Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Biznes

Szef Citigroup zaraża spokojem

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Optymizm Vikrama Pandita przechodzi ciężką próbę.

Szef Citigroup musi stawiać czoło fali krytyki. Cierpliwość tracą tacy wpływowi akcjonariusze banku jak książę Alwaleed bin Talal, który zapowiedział, że zadaniem Pandita jest wypracowanie zysków. - Okres miesiąca miodowego, który trwał dwa lata, już się skończył, czas na wyniki.

Czy spełnią się życzenia saudyjskiego księcia, przekonamy się dziś, kiedy Citigroup opublikuje dane za I kwartał.

Vikram Pandit - Hindus, który w wieku 16 lat wyjechał do Ameryki i zrobił tam oszałamiającą karierę - przyznaje, że ostatnie dwa lata były dla niego ciężkie. To prawdopodobnie dlatego coraz chętniej odwołuje się do swoich religijnych korzeni: nie dalej jak miesiąc temu wyznał, że jego motywacją nie są pieniądze, ale strach przed karmą, czyli de facto przed popełnieniem zła.

Ta zaskakująca deklaracja padła z ust człowieka, który stoi na czele jednej z największych instytucji finansowych świata. Wprawdzie Citigroup nie jest już potęgą sprzed kilku lat, jednak nadal to gigant.

Pandit wierzy w swoją dobrą gwiazdę. Wróżba, którą wiele lat temu usłyszeli jego rodzice - "Czegokolwiek chłopiec dotknie, zamieni się w złoto" - jak dotąd się sprawdza. Wprawdzie nie spieszył się z wypełnieniem proroctwa, bo pierwsze lata jego kariery zawodowej to praca wykładowcy finansów na Uniwersytecie Indiana, jednak szybko wszedł na właściwą drogę. Przez 20 lat pracował w Morgan Stanley, w którym zyskał opinię świetnego fachowca potrafiącego przynosić firmie wielkie pieniądze. Miał jednak wadę: brakowało mu charyzmy, a do tego jak ognia unikał sporów. To dlatego przegrał w walce o najwyższe stanowiska w Morgan Stanley. Musiał odejść z wielkiego biznesu, ale na krótko.

Przygarnął go Robert Rubin, jeden z najbardziej wpływowych ludzi w Citigroup. Publicznie nazywał go geniuszem, obsypywał pieniędzmi i zaszczytami, mianował szefem pionu inwestycyjnego.

Wkrótce okazało się, że przyjęcie Pandita do Citigroup było strzałem w dziesiątkę. Kiedy ten pedantyczny i dokładny finansista zaczął przeglądać księgi banku, odkrył w nich tykającą bombę - ogromne ilości ryzykownych kredytów.

Od tego momentu wypadki potoczyły się w błyskawicznym tempie: Pandit w grudniu 2007 r. został prezesem globalnej grupy finansowej, wyszedł na jaw zły stan finansów banku, a jego akcje zjechały w ciągu kilkunastu miesięcy z 50 dol. do 2 dol. Grupa została uratowana przez amerykańskich podatników, którzy wpompowali w nią 45 mld dol.

Każdemu zjazdowi notowań Citi towarzyszyły napady złości Pandita. W końcu jednak genialny Hindus uodpornił się na fatalne wiadomości. Podobno nawet gigantyczną stratę w 2008 roku - 27 mld dol. - przyjął ze spokojem. Wiosną ubiegłego roku wysłał nawet optymistyczny list do pracowników banku.

Wielu analityków twierdzi, że optymizm Pandita okazał się zaraźliwy: jego list zapoczątkował hossę na światowych giełdach.

@RY1@i02/2010/075/i02.2010.075.000.0024.001.jpg@RY2@

Fot. Bloomberg

Vikram Pandit musi wykazać się dobrymi wynikami

Mirosław Kuk

miroslaw.kuk@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.