Eksportowy handel z przeszkodami
W ubiegłym roku polskie przedsiębiorstwa sprzedały za granicą towary za 141,9 mld euro - to o 3,8 proc. więcej niż w 2011 r. Nasze firmy coraz mniej kurczowo trzymają się partnerów z krajów wysokorozwiniętych
Choć Euroland nadal dominuje i plasujemy na tym rynku 75,8 proc. eksportu, to jednak jego udział przez rok spadł o 2,2 pkt proc. Zmniejsza się zresztą systematycznie od początku kryzysu. Jeszcze w 2007 r. strefa miała niemal 80-proc. udział.
Handel po sąsiedzku
Coraz więcej wysyłamy zaś do krajów rozwijających się, w tym Europy Środkowo-Wschodniej. Wzrost eksportu w ten rejon przekroczył w ubiegłym roku 22 proc. Jeśli uda się utrzymać dynamikę w tym roku, to EŚW przekroczy 10 proc. udziału w naszym eksporcie.
O ten rynek walczą np. producenci obuwia i odzieży - CCC, LPP, RTV/AGD - Łucznik, Zelmer (obecnie w trakcie fuzji z Boschem), ale także żywności, mebli, maszyn i urządzeń. Mówią jednym głosem - kryzys spowodował, że konsumenci w bogatej strefie euro stracili zapał do kupowania. Trudno tam zwiększać eksport. Jak tłumaczy Janusz Płocica, prezes zarządu Zelmera, kraje starej Unii to rynki nasycone wszystkimi znanymi markami i bardziej niż inne ulegają nastrojom. Każda informacja o problemach w strefie euro, niższej dynamice PKB czy nawet niewielkim wzroście bezrobocia powoduje spadek konsumpcji. - Największym naszym wyzwaniem od lat jest największy rynek Europy, czyli Niemcy. Ale to równocześnie najbardziej krwawy rynek. Istniejemy na nim, ale w małym stopniu - opisuje Jacek Paluch, dyr. handlu zagranicznego WATT, producenta kolektorów.
Krwawy, bo o obecność na nim walczą wszyscy producenci wszystkich marek świata.
Tymczasem nasz region jest ciągle nienasycony, dlatego wart ekspansji. Wiele firm wykorzystuje kryzys, by tam zająć pozycję. Oceanic, producent kosmetyków do pielęgnacji, wszedł na Ukrainę w 2011 r. Łucznik był tam rok wcześniej, natomiast w 2011 r. rozpoczął ekspansję w Rosji. To tylko niektóre z licznych przykładów. Jak tłumaczy Dorota Soszyńska, właścicielka Oceanic, Rosja i Ukraina to duże rynki, na których jej firma buduje szeroką dystrybucję i zamierza realizować wysokie obroty.
Nasi producenci chętnie weszliby także na rynki azjatyckie, marzą o Chinach. Blokadą są inne niż w Europie przepisy i inna mentalność. Przedstawiciele przedsiębiorców mówią wprost - przydałaby się pomoc rządu.
Przełamywanie barier
- W wielu krajach strefy euro, gdy premier lub minister wsiada do samolotu i leci w zagraniczną delegację, to na pokład zaprasza przedsiębiorców z różnych branż - opisuje Sławomir Majman, prezes PAIiIZ. Tymczasem w Polsce politycy boją się zbyt bliskich związków z przedsiębiorcami. - Uważam, że przedsiębiorstwa za granicą mogłyby być lepiej promowane przez powołane do tego celu instytucje, gdyby odbywało się to w spójny, strategiczny i długofalowy sposób - przyznaje Mateusz Figaszewski, rzecznik firmy Solaris. - Dzisiaj działań promocyjnych jest dużo, ale są one rozproszone - dodaje.
W efekcie polscy przedsiębiorcy przede wszystkim sami sobie przecierają szlaki. Przełamują bariery. Na początku lat 90. największą barierą były języki, później brak znajomości przepisów, następnie brak zaufania zagranicznych odbiorców do tego, co polskie.
- Musieliśmy przekonywać naszych partnerów, że w Polsce, gdzie przecież nie ma 360 dni słonecznych w roku, również wiemy, jak wykorzystać tę darmową energię i skonstruować kolektor, który będzie działał zarówno w Skandynawii, jak i w południowych Włoszech - mówi Jacek Paluch. - Nie wspomnę o barierze mentalnej, którą najlepiej obrazuje zdarzenie, jakie mieliśmy w 2008 r., kiedy w niemieckim instytucie certyfikowaliśmy nasz flagowy produkt kolektor WATT 4020 S - w 2009 r. najbardziej efektywny na świecie. Instytut po pierwszych testach poinformował nas, że musi je powtórzyć z racji... zbyt wysokich osiągów. Powtórny test potwierdził ten wcześniejszy - opisuje.
Podobnie stromo miał Solaris. - Dzisiaj w naszej branży Polska jest doskonale znana. To w naszym kraju nowoczesne pojazdy komunikacji publicznej produkują nie tylko rodzimi producenci, ale także wielkie międzynarodowe koncerny. Etykietka "made in Poland" stała się atutem, a produkty z Polski są jednymi z najbardziej innowacyjnych w tej branży - mówi Mateusz Figaszewski.
Razem łatwiej
Obecnie przedsiębiorcy mówią o tym, że największą dla nich barierą są koszty wejścia na nowy rynek - promocji i certyfikatów. - Certyfikaty w naszej branży gwarantują otrzymanie dotacji przez klientów finalnych. Jako pierwsi w Polsce wydaliśmy majątek na Solar Keymark, prestiżowy certyfikat w latach 2005-2006 - coś naturalnego obecnie - tłumaczy Jacek Paluch.
Ale dla małych firm, to nadal ogromny problem. - Firma starająca się w naszej branży o zagraniczny kontrakt pierwsze pytanie dostaje o to, czy posiada ISO, drugie - czy ma system jakości lotniczej. Tymczasem uzyskanie i utrzymanie certyfikatu to koszt rzędu kilku tysięcy dolarów rocznie. Dla dużego przedsiębiorstwa pestka, dla małej firmy - bariera - wyjaśnia Zbigniew Działowski, prezes Stowarzyszenia Sieci Porozumienia Lotniczego "Avia SPLot". - Ale zanim w ogóle dojdzie do spotkania z partnerem, trzeba wypromować firmę za granicą. Jednak tu czasem wspiera nas Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, organizująca niekiedy programy, w ramach których pokrywa koszty np. przejazdu czy pobytu części pracowników firmy lub grupy firm na targach. Nie ukrywamy jednak, że takich programów powinno być więcej - dodaje.
Podkreśla, że uzyskanie wsparcia jest możliwe dzięki temu, że grupa firm z jednej branży skupiona jest w stowarzyszeniu. A klastry czy parki technologiczne to najlepsze rozwiązanie dla małych innowacyjnych firm.
@RY1@i02/2013/040/i02.2013.040.13000060o.802.jpg@RY2@
Ponad połowa polskiego eksportu trafia do strefy euro
Beata Tomaszkiewicz
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu