Zagranica tylko dla gigantów?
Kilkanaście lat temu polskie firmy nieśmiało zaczęły wychodzić poza granice. Początkowo niedaleko. Nieraz sparzyły się na tych próbach ekspansji. Zawsze jednak czegoś się uczyły i dziś odważnie ruszają na podbój nawet najodleglejszych rynków
Zagraniczna ekspansja polskiego biznesu będzie jednym z głównych tematów zbliżającego się Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach. Jego uczestnicy mają się zastanawiać m.in. nad tym, jakie - wobec zmian zachodzących obecnie w Europie i świecie - powinny być teraz priorytety naszej aktywności gospodarczej za granicą oraz które regiony są najbardziej perspektywiczne dla polskiego biznesu.
Kiedyś rodzime firmy, myśląc o wyjściu za granicę, decydowały się na krok do najbliższych sąsiadów. Na przełomie wieku najpopularniejszym kierunkiem była Ukraina. Nad Dnieprem inwestowały m.in. firmy z szeroko rozumianej branży chemicznej: producent farb i lakierów, Śnieżka zbudowała tam dwie fabryki, nowoczesny zakład stworzył Plast-Box, fabrykę części samochodowych uruchomił Inter-Groclin, firma LPP otwierała salony odzieżowe, a należąca do Jana Kulczyka firma KOV - dzisiaj Serinus Energy - rozpoczęła poszukiwania złóż gazu ziemnego. Na naszego wschodniego sąsiada stawiał także sektor finansowy - inwestycje na Ukrainie poczyniły m.in. Kredyt Bank, PKO BP, Pekao, Getin Bank czy PZU.
Dziś wobec rosyjsko-ukraińskiego kryzysu militarnego, który skutkuje załamaniem się kursu hrywny czy spadkiem popytu, firmy, które zainwestowały za Bugiem - a chodzi o co najmniej kilkanaście milionów dolarów w każdym przypadku - stoją przed poważnymi wyzwaniami.
Także inwestycje czynione u należących do Unii Europejskiej sąsiadów nie zawsze przynosiły oczekiwane profity. Wystarczy wspomnieć zakup - za 2,3 mld dol. - litewskiej rafinerii w Możejkach, który wciąż odciska się na finansach grupy Orlenu. Także przejęcie przez płocki koncern czeskiej firmy Unipetrol trudno z perspektywy czasu uznać za strzał w dziesiątkę. Należący do Orlenu Anwil stał się właścicielem czeskiej fabryki Spolana i to również nie był najlepszy zakup, o czym może świadczyć to, że późniejsze próby sprzedania tego zakładu się nie powiodły.
Wiara w to, że "podobieństwo kulturowe i wspólna historia" będą dobrą podstawą do sukcesu biznesowego - a często właśnie w ten sposób uzasadniano transgraniczną ekspansję - niejednokrotnie okazywała się czcza. Nie oznacza to, że tak było w każdym przypadku. Synthos, który kupił za ponad 250 mln dol. czeskie przedsiębiorstwo Kaucuk w Kralupach, może być zadowolony z tej inwestycji, m.in. dzięki niej stał się w swojej branży poważnym graczem na europejskim rynku. Teraz około połowy przychodów oświęcimskiej grupy pochodzi z zagranicy.
Inwestycje poczynione za naszą południową granicą może sobie chwalić również firma Asseco Polska, najaktywniejszy za granicą polski podmiot z branży informatycznej. To od przejęcia słowackiej spółki Asset - dziś Asseco Slovakia - zaczęła się budowa międzynarodowej pozycji przedsiębiorstwa należącego do Adama Górala. Trzeba też wymienić obecność polskich firm finansowych, przede wszystkim zaś mBanku za Olzą. Polska instytucja, wchodząc kilka lat temu do Czech i na Słowację i oferując tam darmowe konta, kompletnie zrewolucjonizowała te rynki usług bankowych i dziś jest powszechnie uważana tam za benchmark.
Z drugiej strony nie brakuje przykładów na to, że i na bardziej oddalonych od naszych granic inwestycjach można się poważnie sparzyć. Tak było w przypadku zakupów dokonanych przez chemiczny Ciech w Rumunii (fabryka sody Govora) oraz we wschodnich Niemczech (Sodawerk Holding Stassfurt) czy inwestycjach Grupy Lotos w poszukiwanie gazu i ropy na Morzu Północnym (złoże Yme) oraz zakończonych odwrotem do kraju wierceniach PGNiG w Libii. Można tu również wspomnieć o zupełnie chybionej próbie podboju Czarnego Lądu przez KGHM, który wiele lat temu chciał poszukiwać miedzi w Kongo.
Nie darmo jednak zwykło się mówić, że "co cię nie zabije, to cię wzmocni". Dziś wiele polskich firm, które kiedyś ucierpiały z powodu nieudanych prób ekspansji zagranicznej, z powodzeniem podbija świat.
Orlen, który przez lata marzył, by stać się koncernem nie tylko rafineryjnym, ale i poszukiwawczo-wydobywczym, niedawno kupił dwie tego typu spółki w Kanadzie. Korzystając z niskich cen ropy naftowej na światowych rynkach, poważnie analizuje teraz kolejne zakupy. Według deklaracji przedstawicieli zarządu płockiego koncernu w najbliższych latach można się spodziewać podobnych inwestycji. Przy czym firma skupiać się będzie na projektach o niskim ryzyku inwestycyjnym i aktywach w fazie produkcyjnej.
Spektakularny był kanadyjski zakup KGHM. W 2012 r. miedziowy koncern przejął kontrolę nad koncernem górniczym Quadra FNX Mining (obecnie KGHM International), co jest obecnie największym polskim projektem inwestycyjnym poza granicami naszego kraju. Amerykańska akwizycja kosztowała miedziowego potentata 2,83 mld dol., czyli ponad 9,4 mld zł. W minionym roku grupa z Lubina uruchomiła produkcję miedzi z chilijskiego złoża Sierra Gorda (które należy do przejętej kanadyjskiej firmy).
W tej sytuacji zasadne staje się pytanie o rolę takich czempionów jak właśnie Orlen czy KGHM w zagranicznej ekspansji innych polskich firm. O tym, czy giganci mogą pociągnąć kogoś za sobą, również rozmawiać mają uczestnicy tegorocznego Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.
@RY1@i02/2015/051/i02.2015.051.00000130a.803.jpg@RY2@
materiały prasowe
Bartłomiej Mayer
@RY1@i02/2015/051/i02.2015.051.00000130a.804.jpg@RY2@
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu