowana w gronie partnerów społecznych – dodaje. Takimi zawodami mogłyby być na przykład związane z przemysłem cyfrowym.
To, kto i jak będzie opracowywał prognozę, ma duże znaczenie dla dyrektorów szkół. Choćby takie, że prognoza ma mieć znaczenie przy opiniowaniu przez wojewódzkie rady rynku pracy zasadności kształcenia w nowym zawodzie. Zgoda na prowadzenie kierunku będzie wydawana na pięć lat. To zdaniem przedstawicieli rzemiosła zbyt krótki horyzont, by podejmować wysiłek wchodzenia w nowy kierunek kształcenia. Powinien on ulec zmianie na dłuższy.
Inaczej uważa jednak Aleksandra Bałchan-Wiśniewska, koordynator Zespołu Europass, EPALE, ECVET, Fundacja Rozwoju Systemu Edukacji, Narodowa Agencja Programu Erasmus+. – W dobie dynamicznie zmieniających się uwarunkowań rynku pracy i postępującej rewolucji określanej mianem Przemysłu 4.0 długofalowe diagnozowanie zapotrzebowania na pracowników jest niemożliwe – mówi. Jej zdaniem nowoczesne i skuteczne kształcenie zawodowe musi uwzględniać bliską współpracę z biznesem, a praktyczna nauka zawodu powinna odbywać się w rzeczywistych warunkach pracy. – Niezwykle istotne jest także podnoszenie kwalifikacji nauczycieli przedmiotów zawodowych, w tym aktualizacja wiedzy na temat technologii stosowanych w przedsiębiorstwach. Szkoły zawodowe powinny również położyć większy nacisk na rozwijanie w uczniach umiejętności przekrojowych i kompetencji miękkich – powiedziała DGP.
– W Unii Europejskiej coraz więcej osób docenia użyteczność gromadzenia danych na temat rynku pracy i umiejętności. Wiele państw członkowskich stosuje strategie przewidywania potrzeb w zakresie umiejętności, aby wesprzeć politykę w obszarze zatrudnienia oraz kształcenia i szkolenia; niektóre państwa stosują je w innych obszarach polityki, np. dotyczących przejścia na ekologiczną gospodarkę – dodaje Izabela Laskowska, dyrektor Biura Kształcenia Zawodowego i Edukacji Dorosłych, Fundacja Rozwoju Systemu Edukacji, Narodowa Agencja Programu Erasmus+. Podkreśla, że program Erasmus+ jest narzędziem, które daje możliwości i środki finansowe na wspieranie i rozwijanie współpracy między szkołami zawodowymi, uczelniami a przedsiębiorstwami i szeroko pojętym rynkiem pracy. – Bez takich partnerstw prognozowanie zapotrzebowania na pożądane umiejętności lub deficytowe zawody będzie karkołomne – tłumaczy.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu