Niemcy na dobre kończą z atomem
W CIĄGU DZIESIĘCIU LAT - Berlin wyłączy wszystkie siłownie nuklearne. Decyzja ta jest szansą dla projektów w Polsce, na Litwie i w Rosji. Oznacza również mniejszą presję Berlina na zmniejszanie limitów emisji CO2 w Unii
Rezygnacja Niemiec z atomu to efekt presji opinii publicznej i proekologicznej frakcji w rządzie po marcowej katastrofie w japońskiej Fukushimie. Może ona kosztować Berlin nawet 20 mld euro.
- To ostateczna decyzja. Datą zamknięcia trzech ostatnich siłowni nuklearnych jest 2022 r. I nie ma od tego odwołania - poinformował wczoraj minister ochrony środowiska Norbert Roettgen. - Chcemy, aby energia elektryczna przyszłości była bezpieczniejsza, a jednocześnie opłacalna i pewna - dodała kanclerz Angela Merkel. W ten sposób władze wróciły do gabinetu Gerharda Schroedera, który przewidywał rezygnację z atomu do 2020 r.
Do marca nad Renem działało 16 elektrowni jądrowych, które zaspokajały 23 proc. potrzeb energetycznych kraju. Po awarii w Japonii władze czasowo zamknęły osiem najstarszych. Dla Niemców, przerażonych wpływem trzęsienia ziemi na japońską elektrownię, było to jednak za mało. 70 proc. obywateli domagało się natychmiastowej rezygnacji z atomu. Wspierało ich ekologiczne lobby wewnątrz rządu z ministrem Roettgenem na czele.
Wygaszenie elektrowni w tak krótkim czasie oznacza zmianę układu sił w regionie. Zgodnie z przyjętą przez Niemcy w 2010 r. strategią energetyczną dziura po atomie ma zostać zatkana dzięki rozwojowi energetyki odnawialnej, dla której bodźcem ma być właśnie zamknięcie elektrowni nuklearnych. Za dziesięć lat udział zielonej energii w bilansie energetycznym kraju ma wzrosnąć z 17 do 35 proc. Jednak zdaniem części ekspertów to zbyt optymistyczne założenia.
Jeśli nie uda się ich spełnić, Niemcom pozostanie powrót do węgla. Minusem tego rozwiązania są jednak kwestie ekologiczne. W 2013 r. rozpocznie się tzw. III faza unijnego systemu limitów emisji CO2, co będzie się wiązać z bardziej restrykcyjną polityką wobec trucicieli. Można założyć, że Niemcy w takim wypadku wesprą Polskę w dążeniu do bardziej umiarkowanego podnoszenia kosztów emisji.
Wygaszenie elektrowni atomowych tego bilansu nie poprawi. Oznacza to, że planowane w Polsce siłownie nuklearne, a po ewentualnym podłączeniu do europejskiej sieci także inne podobne elektrownie w regionie (planuje się ich budowę w rosyjskim Niomanie, litewskiej Wisagini i białoruskim Ostrowcu), mogą przejąć część niemieckiego rynku.
Atomowa fobia nad Renem oznacza zatem szansę dla przyszłych polskich elektrowni (atomowej i gazowych), o ile do tego czasu zwiększy się liczba połączeń międzysystemowych między oboma krajami. Na 2020 r. zapowiedziano uruchomienie trzeciego takiego połączenia. Stosowną umowę podpisały w marcu PSE Operator oraz jego niemiecki odpowiednik 50Hertz Transmission.
Początkowo rząd Angeli Merkel próbował przeczekać burzę, obiecując przeanalizowanie zagrożeń związanych z elektrowniami atomowymi. Wyborcy pokazali jednak CDU żółtą kartkę. Podczas majowych wyborów lokalnych w Bremie chadecja zajęła dopiero trzecie miejsce. Wpłynęły na to m.in. zamówione przez rząd badania systemów zabezpieczeń reaktorów, które wykazały wiele niedociągnięć.
@RY1@i02/2011/104/i02.2011.104.000.009a.001.jpg@RY2@
Fot. AP
Po katastrofie w Fukushimie 70 proc. Niemców domagało się wyłączenia elektrowni nuklearnych
Michał Potocki
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu