Człowiek, który marzył o bankowości detalicznej
Frederic Amoudru próbował swoich sił w dyplomacji, jednak szybko zrozumiał, że to praca nie dla niego. Trafił do bankowości i teraz szefuje polskiemu oddziałowi BNP Paribas
Na początku myślał o tym, żeby tak jak jego ojciec zostać dyplomatą i pracować w Afryce, gdzie się wychował. Frederic Amoudru skończył w 1982 r. Instytut Studiów Politycznych w Paryżu, nauczył się arabskiego oraz używanego w Afryce suahili, rok później ukończył zarządzenie przedsiębiorstwem na Sorbonie i wyjechał jako attaché na placówkę dyplomatyczną w Gabonie. Ale po roku wiedział już, że to nie jest to, co chce robić w życiu. - Żartuję, wspominając te czasy, że nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, dlatego poszedłem do pracy w banku - mówi Amoudru.
Pracę w instytucjach finansowych Frederic Amoudru rozpoczął w 1984 r., a z grupą Paribas jest związany od 1987 r. Najpierw pracował w Paryżu, potem w Londynie, gdzie był szefem jednostki zajmującej się współpracą z przedsiębiorstwami z Europy. Następnie zajmował się tym samym w Singapurze. Po kryzysie azjatyckim w 1997 r. zarządzał restrukturyzacją i windykacją, a od 2003 roku został dyrektorem BNP Paribas na Indie.
Szansa na poprowadzenie banku detalicznego pojawiła się w 2009 r., kiedy BNP Paribas przejął Fortis Bank. Amoudru wspomina, że propozycję objęcia stanowiska szefa banku w Polsce dostał, stojąc w gigantycznym korku na jednej z głównych ulic Bombaju.
- Od dawna chciałem się zająć bankowością detaliczną. W Indiach przymierzaliśmy się do tego, żeby działalność BNP Paribas, która skupiała się głównie na bankowości korporacyjnej i inwestycyjnej, rozszerzyć o ofertę dla klientów indywidualnych - mówi. W praktyce okazało się to jednak niemożliwe, bowiem mieliśmy tam zaledwie kilka oddziałów, a żeby zaistnieć na szerokim rynku, musielibyśmy założyć sieć na dużą skalę. Nie było to jednak możliwe ze względu na restrykcyjne podejście lokalnego banku centralnego.
- W momencie gdy szef bankowości inwestycyjnej zaproponował mi wyjazd do Polski, nie zastanawiałem się długo. Indie są bardzo ciekawym krajem, ale życie jest pewnym wyzwaniem - opowiada. Dopiero potem okazało się, że żeby zostać prezesem polskiego banku, trzeba bardzo szybko nauczyć się języka polskiego. Zanim przyjechał do Warszawy, przez kilka miesięcy przeglądał podręczniki i ćwiczył z lektorem. Teraz posługuje się polskim, rozmawiając z pracownikami, czyta książki i bez problemu opowiada o sobie w tym języku.
Do Polski przyjechał prawie wprost z Azji na początku listopada 2009 r. Jako bankowca zadziwiło go silne oczekiwanie darmowych usług finansowych ze strony klientów, a jednocześnie duża konkurencja cenowa polskich banków.
- Jedno z naszych kont z pakietem usług kosztuje 6,50 zł, ale za te pieniądze poza rachunkiem klient otrzymuje darmowy, szeroki pakiet assistance i konto oszczędnościowe. Biorąc pod uwagę zakres usług w ramach pakietu, wydawało mi się, że cena tego pakietu nie jest wysoka. Zdałem sobie jednak sprawę, że wysokość opłat za usługi bankowe to w Polsce ciągle kwestia dyskusyjna - mówi.
Po przyjeździe do Polski zmieniło się również jego postrzeganie tutejszego rynku bankowego. - Szybko zorientowałem się, że jest to dużo bardziej dojrzały rynek, niż początkowo myślałem. Konkurencja w polskim sektorze bankowym jest silna, w rezultacie plan wzrostu grupy w Polsce musiał uwzględniać te realia - mówi.
Pytany, ile czasu zamierza spędzić jeszcze w Polsce, odpowiada, że biorąc pod uwagę wysiłek, jaki włożył w naukę języka, chciałby zostać jak najdłużej.
@RY1@i02/2011/093/i02.2011.093.000.016a.001.jpg@RY2@
Fot. Rafał Siderski
Frederic Amoudru otrzymał propozycję kierowania bankiem w Polsce, stojąc w gigantycznym korku w Bombaju
Magdalena A. Olczak
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu