Nie da się modernizować polskiej armii bez kompromisu głównych sił politycznych
S amoloty F-35 to bez wątpienia jedne z najbardziej nowoczesnych maszyn na świecie. Polskie Siły Powietrzne za sześć lat dołączą do elitarnego grona, które je użytkuje. W piątek minister obrony Mariusz Błaszczak podpisał umowę na zakup 32 sztuk tych samolotów. Mówił o nich jako o „centrach dowodzenia”. Maszyny mają zostać dostarczone do 2030 r. Koszt netto to nieco ponad 17 mld zł. Do tego dojdą jeszcze koszty budowy infrastruktury. Wypada mieć nadzieję, że budżet na obronność będzie rósł zgodnie z obecnymi zapisami ustawowymi i ten zakup nie odbije nam się czkawką. Że będzie nas stać na inne istotne, być może nawet bardziej istotne, programy modernizacyjne wojska.
fot. Jakub Kamiński/East News
W piątek minister obrony Mariusz Błaszczak podpisał umowę na zakup 32 sztuk F-35
Nie ma sensu już się pastwić nad tym, czy aby minister Błaszczak na pewno miał prawo tę umowę podpisywać. Bo zgodnie z regulacjami dokumenty powinien podpisać szef Inspektoratu Uzbrojenia, czyli komórki odpowiadającej za zakupy w resorcie. Pisano też już o tym, że w tym momencie nie jesteśmy w stanie wykorzystać wszystkich możliwości F-35, bo zwyczajnie mamy zbyt stary sprzęt. To są samoloty, które powinny działać jako część nowoczesnego systemu, którym my obecnie nie dysponujemy. Tutaj też pozostaje nam jedynie nadzieja, że w najbliższych latach przestaniemy kupować wyspowo, śladowe ilości sprzętu, a faktycznie zaczniemy myśleć systemowo i F-35 „będą miały czym dowodzić”. Oczywistym jest też, że choćby jedna dziesiąta kwoty zawartej w tej umowie wydana na przeciwpancerne pociski rakietowe nasze zdolności do obrony przed zagrożeniem ze Wschodu zwiększyłyby za trzy lata, a nie za lat 13, gdy F-35 będą operacyjne. Na szczęście to wszystko jeszcze możemy zrobić, te szanse nie są jeszcze (do końca) stracone. Oczywiście nie mówię, że to zrobimy. Ale przynajmniej możemy.
Za to już bezpowrotnie przepadła szansa na to, by wokół zakupu samolotu F-35 zbudować ponadpartyjny konsensus dotyczący obronności. W państwach, które kwestie swojego bezpieczeństwa traktują poważnie, na takie zakupy zazwyczaj zgadzają się główne siły polityczne. Wśród różnych opcji jest budowany fundament, co do którego wszyscy mogą się porozumieć. Nie chodzi o szczegóły i szczególiki, ale o podstawy. Nie chodzi o to, że dogadamy się co do koloru kupowanego auta, ale przynajmniej zgodzimy się, że ma mieć cztery koła i kierownicę z lewej strony. Programy zbrojeniowe nie trwają dwa, trzy czy cztery lata, ale mają skutki przez lat 20, 30 czy 40. Te 20 mld zł, które wydamy w najbliższych latach na F-35, to dopiero początek. Sam zakup uzbrojenia to zazwyczaj ok. 30 proc. ceny, którą przyjdzie w sumie zapłacić za zakup, użytkowanie i wreszcie utylizację sprzętu. W demokracji żaden rząd nie rządzi przez lat 40. Dlatego szuka się porozumienia – chodzi o to, by co cztery czy osiem lat, gdy kończy się kadencja danego premiera, nie wywracać wszystkiego do góry nogami. W Stanach Zjednoczonych dużo w kwestiach obronności mają do powiedzenia kongresmani z obydwu stron politycznej barykady, w Niemczech komisja parlamentarna opiniuje większe zakupy zbrojeniowe.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.