Duży popyt na dobrze przygotowane projekty wiatrowe
Zainteresowanie energetyką wiatrową przejawiają nie tylko typowi inwestorzy, ale także krajowe firmy energetyczne i inwestorzy finansowi. Problem stanowi ciągle zbyt mała liczba dobrych projektów
Rynek rozwija się dynamicznie mimo nadal istniejących znaczących barier wejścia, takich jak niestabilność systemu wsparcia i otoczenia prawnego, procedury środowiskowe, opór społeczny oraz trudności z przyłączeniem do sieci.
Polska energetyka wiatrowa jest dziś jedną z tych niewielu gałęzi gospodarki, które doświadczają szybkich i gwałtownych zmian, przy jednoczesnej wysokiej dynamice wzrostu. Mimo szeregu ryzyk i barier związanych z wejściem na rynek wiatrowy, dotyczących na przykład niespotykanych w innych branżach trudności z prognozowaniem przychodów, ryzyk związanych z ochroną środowiska, zmianami prawa i systemu wsparcia czy przyłączeniem farmy do sieci elektroenergetycznej, najwyraźniej ich suma nie zniechęca już inwestorów. I nie mówimy już tylko o firmach energetycznych, także instytucje finansowe, fundusze inwestycyjne czy private equities z kraju i z zagranicy chcą inwestować w polską energetykę wiatrową. I rzeczywiście - patrząc z perspektywy dziś możliwej do uzyskania ceny ze sprzedaży jednostki zielonej energii, czyli ok. 100 - 110 euro wraz z tzw. zielonym certyfikatem za 1 MWh - inwestycje wiatrowe w Polsce są nierzadko bardziej rentowne niż w innych państwach UE.
Farmy wiatrowe rzadko powstają w formule green field realizowanej przez docelowego producenta energii, co jest domeną dużych międzynarodowych, np. hiszpańskich, grup producenckich. Znacznie częściej gospodarzami poszczególnych etapów są różni uczestnicy rynku - głównie firmy deweloperskie przygotowujące projekty inwestycyjne w przeznaczonych do zbycia spółkach celowych oraz inwestorzy, którzy nabywają udziały w takich spółkach. Właśnie z uwagi na fakt, iż podstawowym przedmiotem obrotu w inwestycjach wiatrowych są udziały w spółkach celowych na etapie poprzedzającym budowę farmy, z inwestycjami tego typu wiążą się podwyższone ryzyka, wynikające m.in. z bardzo zróżnicowanej jakości dostępnych na rynku projektów. Słaba jakość to ryzyko całkowitego fiaska inwestycji, natomiast podaż projektów wysokiej jakości i na wysokim etapie zaawansowania (np. z pozwoleniem na budowę) jest obecnie znacznie niższa niż popyt.
Trzeba jednak przyznać, że w ostatnich latach średnia jakość oferowanych projektów szybko rośnie. Deweloperzy szybko się uczą i nabywają doświadczeń w zarządzaniu ryzykiem. Projekty są wobec tego coraz lepiej przygotowane, wyposażone w dobrze udokumentowane i wariantowe (np. w zależności od typu turbiny) pomiary wiatru i zawierają coraz mniej wad prawnych i biznesowych. W znacznym stopniu stało się tak za sprawą banków i ubezpieczycieli, którzy stawiają inwestorom ostre warunki jakościowe, analizując ryzyko kredytowania czy ubezpieczania inwestycji. Mimo wzrostu jakości nie ma co jednak liczyć na większą łatwość inwestowania w źródła wiatrowe w przyszłości, ponieważ dobre lokalizacje stają się towarem coraz bardziej deficytowym. Trzeba pamiętać, że na jedną turbinę wiatrową przypada średnio do 10h gruntu, tak więc budowa dużych farm o mocy np. 100 MW (ok. 40 - 50 turbin) wiąże się z koniecznością długoterminowej kontraktacji setek hektarów gruntów rolnych, nierzadko należących do kilkudziesięciu właścicieli.
Branża wiatrowa w miarę sprawnie radzi sobie z ryzykami inwestycyjnymi, ale otoczenie prawne i biznesowe zmienia się tu tak szybko, że nowe trudności pojawiają się nie później, niż znikną stare. Z jednej strony łatwiej jest dziś niż jeszcze przed rokiem uzyskać warunki przyłączenia farmy do sieci lub pozwolenie na wzniesienie i eksploatację tzw. sztucznej wyspy na Morzu Bałtyckim (w celu zainstalowania platform pomiarowych lub farm wiatrowych typu offshore), z drugiej zaś pojawiają się nowe restrykcje ograniczające sposób realizacji inwestycji. Normy i procedury środowiskowe, związane z ochroną przyrody lub emisją hałasu są coraz surowiej przestrzegane. Fakt, iż rośnie grono przeciwników energetyki wiatrowej, powoduje, iż część procedur administracyjnych, zwłaszcza na szczeblu samorządowym, wydłuża się lub kończy zmniejszeniem wielkości projektu lub wręcz jego zablokowaniem. Brak informacji, w jakim kierunku pójdzie nasz system wsparcia odnawialnych źródeł energii, tj. czy za parę lat pozostaniemy przy certyfikatach pochodzenia, czy przejdziemy - jak większość Europy na taryfy stałe, czy może wybierzemy inne, trzecie rozwiązanie - pozbawia inwestorów możliwości rzetelnego planowania. Także niewiarygodnie szybki postęp technologiczny staje się często problemem w obliczu bardzo długiego okresu przygotowania inwestycji, które średnio zajmuje deweloperom ponad cztery lata. Uzyskane z trudem pozwolenie na budowę dla farmy zaprojektowanej trzy lata wcześniej może bowiem stać się mankamentem projektu, zamiast być jego atutem, ponieważ dziś w tych samych lokalizacjach można instalować turbiny o większej mocy i sprawności. Zmiana pozwolenia na budowę nie jest jeszcze tak dużym wyzwaniem, ale jeśli deweloper przez ostatnie lata prowadził pomiary wietrzności na zbyt niskich, dostosowanych do starego typu sprzętu masztach, mogą się one okazać bez wartości dla turbin nowszych i instalowanych na wyższych wieżach.
@RY1@i02/2011/218/i02.2011.218.16700080c.802.jpg@RY2@
Wojciech Sztuba, partner zarządzający TPA Horwath
Wojciech Sztuba
partner zarządzający TPA Horwath
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu