Biznesmeni doceniają najlepszych
Polska Rada Biznesu przyznała nagrody im. Jana Wejcherta. Jury wyróżniło twórcę globalnej marki kosmetycznej, organizatora akcji charytatywnej i producenta kultowej gry
Ks. Jacek Stryczek kocha bogatych, bo oni znają wartość pracy
- Pieniądze nie są złe, a ja kocham ludzi bogatych - mówił podczas odebrania nagród Polskiej Rady Biznesu ks. Jacek Stryczek, organizator jednej z najbardziej skutecznych akcji pomocowych Szlachetna Paczka. Jednak szybko dodał, że dzięki jego uczuciu zamożni oddają pieniądze innym, bardziej potrzebującym.
Stryczek, zwany też "księdzem od marketingu" albo "tym od happeningów", jest również duszpasterzem ludzi biznesu. Studiował PR i umie łączyć przekaz chrześcijański z działalnością społeczno-biznesową. Najlepiej pokazuje to w działaniu, za które został nagrodzony. Zasada jest prosta: do Stowarzyszenia Wiosna, które prowadzi akcję, zgłaszają się rodziny, mówiąc, co dokładnie jest im potrzebne (każda z nich jest skrupulatnie sprawdzana przez grupę wolontariuszy, bo nie ma tu miejsca dla naciągaczy). A każdy, kto ma ochotę, może wesprzeć wybraną przez siebie rodzinę, przesyłając jej brakujące rzeczy. W tym roku takich rodzin było 150 tys., a pomoc, którą do tej pory przekazano, była warta ponad 18 mln zł.
Na to, że dawanie sprawia taką frajdę, Jacek Stryczek wpadł dopiero po długich poszukiwaniach. Jak twierdzi, próbował wielu różnych rzeczy. - I wtedy udało mi się zrozumieć zasadniczą różnicę między przyjemnością a szczęściem. To pierwsze nigdy nie przynosi satysfakcji, przyjemność się szybko kończy i znowu czujesz się nienasycony. Szczęście jest trwałe - mówi ksiądz. Olśniło go zupełnie niespodziewanie, kiedy wyszedł z mieszkania pewnej starszej pani, u której szlifował podłogi. - Byłem wysportowanym osiłkiem, studentem Akademii Hutniczej w Krakowie i chłopakiem do robót fizycznych - opowiada. Ale wtedy dotarło do niego, że to, czego chce w życiu, to dawać innym i być blisko Boga. I konsekwentnie realizuje swój zamiar, choć często w sposób niekonwencjonalny. - Przez młodych był bardzo lubiany, ale wśród księży budził często konsternację. W czasie kazań nie owijał w bawełnę, używał gadżetów - opowiada publicysta Michał Szułdrzyński, którego Stryczek uczył w liceum religii.
Sam ksiądz wspomina, że do zerwania z tradycyjnymi metodami komunikacji zmusiło go spostrzeżenie, że mało kto w Kościele stara się poznać ludzi, do których chce dotrzeć. - Paradoksalnie w świecie reklamy o wiele więcej trudu i pieniędzy wykłada się w to, by zrozumieć potencjalnych odbiorców - mówi. Dla niego było to nie do przyjęcia. Zaczął więc czytać, doszkalać się w zakresie PR, a nawet pisać doktorat o kaznodziejstwie i reklamie. Pracę naukową odłożył, ale teorię przekuł w działanie. Zmusiło go do tego złudne poczucie bezpieczeństwa.
Kiedy po seminarium został duszpasterzem w kościele studenckim św. Anny w Krakowie, zaczęły do niego przychodzić tłumy. - Nawet nie musiałem wychodzić za mury, a oni mierzyli się codziennie z wolnym rynkiem. Uznałem, że powinienem poznać to na własnej skórze, by móc ich nauczać - mówi ks. Stryczek. Założył stowarzyszenie, które dało początek akcji Szlachetna Paczka. Pierwsza była robiona metodą chałupniczą. Stowarzyszenie dostało listę rzeczy potrzebnych kilku biednym rodzinom. Spisali je i rozdali na kartkach znajomym.
Początki nie były łatwe. - Największy bunt wywoływało to, że trzeba przygotować konkretne rzeczy. I że muszą być nowe lub w bardzo dobrym stanie - mówi Stryczek. Akcja na dobre się rozwinęła dopiero po 2005 r., kiedy nabrała rozmachu medialnego. Nie wypalił początkowy pomysł, by rodziny spotykały się twarzą w twarz. Okazało się, że biedni nie znajdowali wspólnego języka z zamożnymi. Poza tym kiedy rodzina w potrzebie otrzymywała regularną pomoc, czuła się zwolniona z wysiłku. - Tego nie potrafiliśmy zdzierżyć - mówi Stryczek. Bo co prawda kocha dawać, ale nie znosi rozdawnictwa. Paczka to prezent, który ma pokazać obdarowanemu, że komuś na nim zależy, i dodać sił. Zdaniem ks. Stryczka najgorsze jest przyzwyczajanie ludzi do brania, które nie motywuje ich do działania. Nie daje pieniędzy żebrakom, nie podoba mu się system pomocy społecznej, która nie oczekuje niczego w zamian za wsparcie. A wśród biednych dostrzega także tych roszczeniowych i leniwych. I dlatego też lubi bogatych, bo oni znają wartość pracy. Został duszpasterzem ludzi biznesu, bo jego zdaniem to grupa, która jest najbardziej zaniedbana przez Kościół, chętnie przygarniający tych ubogich. - A kto powiedział, że Kościół ma być bezpiecznym schronieniem? - mówi. I dodaje, że w chrześcijaństwie, podobnie jak w biznesie, najważniejsze jest podejmowanie ryzyka i ciągłe dążenie do celu.
W kontakcie z ludźmi biznesu pociąga go także to, że może mówić do tych, którzy dobrze radzą sobie w życiu i nie potrzebują rad, ale inspiracji. Bo jego zdaniem fundamentem Ewangelii jest sprawność biznesowa. Jak w przypowieści o siewcy, która mówi o tym, że zasiane ziarno trzeba pomnożyć. - Pieniądze i bogactwo nie są złe. Najgorsza jest pokusa, którą stwarzają. A jedną z nich jest to, żeby osiąść na laurach - mówi.
Dlatego stara się potrząsnąć ludźmi. Chce to robić nie tylko Paczką, organizuje też różne happeningi - jednym z pierwszych były rozmowy o Bogu i wierze przy piwie, w pubie. Przed świętami ustawił konfesjonały przed supermarketem, a w Wielki Piątek rozdawał chleb z popiołem pod budką z kebabami. - Język musi być dostosowany do czasów i potrzeb - mówi. ks. Stryczek.
@RY1@i02/2012/083/i02.2012.083.18600060a.807.jpg@RY2@
Paweł Krzywicki/Manager Magazin/Forum
Nagrodę za działalność społeczną otrzymał inicjator akcji Szlachetna Paczka ks. Jacek Stryczek
Klara Klinger
Adam Kiciński, trzeci od Wiedźmina
W holu siedziby CD Projekt Red ściany pełne są dyplomów, statuetek, pucharów, podziękowań i wycinków prasowych. Na wszystkich gratulacje dla dwójki założycieli firmy - Marcina Iwińskiego i Michała Kicińskiego, ich zdjęcia i wspomnienia o tym, jak zakładali firmę, jak wpadli na pomysł gry "Wiedźmin" i jej kontynuacji oraz jak obie części zaczęły podbijać światowe rynki i stały się symbolem sukcesów polskiej branży gier wideo.
- Nie jest panu przykro, że nie jest pan wymieniony w tych nagrodach, dyplomach i tekstach? - pytam prezesa Adama Kicińskiego. - Ależ nie. Przecież to Marcin i Michał założyli firmę i nic dziwnego, że są jej symbolami. - Pan też jest w CD Projekcie od początku, a od dwóch lat kieruje pan całą firmą. - Rzeczywiście, pracuję w niej niemalże od samego początku w 1994 r., choć to nie ja ją zakładałem. Gdy zdecydowaliśmy się wejść na giełdę, pojawiła się potrzeba posiadania jednego szefa. Ani Michał, ani Marcin nie przejawiali takiej ochoty, więc zapadła decyzja, że ja zostanę prezesem - mówi Adam Kiciński. Teraz jednak, kiedy dostał od Polskiej Rady Biznesu nagrodę im. Jana Wejcherta za innowacyjność i kreatywność, chcąc nie chcąc został twarzą firmy, która jest nie tylko jedną z największych w tej branży w Polsce, ale także coraz odważniej daje sobie radę na świecie.
Miał tylko spakować kilka paczek
Początki kariery Adama Kicińskiego były odmienne niż reszty ojców założycieli polskiej branży gier. Adrian Chmielarz z People Can Fly, Paweł Marchewka z Techlandu, Marek Tymiński z City Interactive czy właśnie Marcin Iwiński i Michał Kiciński z CD Projektu zaczynali niemalże identycznie. Był początek lat 90., domowe atari czy amigi były jeszcze rzadkością, ale bakcyla komputerowego można już było złapać, szczególnie tego na punkcie gier. W poszukiwaniach nowych produkcji każdy fan gier prędzej czy późnej trafiał na giełdy komputerowe. Tak właśnie zaczął Marcin wraz z licealnym kolegą Michałem. Jeździli regularnie na warszawską giełdę przy ulicy Grzybowskiej, jednak szybko odkryli, że oferta jest słaba; mały wybór, kiepska jakość, gry przegrywane na dyskietkach, a więc nigdy nie wiadomo, czy zadziałają, czy nie. Tak wpadli na pomysł stworzenia własnej firmy dystrybucyjnej. Biznes ruszył w niezwykle ciekawym momencie. Właśnie wchodziła w życie ustawa antypiracka, która miała wyczyścić rynek z nielicencjonowanego oprogramowania. Z półek sklepowych rzeczywiście zniknęło dosyć szybko, ale na bazarkach i giełdach handel trwał w najlepsze. W tym samym czasie ze Stanów Zjednoczonych przywędrowały gry na płytach CD. To była prawdziwa rewolucja. Iwiński i Kicińscy postanowili wziąć w niej udział i zamiast dyskietek zacząć rozprowadzać gry na płytach. Stąd nazwa firmy CD Projekt. Adam kończył w tym czasie studiować fizykę na Uniwersytecie Warszawskim. - Pewnie, że grałem w gry, ale nie tyle, by można było mówić, że z pasji zrobiłem biznes - wspomina. Kiedy jego brat szykował pierwszą dostawę towaru, Adam miał właśnie wakacje. - Michał poprosił o pomoc przy pakowaniu i wysyłaniu paczek do klientów. Miało mi to zająć góra dwa tygodnie, więc się zgodziłem. Z tych dwóch tygodni pomagania bratu wyszła normalna praca na pełen etat - wspomina.
Na początku spółka mieściła się w małym pokoiku, a jej założyciele wiedzieli jedno: legalne gry są za drogie dla polskich graczy. Postanowili więc, że w swojej ofercie zejdą z ceną poniżej stu złotych, co w tamtych latach wielu innym firmom wydawało się barierą nieosiągalną. Udało im się to po trzech latach od startu. Ten krok wyznaczył nowy trend wśród dystrybutorów, ceny spadły u wszystkich. Biznes zaczął się kręcić. Marcin i Michał zajęli się dobieraniem tytułów, negocjowaniem zasad ich sprzedaży z zagranicznymi wydawcami, opracowaniem polskich wersji. Adam - skoro pakowanie szło mu to tak dobrze - przejął obowiązek stworzenia sieci sklepów firmowych CD Projekt i kierowania nią. Do 1999 r. firma zdobyła mocną pozycję na rynku. Z jednej strony zasłynęła agresywnym marketingiem - głośna w środowisku była choćby próba wprowadzenia po wyjątkowo niskiej cenie gry "Messiah", którą konkurenci potraktowali jako dumping i poskarżyli się wydawcy na takie praktyki. Z drugiej CD Projekt poważnie traktował polskich graczy: nie tylko sprowadzał takie hity, jak "The Settlers" czy "Heroes of Might and Magic", ale także jako pierwszy przygotował w pełni zdubbingowaną grę. "Baldur’s Gate" z występami Piotra Fronczewskiego i Zbigniewa Zamachowskiego zachwycił graczy. Adam odpowiadający za dystrybucję odkrywa jako pierwszy, że gry można sprzedawać także w kioskach Ruchu i do tego w wielu zróżnicowanych cenowo seriach, tak by po legalną produkcję mogli sięgnąć zarówno pasjonaci mający do wydania ponad sto złotych na jeden tytuł, jak i dzieciaki z kilkunastoma złotymi. Konkurenci zaczęli kopiować te pomysły, a 30-letni Adam Kiciński został dyrektorem handlowym w firmie. CD Projekt stał się znany na rynkach zagranicznych, rozprowadzał w Polsce tytuły takich potentatów, jak Atari, Konami, Disney, Microsoft, Sego i Vivendi. Spółka rosła tak szybko, że wyszła za granicę i otworzyła oddziały w Pradze i Budapeszcie.
Własne gry są drogie
Jednak po kilku latach importowania gier apetyty młodych biznesmenów rosły. - Pomysł na to, by wydać własny tytuł, mieliśmy już od dawna. Brakowało tylko odpowiednich funduszy, szczególnie że nie chcieliśmy robić niczego prostego, tylko od razu poważną, dużą produkcję - wspomina Kiciński. W 2002 r. z powstaje więc CD Projekt RED, czyli oddział dystrybutora, którego zespół pod wodzą starszego z braci ma stworzyć wymarzoną grę. Pięć lat zajmuje jej przygotowanie, ale już sam pomysł na fabułę powoduje, że zainteresowanie produkcją wychodzi poza środowisko graczy. Cykl książek o Wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego od lat bije rekordy popularności, więc stworzenie gry na jego podstawie budzi wielkie oczekiwania. Z budżetem 22 mln zł jest ogromnym wydarzeniem na polskim rynku, choć na świecie stworzenie gier kosztuje nawet kilka razy więcej. W przeciwieństwie do filmu, który powstał kilka lat wcześniej, gra wydana w 2007 r. ze sprzedażą 1,3 mln egzemplarzy stała się hitem, i to międzynarodowym.
Rok później CD Projekt uruchamił platformę cyfrowej dystrybucji gier GOG.com, czyli Good Old Games. Można na niej znaleźć dziesiątki starszych gier na PC, które sprzedawane są na cały świat na tych samych zasadach. W tym momencie szefowie CD Projekt wiedzieli już, że tak duża firma do dalszego rozwoju potrzebuje mocnego dokapitalizowania. Szczególnie że po sukcesie "Wiedźmina" zapadła decyzja o stworzeniu kontynuacji, tym razem nie tylko na PC, lecz także na konsole. Aby temu sprostać, CD Projekt Red zaczął pracę nad własnym silnikiem do gier, czyli REDengine. - A to już spore wyzwanie finansowe - przyznaje Kiciński. Stąd pomysł, by spółka weszła na giełdę. Jej właściciele mieli takie plany od dłuższego czasu, chodziło o znalezienie odpowiedniego partnera. Dzięki umowie z legendą polskiej branży komputerowej - Optimusem - doszło do wymiany akcji. CD Projekt wzbogacił się o 14 mln zł i bez żmudnych procedur stał się spółką giełdową, bo Optimus już był notowany na parkiecie. Michał Kiciński nie zasiadł w zarządzie spółki giełdowej i skoncentrował sie na udzielaniu wsparcia w promowaniu "Wiedźmina". Finalnie odsunął się od biznesu, jedynie od czasu do czasu doradza spółce - Mamy z Michałem świetne relacje. Jak jest w Polsce, zawsze znajduje dla nas czas, kiedy chcemy skorzystać z jego ogromnego doświadczenia i niesamowitej intuicji - zapewnia Adam Kiciński. Jednak to właśnie odejście założycieli CD Projektu zwróciło uwagę rynku na Adama, szczególnie gdy "Wiedźmin 2", którego wydania dopilnował już sam, przebił sukces pierwszej części.
- Dopiero się rozkręcamy. "Wiedźmin 3"? Nie potwierdzam, nie zaprzeczam. Za to oficjalnie szykujemy nową grę RPG, też opartą na istniejącym już świecie, ale odmienną od "Wiedźmina". Tym razem wydamy ją od razu na wszystkie platformy, bo mamy już gotowy silnik - zapala się Kiciński zapytany o plany. - GOG sprzedał już ponad 7,5 mln gier i rozszerzyliśmy jego ofertę o nowsze tytuły. Zatrudniamy ponad 200 osób, z czego blisko setka to informatycy i programiści pracujący nad naszymi grami. Myślę, że naprawdę osiągnęliśmy sukces, a co ważniejsze i bardziej ekscytujące, mamy potencjał, żeby w przyszłości sięgnąć po wielokrotnie więcej.
@RY1@i02/2012/083/i02.2012.083.18600060a.808.jpg@RY2@
RafaŁ Siderski
Nagroda w kategorii wizja i innowacje trafiła do Adama Kicińskiego, prezesa firmy CD Projekt RED
Sylwia Czubkowska
Wojciech Inglot czaruje kolorami
Wojciechowi Inglotowi, właścicielowi Inglot Cosmetics, udała się czarodziejska sztuczka - kosmetykami produkowanymi w swoich zakładach w Przemyślu pomalował niemal cały świat. Jego szminki, lakiery, cienie do powiek w ponad dwóch tysiącach odcieni można już kupić w ponad 300 salonach na sześciu kontynentach, między innymi w takich egzotycznych miejscach, jak Abu Zabi, Durban w RPA czy Nepal. Dla niego to jednak wciąż mało, dlatego jeszcze w tym roku otwiera kolejnych 60 sklepów, m.in. w Argentynie, Malezji, Bułgarii, Hiszpanii, Meksyku, a także w krajach Zatoki Perskiej. I choć biznes Inglota nie może mierzyć się z takim gigantem jak L’Oreal, to żadnej z polskich firm kosmetycznych nie udało się jeszcze stworzyć globalnej marki i tak dużej sieci sprzedaży za granicą.
Pracownicy przemyskiej fabryki rzadko widują swojego szefa w garniturach. 57-letni biznesmen woli dżinsy, sportowe koszule i modne swetry. Dobiera je z wyczuciem, bo jak twierdzą jego znajomi, do kolorów ma oko jak mało kto. Sam najbardziej lubi stonowane barwy, ale w ofercie firmy nie brakuje ognistych czerwieni, błękitów czy soczystych zieleni. - Najważniejsze to nadążać za szybko zmieniającymi się trendami mody, nawet je kreować - mówi. Tego lata hitem będą lakiery w barwie letniego nieba, kolorach oceanu i odcieniach wiosennej zieleni.
To właśnie kolor pomógł stworzyć Ingotowi kosmetyczne imperium w szarych latach 80. Po studiach na Wydziale Chemii Uniwersytetu Jagiellońskiego zaczął pracę w krakowskiej Polfie. Szybko jednak zaczął myśleć o własnym biznesie. Zwłaszcza że udało mu się za małe pieniądze odkupić kilka urządzeń, których pozbywał się państwowy zakład.
Pierwszym produktem, z którym wszedł na rynek, był płyn do czyszczenia głowic magnetofonowych. Wtedy właśnie pojawił się prototyp logo "Inglot", a młody przedsiębiorca zarobił pierwsze pieniądze. Zyski chciał zainwestować w branżę kosmetyczną, choć konkurencja była już duża. Restrukturyzacja sektora kosmetyczno-chemicznego w Polsce sprawiła, że już w latach 80. powstało mnóstwo małych firemek, często z udziałem kapitału zagranicznego. Produkowały kremy, mydła, dezodoranty, których na rynku brakowało. Wiele z nich padło, ale niektóre takie jak Inter-Fragrances, Laboratorium Kosmetyczne Dr Irena Eris, Kolastyna, Soraya czy Dax Cosmetics radziły sobie coraz lepiej.
Kilkanaście odcieni czerwieni
Inglot zaczął od produkcji dezodorantu w sztyfcie VIP, ale szybko odkrył, że na rynku jest lepsza nisza - rynek kosmetyków kolorowych. Wysokiej jakości szminki, cienie do powiek czy lakiery do paznokci można było dostać tylko w peweksie. I to za duże pieniądze. Dlatego Inglot postanowił zainwestować w produkcję lakierów. Najpierw musiał jednak poszerzyć wiedzę i kontakty. Za pieniądze zarobione na sprzedaży dezodorantów wynajął pokój w drogim hotelu w Nowym Jorku i pojechał na kongres Amerykańskiego Stowarzyszenia Chemików i Kosmetyków. To właśnie tam spotkał ludzi, którzy powiedzieli mu, gdzie zdobyć najlepsze komponenty i jak zorganizować produkcję.
Pierwsze próbki robił sam: mieszał odczynniki, dobierał barwniki, kupował buteleczki do ich rozlewania. Ingloty były gotowe w 1987 r. Konkurencja wróżyła mu szybki upadek, bo jego lakiery były trzy razy droższe od tych wytwarzanych przez inne polskie firmy. Ale wyraziste, modne kolory sprawiły, że produkt szybko znikał z półek. Poza tym czerwień Inglota miała co najmniej kilkanaście odcieni, więc klientki miały w czym wybierać, a szeroka paleta produktów wyróżniała się na tle konkurencji. Zarówno tej tańszej krajowej, jak i renomowanych firm zachodnich.
W Las Vegas i na Manhattanie
Sęk w tym, że właściciele sklepów zaczęli mieć z tym bogactwem problem. Brakowało im miejsca, by eksponować pełną ofertę. Stąd też Inglot w 2001 r. zdecydował się otwierać własne sklepy wyspy w galeriach handlowych. Klientów przyciągały mieniące się tysiącami barw stoiska, w których można było na dodatek zrobić pełny makijaż. Działało to lepiej niż najdroższa kampania reklamowa. Inglot sukcesywnie zwiększał produkcję, rozbudowując fabrykę w Przemyślu o nowe działy, laboratoria, linie technologiczne. Dziś zakład zatrudnia ponad 500 osób, a dwa lata temu wartość firmy została wyceniona przez magazyn "Forbes" na 150 mln zł.
Dziś może to być nawet 2, 3 razy więcej, bo przedsiębiorca cały czas rozwija sieć sklepów zarówno w kraju, jak i za granicą. Z wyliczeń ekspertów wynika, że Polki zostawiają rocznie w sklepach Inglota ok. 100 mln zł. Prawie tyle samo wydają klientki w zagranicznych placówkach firmy, m.in. w Australii, Kanadzie, Wielkiej Brytanii, USA i krajach Zatoki Perskiej.
To dzięki kobietom, a właściwie dzięki zainteresowaniu jego marką, Wojciech Inglot jest jednym z najbogatszych ludzi w Polsce. Jeździ luksusowymi samochodami, ma kilka nieruchomości. Tylko czasu niewiele. Trudno go zastać w Polsce, bo uczestniczy w najważniejszych wydarzeniach branżowych, a w otwieranie nowych sklepów angażuje się osobiście. - Lubi wszystko sam obejrzeć, dopiąć na ostatni guzik - mówi Magdalena Kluz-Pękalska, wiceprezes firmy.
Teraz właśnie uruchamia kolejne salony w Stanach Zjednoczonych. Pierwszy powstał kilka lat temu przy Times Square. Od ponad roku działa już sklep w snobistycznym Chelsea Market na dolnym Manhattanie. Po Nowym Jorku przyszedł czas na Las Vegas. Elegancki butik prezes otwierał z dużą pompą w słynnym Caesars Palace. Dziś na terenie USA Inglot posiada 14 salonów, 6 z nich znajduje się w sieci Macy’s.
I choć w świecie biznesu nie wszyscy Inglotowi dobrze życzą, to jednak nawet wrogowie nie mogą zaprzeczyć, że przedsiębiorca z Przemyśla umie oczarować ludzi barwami.
@RY1@i02/2012/083/i02.2012.083.18600060a.809.jpg@RY2@
Adam Golec/Agencja Gazeta
Wojciech Inglot, właściciel Inglot Cosmetics, został wyróżniony w kategorii sukces
Ewa Wesołowska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu