Ratowanie planety czy obronność
Często słyszymy, że ochrona klimatu to luksus, na który nas nie stać – że przyjdzie za to nam zapłacić wolniejszym wzrostem gospodarczym. Co przekłada się na ponurą wizję deindustrializacji Europy, utraty konkurencyjności i masowych zwolnień. Takie głosy słychać właściwie od momentu, gdy UE zaczęła wprowadzać pierwsze elementy pakietu klimatycznego. Jednak pojawiają się i inne głosy, które z ekscytacją mówią o „nowym paradygmacie rozwoju” – mniejszej konsumpcji, być może niższym tempie wzrostu, ale za to w harmonii z planetą.
Prawda zapewne leży pośrodku. Trudno oczekiwać, że transformacja energetyczna i klimatyczna pozostanie bez wpływu na gospodarkę. Tak, prawdopodobnie zmniejszy się poziom konsumpcji, być może spowolni też potencjalny wzrost gospodarczy. Ale najważniejsze pytanie brzmi: czy będzie to proces gwałtowny i bolesny, czy raczej rozciągnięty w czasie i łagodny, wręcz niezauważalny z perspektywy przeciętnego obywatela?
Po pierwsze, warto zajrzeć do starych prognoz, by ocenić, na ile się sprawdziły. W przeszłości analizy dotyczące wpływu polityki klimatycznej na gospodarkę Polski przewidywały znaczące koszty. Na przykład raport firmy EY z 2008 r. sugerował, że wprowadzenie pakietu energetyczno-klimatycznego (jeszcze przed Zielonym Ładem wprowadzano wiele elementów polityki klimatycznej, jak choćby system ETS) może obniżyć poziom PKB o 8 proc. w 2020 r. i o 15 proc. w 2030 r. w porównaniu do scenariusza bazowego.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.